http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Skończmy pomocową podstawówkę

Paweł Bagiński*
2012-02-03, ostatnia aktualizacja 2012-02-02 16:21

Sudan. Studnia wykopana przez Polską Akcję Humanitarną, ufundowana przez Meblik - producenta mebli z Chojnic
Sudan. Studnia wykopana przez Polską Akcję Humanitarną, ufundowana przez Meblik - producenta mebli z Chojnic
Fot. PAH

Pytanie o skuteczność naszej pomocy jest ważniejsze od dyskusji o tym, czy powinniśmy wspierać jeden z krajów Partnerstwa Wschodniego czy też przede wszystkim być obecnymi w Afryce

ZOBACZ TAKŻE
Ostatnio na łamach "Gazety Wyborczej" ukazały się dwa teksty o polskiej pomocy rozwojowej: Adama Leszczyńskiego o absurdach polskiej pomocy ("Robimy tak mało, jak się da", 17 stycznia) oraz polemika Rafała Dymka ("Pomagajmy mądrze", 25 stycznia). Oba niezwykle ważne, bowiem debata publiczna na ten temat może nam pomóc w zrozumieniu tego, co robimy dobrze, a gdzie popełniamy błędy.

Polską pomoc można porównać do szklanki do połowy pełnej lub do połowy pustej. Nieuczciwością jest niezauważenie postępu, jakiego dokonaliśmy w ostatnim dziesięcioleciu we wspieraniu rozwoju krajów biedniejszych. Na początku dekady na działania pomocowe wydawaliśmy po kilka milionów złotych rocznie, które rozdzielały w MSZ dwie osoby (łącznie z piszącym te słowa), co pozwalało na zrealizowanie kilkudziesięciu drobnych projektów. Polska pomoc Anno Domini 2012 to już setki projektów i setki milionów złotych rocznie. Mamy też, spore instytucjonalne "oprzyrządowanie" (dwa departamenty w MSZ, właśnie uchwalona ustawa o współpracy rozwojowej itp.). Nie przestając być biorcą środków pomocowych, sami zaczynamy być zauważalnym donatorem. To cieszy.

Zwolennikom pomocy rozwojowej (wg badań opinii publicznej zapewne większości społeczeństwa) może być trudno pogodzić się z tym, że przekazujemy bardzo mało funduszy, bo zaledwie 0,08 proc. dochodu narodowego, na rozwój innych krajów (to jeden z najniższych wskaźników w UE). Z kolei to na pewno bardzo użyteczny argument dla tych, co nie chcą widzieć naszego kraju w "Unii pierwszej prędkości" (ta bowiem nawet w obliczu kryzysu wciąż hojnie wspiera kraje rozwijające się), ale nadal w grupie "nowych" krajów członkowskich.

Kluczowym problemem naszej pomocy rozwojowej nie jest jednak jedynie wielkość środków, a nawet nie jej kierunki, ale przede wszystkim archaiczny sposób planowania, a następnie wdrażania. Rację ma Adam Leszczyński, że stanowczo za długo uczymy się udzielania wsparcia. A przecież chociażby od ponad dekady uczestniczymy w spotkaniach dawców pomocy na forum ONZ, OECD, a od 2004 r. Unii Europejskiej. Na kolejnych konferencjach (Paryż, Akra i Busan) zgadzamy się, że trzeba dostosować wsparcie do potrzeb krajów rozwijających się oraz w pierwszej kolejności wykorzystywać lokalne zasoby i instytucje, a także, że należy zapewnić przejrzystość pomocy i planować ją długoterminowo, uprościć procedury, wreszcie zwracać uwagę na długoterminowe skutki działań pomocowych. I dalej, nie wiedzieć czemu, robimy wszystko po swojemu.

Jak zatem te wszystkie zobowiązania mają się do realiów polskiej pomocy? Koncepcje projektów dalej powstają w Warszawie czy Poznaniu, a nie w Kijowie czy Lusace. Polskie władze wciąż stosują własne przepisy i procedury, niedostosowane całkowicie do rzeczywistości krajów rozwijających się, opierając się też najczęściej na polskich ekspertach i instytucjach. O tym, co robi Polska, nie wiedzą nawet niektórzy ambasadorzy krajów, dla których pomoc jest adresowana. Co więcej, nie jest dokonywana ocenia wpływu naszych projektów na długofalowy rozwój krajów, na rzecz których są one realizowane. W konsekwencji nie potrafimy powiedzieć, jak kilkaset milionów złotych wydanych w ciągu ostatnich lat przełożyło się na poziom życia czy stan demokracji w Mołdawii lub Gruzji i czy nasza pomoc była skuteczna. Dlaczego? Bo tego nie wiemy i chyba nie chcemy wiedzieć.

A może nasza pomoc służy polskiej polityce zagranicznej, jak zapewne chciałby min. Sikorski? Otóż nie. Polskie organizacje pozarządowe pozostają w kontakcie ze swoimi odpowiednikami w Mołdawii, na Ukrainie czy w Kenii, ale władze tych państw najczęściej nic nie wiedzą o udzielanej przez nie pomocy. Polskie władze nie opracowały też wspólnie z nimi strategii pomocowych, więcej, nie rozmawiają z nimi na temat naszej pomocy rozwojowej. Może i dobrze, bo co mamy do przekazania naszym partnerom? Nie wiadomo, ile pieniędzy dostaną w ciągu dwóch-trzech lat od polskiego rządu, bo mamy roczne planowanie budżetowe. Nie wiadomo też, w jakiej dziedzinie zaoferujemy pomoc, bo nie ma planów wykraczających poza rok kalendarzowy. Co gorsza, przyjęta ustawa o pomocy rozwojowej tego problemu nie rozwiązuje, a plan wieloletni, o którym piszą zarówno Adam Leszczyński, jak i Rafał Dymek, to na razie tylko projekt, który formalnie nie wyszedł nawet poza mury MSZ.

W efekcie od dekady jedyne, co udaje się przeprowadzić, to konkursy MSZ na projekty pomocowe dla organizacji pozarządowych. To pożyteczne, ale czy zamiast kilkuset małych projektów, nie można zrobić kilkudziesięciu większych programów, które przyczyniałyby się do kompleksowych zmian w jakiejś konkretnej, nawet małej dziedzinie życia? Czymś takim mogłaby być np. walka z HIV/AIDS na Ukrainie. Pytanie o skuteczność naszej pomocy jest ważniejsze od dyskusji o tym, czy powinniśmy wspierać jeden z krajów Partnerstwa Wschodniego czy też przede wszystkim być obecnymi w Afryce.

Jesteśmy wyjątkowo oporni na światowe, dobre lub złe, doświadczenia i praktyki. Wydawałoby się, że polska prezydencja będzie sprzyjać wymianie doświadczeń między nami a bardziej zaawansowanymi dawcami. Nic takiego się nie stało. Prezydencja pozwoliła raczej odwrócić uwagę od naszego krajowego podwórka. Nie udało jej się wykorzystać do uczenia się od innych, ale to my - rząd, ale też eksperci, starali się innym doradzać, jak skutecznie pomagać. Wiatru w żagle dodała nam arabska wiosna. Skądinąd słusznie przekonywaliśmy inne kraje UE, jak ważne jest wspieranie demokracji. Zaproponowaliśmy też utworzenie Europejskiej Fundacji na rzecz Demokracji, przekonując, że w przeciwieństwie do istniejących programów unijnych będzie ona działała bardziej elastycznie i szybciej. Najbliższe miesiące pokażą, czy poza szczytnymi hasłami potrafimy zreformować własną pomoc rozwojową, choćby w tak ważnym dla nas obszarze jak promocja demokracji.

Prezydencja się skończyła, kurz opadł i wróciliśmy do rzeczywistości, która w pomocy rozwojowej - jak w mało której dziedzinie - słabo przystaje do unijnych standardów. Czas zabrać się do pracy i szybko skończyć pomocową podstawówkę. Aby nikt nas nie musiał zostawić na drugi rok w tej samej klasie.

*dr Paweł Bagiński - dyrektor programu międzynarodowego w Fundacji im. Stefana Batorego, w latach 2000-07 pracownik MSZ.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':