Fakt, że popadł w konflikt z całą Komisją Badania Wypadków Lotniczych, jest kolejnym, ale fundamentalnym dowodem na to, jak bardzo się nie nadawał na stanowisko polskiego akredytowanego przy rosyjskim Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym. Jeśli ktoś kiedyś zajmie się wyliczaniem błędów, jakie popełnił polski rząd w sprawie śledztwa smoleńskiego, to pierwszy błąd będzie się nazywał Edmund Klich.
Nie wiem, czy w śledztwie smoleńskim możliwe byłoby przełamanie fatalizmu podejrzliwości i niechęci w relacjach polsko-rosyjskich. Nie wiem, czy można było lepiej ułożyć sobie stosunki z Rosjanami. Być może tak - świadczyły o tym początkowe bardzo otwarte gesty Rosjan (np. udostępnienie nagrań z wieży). Jeśli jednak ktoś mógłby do tego doprowadzić, to musiałby to być ktoś o wybitnych zdolnościach dyplomatycznych, znajomości rosyjskich realiów, niebywałym takcie i umiejętnościach perswazyjnych. Obecny konflikt, w którym nikt z komisji nie opowiedział się za Klichem, świadczy, że w rubryce "zdolności dyplomatyczne" płk Klich powinien sobie wpisywać: "nie dotyczy".
Zapewne nie było błędem przyjęcie przez polski rząd zaproponowanej przez Klicha i aprobowanej też przez Rosjan formuły badania katastrofy smoleńskiej zgodnie z konwencją chicagowską. To zapewniło mu jako jedynemu przedstawicielowi Polski monopol na relacje polskie władze - MAK.
Tego monopolu pułkownik strzegł zazdrośnie. Ciągle występował w mediach, które okazały się dla niego narkotykiem. W telewizji a to chwalił współpracę z Rosją, a to krytykował, sugerując, że Rosjanie uważają Polskę za niewielkie państwo o małym znaczeniu. Jednego dnia oświadczał, że to, co Rosjanie i badający katastrofy cenią najbardziej, to dyskrecja i przekazywanie sprawdzonych informacji, drugiego ujawniał niesprawdzone elementy śledztwa, przedstawiał swoje teorie, wywołując furię w Moskwie.
Niestety, w najważniejszym momencie - ujawnienia raportu MAK - zawiódł. Nie uprzedził polskich władz o tym, że raport zostanie ujawniony. Wszystko wskazuje na to, że sam był tym zaskoczony. Nie potrafił też zadbać, aby w raporcie MAK znalazło się stanowisko polskie. A w całej tej sprawie nic bardziej nie naraziło rządu na krytykę.
Nie jest jednak tak, że to Edmund Klich sam obsadził się w tej fatalnej roli akredytowanego. Podczas swojej pierwszej konferencji prasowej, tuż po wyjeździe do Moskwy w kwietniu 2010 roku, żalił się, że wysłano go bez tłumacza, a on rosyjskiego nie zna, a dodatkowo nakazano mu współpracę z polską prokuraturą. Te dziwne skargi powinny być dla władz państwowych ostrzeżeniem - ten człowiek na tak odpowiedzialne i trudne stanowisko się po prostu nie nadaje.
Premier
Donald Tusk uznał jednak, że najlepiej będzie, gdy rząd znajdzie się jak najdalej od badania katastrofy. Niezależność osób odpowiedzialnych za badanie sprawy smoleńskiej miała być gwarancją obiektywizmu, ale i alibi dla premiera. Rząd niczego nie chce ukryć - postawił przecież na Edmunda Klicha - szefa Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, człowieka mianowanego jeszcze w 2006 roku przez pisowskiego ministra transportu Jerzego Polaczka.
Z tych samych powodów taki nacisk rząd położył na śledztwo prowadzone przez niezależną prokuraturę prowadzoną przez mianowanego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego prokuratora Andrzeja Seremeta.
Jak można było się spodziewać, nie uchroniło to premiera od oskarżeń, że traktuje śledztwo smoleńskie jak "włamanie do garażu na Pradze". A wszystko, co robią oficjalne władze, to jedno wielkie "kłamstwo smoleńskie", które nieustannie się kruszy.
Dziś po kolejnych kompromitacjach pułkownika, łącznie z ujawnieniem taśm, na których nagrywał spotkania z ministrem obrony, premier może sobie powiedzieć - od kogoś takiego uzależniłem polskie śledztwo w sprawie smoleńskiej.
Jedno udało się rzeczywiście osiągnąć Edmundowi Klichowi. W tak podzielonym w sprawie katastrofy smoleńskiej społeczeństwie jak polskie wszyscy żegnają go bez najmniejszego żalu.