Magdalena Kursa: Wokół wszyscy wciąż mówią tylko o ACTA. Pan też brał udział w masowych protestach? Paweł Jochym: Tak! Pierwszy raz w życiu poszedłem na manifestację. Wśród protestujących na krakowskim Rynku czułem się ze swoimi 46 latami, jakbym był najstarszy. Nie sądziłem, że przyjdzie aż tyle osób. No, ale ludzie nie lubią być traktowani jak stado baranów.
Rządzący wmawiają nam, że znają się na tym lepiej, że nic nam nie grozi, a potem okazuje się, że strona premiera ma hasło admin1. Szef rządu nie musi być kompetentny w technologiach informatycznych, ale musi mieć dobrych doradców i słuchać ekspertów.
Przeciwko czemu pan protestował? - Gdy zaczęły wyciekać pierwsze informacje o przygotowywanych w Ameryce i Europie przepisach rozszerzających możliwość prewencyjnych działań wobec tych, którzy naruszają prawa autorskie w internecie, zainteresowałem się tym.
Protestowałem przeciwko ACTA z kilku powodów. Konsultacje w tej sprawie były marionetkowe, głównie z tymi, którzy są majątkowo zainteresowani wejściem umowy w życie. Dlaczego odrzucono zdanie takich organizacji jak np. Polskie Towarzystwo Informatyczne? Jako naukowiec też żyję ze swoich dzieł intelektualnych - mam z nich według oświadczenia majątkowego 70 proc. dochodów. Ale nie czuję się chroniony przez ACTA - wręcz przeciwnie, czuję się zagrożony, bo ACTA niesie ze sobą ograniczenie wolności. Poza tym ta umowa doprowadzi do utrwalenia prawa, które nie jest dostosowane do dzisiejszych czasów.
ACTA zagraża Wikipedii? - Wikipedia, również ta polska, jest względnie bezpieczna. Amerykańska fundacja, która ją prowadzi, rezyduje na Florydzie, europejskie prawo jej nie obowiązuje - co prawda prezydent Obama podpisał już ACTA, ale mam nadzieję, że silne przywiązanie do wolności słowa w
USA ochroni projekt przed negatywnymi jego skutkami. Poza tym jesteśmy środowiskiem, które bardzo dużą wagę przywiązuje do legalności tego, co w Wikipedii się znajduje. Idąc protestować na Rynek, chciałem raczej wyrazić swoje "nie" wobec prób ograniczania wolności i prawa do krytyki, niż bronić Wikipedii.
ACTA ograniczy naszą wolność? - W proponowanych regulacjach najgorsze jest to, że one są bardzo niejasne i - jak wskazują prawnicy - będą mogły być różnie interpretowane. Wygra ten, kto będzie miał lepszego adwokata, a więc ten, kto ma więcej pieniędzy. Skutki ACTA będą zależeć od interpretacji sądów, prokuratury, policji, a nawet organizacji typu ZAiKS. W czarnym scenariuszu może to doprowadzić do totalnej inwigilacji, zamykania niezależnych portali czy gazet już na etapie podejrzenia o łamanie praw autorskich, nawet bez postanowienia sądu. Obawiam się, że ktoś wykorzysta to w walce politycznej lub konkurencyjnej w biznesie. Prawdopodobnie wzrosną też koszty internetu, jeśli dostawcy będą zmuszeni do instalowania drogiego sprzętu monitorującego ewentualne naruszenia własności intelektualnej.
Środowisko Wikipedii nie protestowało jednak zbyt głośno. - Przyłączyliśmy się do negatywnego stanowiska Koalicji Otwartej Edukacji, która zajmuje się wolnością słowa. Stonowana reakcja naszego środowiska była związana z tym, że atak na rządowe strony uważamy za szkodliwy, nawet jeśli te strony są słabo zabezpieczone. Włamywanie się do cudzego komputera to według nas działanie kryminalne.
Nawołujemy do takiej reformy prawa autorskiego, by z jednej strony nie traktowało 90 proc. obywateli jak przestępców, a z drugiej strony by twórcy, do których przecież należymy, mogli być uczciwie wynagradzani.
Pogodzenie potrzeb tych dwóch grup jest w ogóle możliwe? - Na pewno nie będzie możliwe, póki legalne kupienie książki w e-formacie będzie równie trudne jak bieg przez płotki i niewiele tańsze niż kupienie książki papierowej. Na szczęście zaczyna się to zmieniać - zapewne pod naciskiem rynku. Nadal jednak poza nielicznymi wyjątkami jest to procedura złożona i np. niedostępna dla użytkowników systemu
Linux. Legalny użytkownik nie może mieć gorzej niż pirat - np. dostawać DVD z 10 minutami nieprzewijalnych reklam na początku filmu czy też muzyki lub książki, której nie można mieć na dowolnym ze swoich urządzeń. Doświadczenie wielu firm pokazuje, że na sprzedaży dóbr intelektualnych w sieci można zarabiać. Jeden z producentów gier wystawia w sieci swoje produkty za dowolną opłatą. Użytkownicy płacą ile chcą, również nic. Ta firma zarabia mimo to grube miliony.
Najważniejsze jest to, że nie można utrwalać systemu prawnego, który nie jest dostosowany do obecnej technologii. Dzisiejsze prawo autorskie pochodzi z przełomu XIX i XX wieku i było stworzone głównie z myślą o dystrybucji książek i innych dóbr intelektualnych w fizycznej postaci. Kiedyś pośrednicy między twórcą a odbiorcą byli niezbędni; potrzebny był dom wydawniczy, drukarnia, dostawca papieru. Dziś barierami są tylko napisanie książki i sposób na dotarcie do czytelnika.
Jakoś trzeba jednak chronić prawa autorskie. Wikipedii nikt dla zysku nie kopiował? - Oczywiście, że mieliśmy z tym problemy. W sieci pojawiały się strony wyglądające jak Wikipedia, tyle że z reklamami (zaznaczmy jednak, że jest to legalne, choć naganne). Mam jednak wrażenie, że
Google sam je zwalcza poprzez odpowiednie pozycjonowanie. Rzadko pojawiają się wysoko w wyszukiwarce.
Nie mamy tabunu prawników, ale nieraz skarżyliśmy się wydawcom na plagiaty. Uważamy jednak, że można te spory załatwiać cywilizowanymi metodami, bez sięgania od razu po środki specjalne. Już teraz można iść do sądu i dochodzić swoich praw. ACTA stwarza niebezpieczeństwo, że ktoś, kto poczuje się pokrzywdzony, pójdzie od razu do dostawcy i będzie się skutecznie domagał zablokowania strony.