Staram się śledzić ukraińską prasę regularnie. Choć w tym roku mija 65. rocznica tragedii wołyńskiej - gdy ukraińscy nacjonaliści rozpoczęli tzw. antypolską akcję na Wołyniu i w Galicji wschodniej, w której zginęło przynajmniej 60 tys. Polaków, a 20 tys. Ukraińców zabito w akcjach odwetowych - to w ukraińskiej prasie w ostatnich miesiącach nie ukazał się żaden ważny głos na ten temat. Co najwyżej pojawiają się krótkie notatki będące echem tego, jak Polacy chcą uczcić rocznicę. Skąd to milczenie? - Nie ma kto mobilizować ukraińskich elit intelektualnych ani politycznych. W poprzednich latach było inaczej. Taka dyskusja w sprawie Wołynia trwała, a nawet przyniosła pewne owoce - mówi Bogumiła Berdychowska, publicystka, znawczyni spraw ukraińskich.
Dziś w Warszawie odbędzie się konferencja
IPN na temat Wołynia. Prezydent
Lech Kaczyński słusznie zrezygnował z objęcia nad nią patronatu, bo niektóre wystąpienia mogłyby zaszkodzić stosunkom polsko-ukraińskim.
Wołyń na Ukrainie - egzotyczny Największy postęp w sprawie Wołynia nastąpił pięć lat temu, w 60. rocznicę tragedii. Prezydent
Aleksander Kwaśniewski obiecał wtedy kombatantom i przedstawicielom środowisk kresowych, że dojdzie do obchodów na najwyższym szczeblu i wziął na siebie trud przekonania do tej idei władz ukraińskich z ówczesnym prezydentem Leonidem Kuczmą na czele. Kuczma zgodził się z kilku powodów. • Po pierwsze, nie wypadało odmówić drogiemu przyjacielowi „Saszy”. • Po drugie, był to dobry gest, by poprawić swoje notowania w oczach polskiej opinii publicznej i przedstawić rosnącą w siłę opozycję na Ukrainie z b. premierem Wiktorem Juszczenką na czele jako nacjonalistów niezdolnych do wykonania gestu pojednania wobec Polaków. • Po trzecie, podejście Kuczmy do ukraińskiej historii jest raczej sowieckie, nie czuje on specjalnego związku emocjonalnego z zachodnioukraińskim ruchem niepodległościowym, Ukraińską Armią Powstańczą, symbolicznym przywódcą ukraińskiego nacjonalizmu Stefanem Banderą i mitem, że to w Galicji poprzez działania nacjonalistów wykuwała się niepodległość Ukrainy. Kuczmie było więc stosunkowo łatwo potępić to, co w latach 40. działo się na Wołyniu, choć zrobił to ostrożnie. Podczas uroczystości rocznicowych w Pawliwce (dawnym Porycku) w lipcu 2003 r. nie powiedział wprost „przepraszam”. Potępił zbrodnie i przemoc, ale nie oceniał działań UPA i ukraińskich nacjonalistów ogólnie. W Polsce w niektórych środowiskach wywołało to niedosyt.
Ale pięć lat temu ukraińska dyskusja o Wołyniu toczyła się nie tylko na szczeblu prezydentów, ale na bardzo różnych piętrach. Dzięki pracy z ukraińskimi intelektualistami czy dziennikarzami - na seminariach, konferencjach, wystawach, w kontaktach prywatnych - udało się sprawić, że o Wołyniu ukazało się sporo artykułów w prasie ukraińskiej odkrywających te wydarzenia szerszej publiczności. Bo na Ukrainie temat Wołynia jest bardzo słabo znany. A w Kijowie, czy na najbardziej zsowietyzowanej Ukrainie wschodniej - wręcz egzotyczny. W czasach sowieckich przemilczano go albo poprzestawano na przedstawianiu UPA jako faszystów, zbrodniarzy, bez wchodzenia w szczegółowy opis ich działań. Bo wtedy trzeba by napisać, że oprócz "akcji antypolskiej" oddziały UPA do późnych lat 50. stawiały partyzancki opór NKWD w proteście przeciwko wchłonięciu Ukrainy zachodniej przez ZSRR i narzuceniu jej komunizmu. Pełna prawda o UPA jest więc taka, że ma ona na sumieniu zbrodniczy epizod brutalnego usunięcia polskiej ludności z Wołynia w 1943 r., ale zarazem w świadomości przeciętnego mieszkańca Ukrainy zachodniej uosabia kilkunastoletnią walkę z sowieckim komunizmem.
Przebaczamy i prosimy o przebaczenie Mimo różnic w postrzeganiu UPA między Polakami a Ukraińcami pięć lat temu duża grupa wybitnych przedstawicieli lwowskiej inteligencji zdobyła się na jasny głos w sprawie tragedii wołyńskiej, pisząc w tej sprawie specjalny list. To zasługa prorektora Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie i dawnego antykomunistycznego dysydenta prof. Myrosława Marynowycza, wybitnego historyka prof. Jarosława Hrycaka, publicysty i wydawcy Tarasa Wozniaka, znanego komentatora i obrońcy praw człowieka Andrija Pawłyszyna oraz wielu innych. Problem w tym, że wiele środowisk w Polsce uznaje takie gesty za niewystarczające. Bo autorzy listu - będąc ukraińskimi patriotami - nie są w stanie potępić UPA w czambuł, przekreślając jej wkład w walkę z komunizmem. To tak jakby wymagać od Polaków całkowitego przekreślenia wysiłku powojennego podziemia antykomunistycznego, bo w trakcie jego działań dochodziło do akcji rabunkowych, chuligańskich, czy jawnie antysemickich.
Oprócz publikacji w prasie dużą pracę na rzecz organizacji obchodów wołyńskich wykonali pięć lat temu urzędnicy kancelarii prezydentów Polski i Ukrainy. Ówczesny szef BBN Marek Siwiec wraz z szefem administracji Kuczmy Wiktorem Medwedczukiem przemierzyli cały Wołyń, by zbadać nastroje wśród ludności, wysondować, czy uroczystości w Pawliwce nie wywołają protestów. Uspokajali i przekonywali do tej idei władze lokalne.
Efekt był taki, że choć obchody sprawiały wrażenie starannie wyreżyserowanych i sowieckich, to jednak odbyły się bez większych zgrzytów. Jak zwykle były trudności z wynegocjowaniem napisów na pomnikach, jeden z nich próbowano nawet usunąć, a potem przywracano go w przeddzień uroczystości, ale ci, którzy przeżyli tragedię wołyńską, oraz bliscy ofiar dostali satysfakcję moralną, mogli spokojnie modlić się nad prochami swoich bliskich. Prezydent Kwaśniewski powiedział w swoim wystąpieniu to, czego nie dopowiedział prezydent Kuczma, a kropkę nad "i" postawił w homilii ówczesny biskup polowy Wojska Polskiego Leszek Sławoj Głódź odprawiający mszę podczas uroczystości. Nie sposób także przemilczeć modlitwy ekumenicznej w intencji ofiar i pojednania polsko-ukraińskiego z udziałem hierarchów prawosławnych, bo Wołyń to tereny zdominowane przez prawosławie.
Dobry klimat dyskusji o Wołyniu sprzed pięciu lat sprawił, że jeszcze przed uroczystościami w Pawliwce zabrał w niej głos
Wiktor Juszczenko, który jeszcze nie śnił, że za dwa lata zostanie prezydentem. Doskonale pamiętam ten moment. Juszczenko był wtedy częstym gościem w "Gazecie" w czasie swoich licznych wizyt w Warszawie, gdy jako lider opozycji szukał poparcia Aleksandra Kwaśniewskiego. Podczas dyskusji z dziennikarzami "Gazety" oraz zaproszonymi gośćmi dużo mówiliśmy o Wołyniu. Zwłaszcza Adam Michnik przekonywał Juszczenkę, jak symboliczną wagę ma dla Polaków to wydarzenie. Juszczenko początkowo odrzucał nasze argumenty. Przypominał krzywdy zadane Ukraińcom przez Polaków, wyrażał obawy, że uroczystości rocznicowe mają na celu poniżenie Ukraińców i obciążenie ich za całe zło w naszej historii. Zapewnialiśmy, że chodzi wyłącznie o prawdę wobec historii i szacunek dla ofiar.
Po kilku tygodniach wydrukowaliśmy w "Gazecie" jego list do Adama Michnika "Kamienie pamięci". Była to wyraźna deklaracja potępiająca antypolskie zbrodnie na Wołyniu, a zarazem proponująca, by w pojednaniu polsko-ukraińskim zastosować formułę ze słynnego listu biskupów polskich do biskupów niemieckich "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie".
Klimat dyskusji o Wołyniu pięć lat temu był na tyle dobry, że udało się nawet przyjąć wspólną uchwałę parlamentów Polski i Ukrainy w tej sprawie. Przy głosowaniu nad nią - zwłaszcza w Radzie Najwyższej - były nerwy, ale w końcu udało się ją przyjąć. Nie rozumiem, dlaczego w tym roku
PSL proponuje własną uchwałę, a nie stara się szukać w tej sprawie porozumienia z parlamentem Ukrainy. Dlaczego tak łatwo niszczy się dorobek poprzedników, zamiast go rozwijać?
Nie znaczy to, że pięć lat temu nie popełniono błędów, które być może teraz rzutują na to, że strona ukraińska nie pali się do powtórzenia, czy też pogłębienia gestów sprzed kilku lat. Z okazji obchodów wydano monumentalną książkę Władysława i Ewy Siemaszków "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-45". Książka jest oparta na dokumentacji zebranej przez kresowiaków poddanej krytyce profesjonalnych historyków, co pozwoliło usunąć z niej najbardziej jaskrawe błędy. Skandaliczna była jednak jawnie antyukraińska przedmowa do tej książki napisana przez prof. Ryszarda Szawłowskiego oraz dyskusyjny tytuł. Termin "ludobójstwo" niesie bowiem ze sobą określone skutki prawne. Szawłowski nie krył zresztą w przedmowie, że zbrodnie nacjonalistów ukraińskich uważa "pod względem okrucieństwa" i "proporcji" za wyższe od zbrodni hitlerowskich czy komunistycznych. Książka ukazała się pod patronatem i przy wsparciu finansowym kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego. Sam byłem świadkiem, jak polscy dyplomaci dawali ją ukraińskim partnerom podczas oficjalnych spotkań, by "pobudzić dyskusję o Wołyniu" i "poszerzyć ich wiedzę". To nie był trafny wybór. Może nikt z polskich oficjeli nie czytał przedmowy Szawłowskiego? Trudno sobie wyobrazić, by można było popełnić większe faux pas.
Liczy się każdy gest Mimo to obchody tragedii wołyńskiej sprzed pięciu lat przebiegły w duchu pojednania. Potem przyszła pomarańczowa rewolucja, która zmyła resztki nieufności w relacjach polsko-ukraińskich. Po niej nastąpiło otwarcie Cmentarza Orląt we Lwowie oraz uroczystości w Pawłokomie w maju 2006, gdzie na początku 1945 r. oddział podziemia poakowskiego wymordował ukraińskich mieszkańców wsi.
W tym roku obchody wołyńskie są skromne i jednostronne. 10 lipca IPN zorganizuje konferencję na ten temat. Rada Pamięci Walk i Męczeństwa pod kierownictwem Andrzeja Przewoźnika odsłoni na Ukrainie kilka cmentarzy i pomników w polskich wsiach zniszczonych przez UPA. Być może jeszcze tego lata na jakiś skromny wspólny gest zdobędą się prezydenci Lech Kaczyński oraz Wiktor Juszczenko. Niechby to była choćby wspólna modlitwa w cerkwi albo w kościele. Liczy się każdy gest, by nie zmarnować tej rocznicy w rozwijającym się cyklu pojednania naszych narodów.
Tragedia wołyńska to moment, gdy Polacy mają słuszne poczucie, że byli ofiarą. Świadczy o tym przebieg tzw. "akcji antypolskiej", jej brutalność, nieproporcjonalna liczba ofiar po obu stronach. Ale zarazem powinniśmy pamiętać, że Ukraińcy patrzą na UPA nie tylko przez pryzmat Wołynia, a na Polskę poprzez wieki wspólnej historii, gdy to my - świadomie, bądź nie, często walcząc o własny byt - blokowaliśmy słuszne aspiracje niepodległościowe Ukraińców. Takie podejście zagwarantuje, że proces pojednania polsko-ukraińskiego po obu stronach będzie się pogłębiać.