Wokół uciecha, bo prezydent i premier się porozumieli i w Brukseli mówili jednym głosem. Już przed wyjazdem prezydent powiedział, że nie broni premierowi jeździć na takie jak w Brukseli spotkania, a premier, że skoro prezydent chce lecieć, to nie ma problemu. I dobrze, że mówili jednym głosem, ale nie dlatego, że wspólny głos to cnota absolutna, bo ważniejsze jest, jaki to wspólny głos. Tym razem to był dobry wspólny głos, bo brzmiał spokojnie i mierzył zamiary wedle możliwości. Zupełnie inny niż ten, który słyszeliśmy od prezydenta w Tbilisi i jeszcze kilka razy po jego powrocie. To był w istocie głos rządu, w tonie i treści, któremu się prezydent podporządkował albo przez powrót rozsądku, albo przez twarde postawienie sprawy przez premiera podczas ich rozmowy. Tym razem nie było problemu, ale generalnie problem jest, i to poważny, a mianowicie problem zgodności z konstytucją działań prezydenta w sprawach polityki zagranicznej.
Prezydencka samowola Demokracja to system, w którym z mandatu społecznego władza rządzi państwem w ramach konstytucji wyrażającej wolę tegoż społeczeństwa jako suwerena państwa. Tam, gdzie się ją lekceważy i narusza, a naruszania toleruje, demokracja jest chwiejna. Ustawa zasadnicza mówi zaś wyraźnie, że to "Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną Rzeczypospolitej Polskiej" (art. 146) oraz że "prezydent w zakresie polityki zagranicznej współdziała z Prezesem Rady Ministrów i właściwym ministrem". Nie ma tu nic niejasnego. Decydowanie o polityce wewnętrznej i zagranicznej należy do rządu i tylko do rządu, do nikogo innego, z prezydentem włącznie. Prezydent nie ma prawa robić w sprawach polityki zagranicznej czegokolwiek, co nie byłoby uzgodnione z rządem i zaakceptowane przez rząd. Konstytucja nie mówi, że rząd współdziała z prezydentem, i nie mówi, że rząd i prezydent współdziałają ze sobą, lecz że prezydent współdziała z rządem, a więc występuje w pozycji podporządkowanej. Daje mu ona podstawę do wypowiadania się wobec rządu o sprawach polityki zagranicznej, do doradzania i krytykowania, ale nie daje prawa do samodzielnych poczynań. Innymi słowy, każde działanie prezydenta w tej dziedzinie musi być z definicji działaniem w imieniu rządu. Każde zaś, które nim nie jest, to samowola i łamanie konstytucji, czyli naruszanie najwyższego prawa w Rzeczypospolitej. Nie ulega wątpliwości, że taką samowolą były działania prezydenta podjęte na początku konfliktu gruzińskiego bez względu na to, jak ocenia się ich wartość polityczną. I taką samowolą była niezgodna z wolą rządu decyzja prezydenta o udaniu się na szczyt w Brukseli. To nie prezydent miał prawo o tym decydować, lecz rząd. Dokładniejsze przejrzenie poczynań głowy państwa w sprawach polityki zagranicznej bez trudu dostarczyłoby wielu przypadków samowoli prezydenckiej. Jej publicystycznym odbiciem jest teza o dwu politykach zagranicznych, których nie mogłoby być z definicji, gdyby Pałac Prezydencki i sam prezydent trzymali się ustawy zasadniczej.
Prezydent to nie najwyższa władza Lech Kaczyński, jego otoczenie oraz jego zwolennicy w
PiS i w mediach wiedzą, bo nie sposób tego nie wiedzieć, że prezydent działa niezgodnie z obu wymienionymi artykułami konstytucji i że istnieje wobec tego potrzeba "udowodnienia", że jest inaczej, czyli całkiem w porządku, i że oba te artykuły znaczą coś zupełnie innego, niż to wynika z ich treści. W tym celu powołują się na artykuł 126 konstytucji, który w punkcie pierwszym stanowi, że prezydent jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej, co rzekomo daje mu prawo do samodzielnych działań w polityce zagranicznej. Jest to interpretacja niezgodna z etymologią słowa przedstawiciel, któremu nadaje się znaczenie władcze, podczas gdy oznacza ono tylko występowanie w czyimś imieniu, z czyjegoś nadania. Szukający usprawiedliwień dla działań prezydenta w istocie przekonują, że sformułowanie "jest najwyższym przedstawicielem" oznacza "jest najwyższą władzą w Rzeczypospolitej". Tylko przy takim znaczeniu tego sformułowania można by twierdzić, że jest ono nadrzędne wobec wspomnianych na początku dwóch artykułów konstytucji. Nie ulega wątpliwości, że taka interpretacja jest nie tylko sprzeczna z etymologią, ale także z całością konstytucji, która opisuje ustrój parlamentarno-gabinetowy ze wzmocnioną, ale podrzędną rolą prezydenta, a nie system prezydencki z kierowniczą rolą prezydenta.
Wypaczanie ustroju Powstaje pytanie, czy prezydencka samowola to nieświadomość, brak kultury konstytucyjnej, czy coś innego. Moim zdaniem to nie jest nieświadomość ani kwestia kultury, lecz świadome działanie, uzgodnione z bratem, głównym strategiem w tej parze, rozmyślnie od niedawna schowanym. Chodzi o stwarzanie faktów dokonanych, niekonstytucyjnych, ale trudnych do publicznego zakwestionowania przez rząd, bo grożących wielkim zaostrzeniem konfliktu z prezydentem, już obecnie bardzo ostrym, i to z winy prezydenta głównie, a nie rządu. Nie ma tu symetrii. Mówienie o niej to bardzo duży błąd w ocenie sytuacji, niezwykle szkodliwy, jeśli chodzi o rozumienie przez ludzi, co się w kraju dzieje. Poprzez stwarzanie takich faktów dokonanych następuje w praktyce uzurpacja części władzy przynależnej rządowi, a więc niekonstytucyjna modyfikacja ustroju państwa, na co zwróciła niedawno uwagę w
radiu Janina Paradowska. To jest modyfikacja idąca dokładnie w kierunku zgodnym z politycznymi wizjami braci Kaczyńskich i PiS. Jest to więc problem poważny, którego nie wolno bagatelizować i klajstrować, lecz na odwrót, trzeba go w pełni wydobyć na powierzchnię debaty publicznej i załatwić.
Pobłażliwość rządu Niezgodna z konstytucją praktyka Pałacu Prezydenckiego powinna zostać przerwana. Nie zrobi tego prezydent, bo nie będzie chciał, ani nacisk publicystyczny, bo jest za słaby. Może to zrobić tylko rząd. Po pierwsze, może i powinien wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego o rozstrzygnięcie ewidentnego sporu kompetencyjnego z prezydentem, co właśnie należy do Trybunału i czego rząd do tej pory nie zrobił, pozwalając, by się szarogęszono na jego polu. W Radiu TOK FM minister Rafał Grupiński napomknął w poniedziałek, że rząd coś takiego rozważa. Miejmy nadzieję, że to będzie zrobione, i to pilnie. Po drugie, rząd nie powinien przymykać oczu na działania Pałacu, bagatelizować ich, przyklepywać, a więc i uwiarygodniać po faktach. Skoro prezydent, którego bardzo zły, mówiąc delikatnie, stosunek do konstytucji jest znany, zawodzi jako jej strażnik, to trzeba, by zadbał o to premier i rząd. Sprzeczne z ustawą zasadniczą działania Lecha Kaczyńskiego nie powinny być klajstrowane, lecz ujawniane i piętnowane bez względu na to, jakie to wywoła reperkusje, bo niewiele jest w życiu państwa demokratycznego faktów groźniejszych niż zamienianie konstytucji w świstek papieru przez tolerowanie działań z nią sprzecznych.