http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Opinie >  Artykuły

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Opinie

"Polskie obozy śmierci" - jesteśmy pieniaczami?

Marek Prawda
2006-03-07, ostatnia aktualizacja 2006-03-07 14:47

Jak reagują szwedzcy dziennikarze na polskie protesty przeciwko sformułowaniom "polskie obozy śmierci"? Doszukują się tylko przewrażliwienia i historycznej paranoi

Brama Muzeum Auschwitz
Fot. Tomasz Wiech / AG
Brama Muzeum Auschwitz
SONDAŻ
Reakcje Polaków na sformułowanie ''polskie obozy śmierci'' są według Ciebie

Przesadzone
Odpowiednie
Zbyt łagodne

Nie ciekawią ich nasze argumenty. Uważają, że Polaków nie trzeba i nie warto rozumieć, że mogą być oni co najwyżej obiektem pedagogicznej troski

"Gazeta Wyborcza" napisała niedawno o akcji szwedzkiej Polonii protestującej przeciw określeniu "niemieckie i polskie obozy śmierci", które znalazło się w artykule Bengta Albonsa w "Dagens Nyheter". Dziennik zamieścił sprostowanie, ale uznał polskie reakcje za przesadne i emocjonalne, czego dowodem miały być obficie cytowane sformułowania obraźliwe wobec autora i redakcji.

Polskie skargi

Jak w wielu innych krajach, także w szwedzkiej prasie zdarzały się określenia typu "polskie obozy śmierci" lub inne wypowiedzi świadczące o tym, że pod kategorią nazistów odpowiedzialnych za zbrodnie wojenne rozumie się także Polaków.

Stykałem się z tym w pracy na stanowisku ambasadora RP w Sztokholmie zbyt często, żeby udawać, że nie ma problemu. Wiem, że Polacy w Szwecji od lat interweniowali w takich przypadkach i wiem, że ich sygnały zwykle ignorowano albo traktowano jako niepoważne pieniactwo.

Także ambasada reagowała na ogół listem, w którym obok prośby o sprostowanie pisaliśmy, że broń Boże nie posądzamy z góry autorów takich sformułowań o złą wolę, ale chcemy wyjaśnić, dlaczego to dla nas takie ważne i uważamy, że warto o tym porozmawiać.

Kiedy już dostawaliśmy odpowiedź, to zawierała skomplikowane wywody o szwedzkich standardach niezależności dziennikarskiej i pouczenia o możliwości zwrócenia się do jakichś trybunałów. A jeżeli ktoś zdobył się na parę słów od siebie, to były to protekcjonalne uwagi o notorycznym przeczuleniu Polaków. Byle tylko nie napisać na ten temat w gazecie, po ludzku, kilku zdań wyjaśnienia.

Ten sam ton odnajduję w relacji"Dagens Nyheter". Znacznie więcej miejsca niż lakoniczne sprostowanie zajmuje tu przytaczanie - głównie obraźliwych - opinii polskich czytelników. W warstwie intelektualnej wysiłki redaktorów "Dagens Nyheter" można by zakwalifikować - mówiąc prawie serio - jako próbę udowodnienia tezy, że Polacy idiotami jednak są.

To tak jakby polski ambasador w Sztokholmie ujawnił "Gazecie Wyborczej" kilka nieżyczliwych Polsce listów tylko po to, by zadenuncjować wady charakteru Szwedów. Wiemy przecież, że każde zjawisko ma swój margines oraz że w akcjach tego rodzaju zawsze nadmiernie dochodzą do głosu postawy i styl, które trudno zaakceptować. Natomiast koncentrowanie na nich szczególnej uwagi może świadczyć o chęci unikania rozmowy o istocie problemu. Zanim do tego przejdę, chciałbym dla jasności powiedzieć, że nonsensem jest pomawianie "Dagens Nyheter" o antypolskość, że Bengt Albons jest świetnym i uczciwym dziennikarzem oraz że nie odczuwam solidarności z autorami obraźliwych listów.

Co myślą o nas Szwedzi

Rozumiem natomiast zmęczenie i zniecierpliwienie rodaków, którym nie daje się szansy wyjaśnienia, na czym polega ich problem. Jeżeli szwedzcy dziennikarze w polskich reakcjach na cytowane tu błędy doszukują się tylko przewrażliwienia i historycznej paranoi, to niesłychanie te tendencje sami wzmacniają.

W ich postawie nie ma ciekawości partnera i dążenia do poznania jego argumentów: Polaków nie trzeba i nie warto rozumieć, mogą być oni co najwyżej obiektem pedagogicznej troski. To przypomina epokę komunizmu, kiedy dialog Zachodu ze Wschodem polegał na dwóch monologach - każda ze stron mówiła co chciała i nie interesowała się tym, co mówiła druga.

Szwedzka opinia publiczna nie wie, że Polska ma za sobą trudną i bolesną debatę historyczną, która była możliwa dopiero po roku 1989. Że spojrzeliśmy w lustro bez taryfy ulgowej, że nie oszczędziliśmy narodowych mitów ani tabu. Chyba żadnemu ze społeczeństw naszej części Europy nie zaordynowano takiej terapii wstrząsowej. Poddaliśmy także krytycznej analizie język debaty publicznej.

Po tym wszystkim - co naturalne - wzrosło u nas zainteresowanie dyskusjami historycznymi w innych krajach, szczególnie w tych aspektach, które dotyczą Polski. Uważamy, że ta wewnętrzna debata była ważna i pomogła oczyścić atmosferę w relacjach z wieloma środowiskami na świecie. Ale dostrzegliśmy także niepokojącą tendencję do wykorzystywania ostatniej polskiej debaty na temat II wojny światowej do nowych oskarżeń i, niestety, jakby częstszego mylenia sprawców z ofiarami.

I to jest kontekst, w którym interpretujemy dziś określenie "polskie obozy śmierci". Musimy na to reagować zdecydowanie, także dlatego, że chcemy ocalić dorobek naszej krytycznej debaty o przeszłości. Czy to tak trudno zrozumieć?

Szkoda, że "Dagens Nyheter", zamiast błyskotliwie porównywać Polaków do muzułmanów protestujących przeciw karykaturom Mahometa, nie zdecydował się na próbę zarysowania tła i prawdziwych motywów ludzi, którym mogło się nie spodobać cytowane sformułowanie.

To całe nieporozumienie jest w gruncie rzeczy dość typowe na etapie zrastania się dwóch części Europy, z ich odmienną kulturą pamięci. Nie sądzimy, abyśmy wnosili do Europy historyczne obsesje. Wnosimy specyficzną wrażliwość i doświadczenia - jak choćby to z lat 80. - doświadczenie "Solidarności" i pokojowego rozwiązywania konfliktów.

Na ten temat Polacy i Szwedzi mają sobie szczególnie wiele do powiedzenia. Znaleźli wówczas wspólny język, którego powinni częściej używać. Mógłby się przydać właśnie dziś, w fazie wzajemnego poznawania się i uzgadniania europejskiej narracji historycznej. A bez niej trudno sobie wyobrazić prawdziwą wspólnotę.

*Marek Prawda był ambasadorem w Sztokholmie w latach 2001-05, obecnie jest dyrektorem sekretariatu ministra spraw zagranicznych

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne