Adam Leszczyński: Czy Amnesty International ma coś do zarzucenia polskiemu rządowi?
Kate Gilmore: Polakom dobrze udało się wyjście z komunizmu. Macie dużo dobrych instytucji - np. tradycyjnie silne i niezależne sądy. Macie aktywne społeczeństwo obywatelskie. Macie odważnych ludzi, którzy chcą się ujmować za tym, co niepopularne, np. za prawami gejów i lesbijek, albo planowaniem rodziny, w tym za szerszym dostępem do aborcji.
Dla ekologa żaby w stawie to sygnał, że ekosystem dobrze działa. Także warszawska Parada Równości jest oznaką społecznego zdrowia.
Ale rządy braci Kaczyńskich przyniosły fatalną z punktu widzenia praw człowieka retorykę. Mam na myśli zwłaszcza homofobiczne komentarze, które padały z ust najwyższych urzędników. Rząd nie może ograniczać konstytucyjnych praw swoich obywateli. Nie może mówić do części z nich: będę rządził sprawiedliwie wszystkimi, tylko nie wami. To nie do zaakceptowania.
Przesłanie AI do premiera i prezydenta Polski jest takie: Zostaliście wybrani w kraju, który ma konstytucję, zobowiązania międzynarodowe, który podpisał międzynarodowe konwencje. Zostaliście wybrani, żeby przynieść rządy prawa dla wszystkich.
AI próbowała przekazać swoje niepokoje polskim władzom?
Zabiegaliśmy o spotkanie. Mimo, że niewiele rządów na świecie odmawia rozmów z Amnesty International, nasze listy pozostały bez odpowiedzi.
Może dlatego, że politycy prawicy uważają "Amnesty" za organizację ideologiczną. Taką, która kiedyś zajmowała się torturami i więźniami politycznymi, a teraz interesuje się bardziej prawami gejów i lesbijek.
AI uważa, że godność człowieka jest ściśle związana z jego psychiczną i fizyczną integralnością. Bez prawa do wyrażania swojej seksualności nie można być w pełni człowiekiem. Wszyscy, także geje, lesbijki i biseksualiści, mają prawo do wyrażania swojej orientacji seksualnej. Żaden rząd nie może im tego prawa ograniczać.
Historia nie skończyła po uchwaleniu Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela. Nie skończyła się także w 1962 r., kiedy AI wyznaczyła sobie bardzo wąski cel - walkę o zapomnianych więźniów sumienia. Później zajmowaliśmy się walką o bezwzględne zniesienie kary śmierci i walką o prawa uchodźców.
Zmieniliśmy się, bo świat się zmienił. Nie zmieniło się nasze przekonanie, że prawa człowieka są uniwersalne i niezbywalne, nasza pewność, że kluczowym testem przestrzegania praw człowieka jest swoboda wyrażania swojej indywidualności i wreszcie przekonanie, że kiedy prawa człowieka są łamane, biedni, zmarginalizowani i wykluczeni cierpią zawsze najbardziej.
W pierwszych dekadach działania AI zajmowała się przede wszystkim więzieniami - nieproporcjonalnymi wyrokami, nielegalnymi zatrzymaniami, procesami politycznymi, złymi warunkami w więzieniach.
Nie twierdziliśmy, że tylko w więzieniach narusza się prawa człowieka. Mieliśmy ograniczone zasoby i zajęliśmy się łamaniem praw człowieka w zakresie, na który nam pozwalały.
Stopniowo rosła jednak zarówno sama AI, jak i liczba innych organizacji, które zajmowały się prawami człowieka. To pozwoliło nam rozszerzać działalność.
Kiedy w 2004 r. AI rozpoczęła światową kampanię przeciwko przemocy wobec kobiet, uświadomiliśmy sobie, jak ważne jest zdrowie seksualne i reprodukcyjne - które wcześniej nie było naszym priorytetem.
Czy zakaz aborcji dotyczący zgwałconej kobiety to naruszenie praw człowieka?
Wielu kobietom ciąża zostaje narzucona - jako rezultat przemocy seksualnej. Noszenie potomstwa oprawcy samo w sobie jest naruszeniem praw człowieka. Stygmat bycia ofiarą gwałtu utrwala pierwotną przemoc. To tak, jak zostać zgwałconą wiele razy.
Amnesty uważa, że to pasmo przemocy trzeba przerwać. Kobieta musi być wolna od przymusu, kiedy próbuje radzić sobie z konsekwencjami gwałtu. I jeżeli zechce - po przedstawieniu jej wszystkich możliwych opcji - bez strachu i przymusu powinna otrzymać dostęp do aborcji.
Rządy mają oczywiście prawo ograniczać dostęp do aborcji - w rozsądnych granicach. W czasie ciąży nadchodzi moment - z medycznego punktu widzenia bardzo trudny do wyznaczenia - w którym dziecko mogłoby być utrzymane przy życiu poza organizmem matki. Ten moment przesuwa się wraz z rozwojem medycyny. To jest granica. Uważamy, że wcześniej - zwłaszcza wówczas, kiedy kobieta została ofiarą przemocy seksualnej - nikt nie potrafi lepiej od niej podjąć trudnego wyboru, czy chce urodzić.
Uważamy, że poddawanie jej przymusowi - a karanie za aborcję jest właśnie takim przymusem - to kolejne naruszenie praw człowieka.
Źródło: Gazeta Wyborcza