Czy rząd swoim zachowaniem właśnie pomaga zbudować przeżycie pokoleniowe, którego brakuje młodym Polakom? Być może z biernej generacji Obok stają się właśnie aktywnym obywatelsko pokoleniem Anty?
Jeśli spojrzeć wstecz na 2011 - rok rewolucji, w których młodzi ludzie odgrywali pierwsze skrzypce - od placu Tahrir po ruch Occupy Wall Street, można uznać, że Polacy przespali ten moment. Z wielu względów trudno dziś młodemu pokoleniu Polaków załapać się na "rewolucję"'. W końcu ktoś inny im wolność wywalczył i jedyne, co mogą z nią zrobić, to przetworzyć w coś konkretnego - najlepiej inwestować w siebie i pomnażać
PKB. Oburzeni ze Stanów Zjednoczonych, Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii wiedzą, że nigdy nie będą mieli "lepiej" od swoich rodziców, bo świat dobrobytu rozsypuje się na ich oczach. W przeciwieństwie do protestujących rówieśników na Zachodzie młodzi Polacy nadal mają lepsze perspektywy na pracę, zarobki i poziom życia niż starsze pokolenie. Zadanie, które zostało im postawione, to urządzić się jak najlepiej w rzeczywistości stworzonej przez pokolenie 50+ i na jego warunkach. W tych kategoriach postrzegają też sytuację młodych Polaków autorzy raportu Boniego "Młodzi 2011". Z przedstawionych w nim danych wyłania się obraz konformistycznej generacji konsumpcji, która z radością odkłada protest do szuflady w imię małej stabilizacji - iPhona, pracy w korporacji i wyjazdu do Turcji na wakacje. W tych rosnących aspiracjach materialnych i lifestylowych młodych Polaków badacze z zespołu Boniego widzą podstawowy potencjał innowacyjny dla rozwoju Polski i budowy nowej wizji polskiej wspólnotowości. Autorzy opracowania nie widzą w młodych potencjału buntu, bo bunt się im zwyczajnie nie opłaca. Do czasu.
Pokolenie Obok przemawia Twórcy raportu, opisując "młodych", nagminnie zapominają jednak o jednym - o potrzebie wyjścia poza cyferki i oddania głosu tym, których opisują. Tymczasem tytułowi młodzi właśnie przemówili. Okazuje się, że jest kategoria spraw, które są w stanie wkurzyć młodych Polaków i zmobilizować do wspólnego działania. Punktem zapalnym stało się ani
bezrobocie, ani umowy śmieciowe - sprawy bezpośrednio dotyczące pracy i płacy tak jak u protestujących rówieśników na Zachodzie, ale sprzeciw wobec ACTA. Jak to się dzieje, że pokolenie konformizmu wyszło na ulice akurat teraz? Zanim uznamy, że "młodzi zostali zmanipulowani" lub że "walczą o możliwość ściągania nielegalnych plików z internetu", warto ich posłuchać i zobaczyć od nowa. Na naszych oczach rośnie być może nowe pokolenie aktywnych obywateli, aktywnych być może inaczej, niekoniecznie chodzących na wybory, ale przynajmniej w pewnych sprawach bardzo mocno patrzących władzy na ręce.
Od kilku miesięcy prowadzę badania terenowe w różnych zakątkach Polski, spotykając się z młodymi ludźmi w ich domach oraz miejscach, które są im bliskie - na podwórkach, w ulubionych barach, na korytarzach blokowisk. Z tych rozmów wyłania się obraz ludzi skupionych na sobie i raczej niezainteresowanych przejęciem pałeczki współtworzenia Polski, o czym tak bardzo marzą twórcy raportu "Młodzi 2011". Młodzi Polacy, z którymi rozmawiałam, są zatopieni w swoich własnych jednostkowych światach. Żyją gdzieś w Polsce, ale mogliby żyć na Antarktydzie. Ich życie jest sprywatyzowane, niepolityczne i w dużym stopniu dzieje się w sieci. Żyją "obok" - obok mainstremowych mediów, obok polityków, obok swoich rodziców. Nie są "anty" - tak jak wiele innych poprzednich pokoleń młodzieży. Nie ma w nich obecnego na Zachodzie w pokoleniu ich rówieśników poczucia niesprawiedliwości dziejowej. Nie mają zbyt wiele oczekiwań wobec państwa, nie są tak roszczeniowi jak ich rodzice. Oni wiedzą, że Donald Tusk niewiele im może dać. Nie spodziewają się, że państwo załatwi za nich życie. Jeśli mają obawy o przyszłość, a jest ich sporo, wiedzą, że muszą liczyć na siebie. W końcu są pierwszym pokoleniem neoliberalnej wolności. Dlatego nie wychodzą na ulice walczyć o przywileje grupowe ani protestować przeciwko umowom śmieciowym. Na co dzień zresztą nie działają razem - rywalizują ze sobą na wolnym rynku. Nie czują, że mają jakiekolwiek poczucie wpływu. Do tej pory mieli więc państwo i polityków w nosie. I liczyli, że państwo da im święty spokój i pozwoli im żyć w świecie "obok".
Ten ich świat dzieje się w dużym stopniu w internecie. Żyją w nim od zawsze - jest on dla nich, szczególnie tych najmłodszych, absolutnie podstawową formą funkcjonowania w rzeczywistości społecznej. Opublikowane właśnie przez Centrum Cyfrowe Projekt:
Polska wyniki badania na temat nieformalnych obiegów kultury potwierdzają tę pokoleniową tezę o roli internetu w zaspokajaniu potrzeb społecznych i kulturowych młodych Polaków. Z nieformalnych, a więc przede wszystkim sieciowych, obiegów kultury korzystają prawie wyłącznie ludzie poniżej 30. roku życia. Internet jest dla nich głównym i często jedynym sposobem uczestnictwa w kulturze i życiu społecznym - to w sieci zdobywają, oglądają, sami tworzą treści kulturowe i dzielą się z innymi.
Z pokolenia Obok do pokolenia Anty Problem z ACTA jest właśnie taki, że państwo nagle wchodzi na ich własne "sieciowe" podwórko, do ich najbardziej naturalnego ekosystemu, w który żyją od zawsze i w którym nie spodziewali się zobaczyć za rogiem ani premiera, ani ministra Boniego. Ani tym bardziej policjanta czy korporacji śledzącej i cenzurującej ich kroki. Nagle ktoś chce zrobić zamach na ich prywatny świat "obok", ich podstawową przestrzeń wolności, ekspresji i życia. I robi to po cichu, po kryjomu i nie pytając ich o zdanie. Trudno pozostać "obok" w takiej sytuacji.
Umowa ACTA i sposób jej uchwalania zdołał w mgnieniu oka zaangażować młodych Polaków do aktywności antyrządowej, ale też obywatelskiej. Chciałoby się usiąść i napisać instrukcję o tym, jak stworzyć aktywnych obywateli w 24 godziny. Być może rząd swoim działaniem właśnie wspiera budowę przeżycia pokoleniowego, którego nie doświadczyli dotąd młodzi Polacy. Dla wielu z nich protesty te są pierwszą formą aktywności społecznej, pierwszym doświadczeniem wspólnoty i pierwszym doświadczeniem walki o grupowy interes. Warto podkreślić, że demonstracje nie zdarzyły się tylko w
Warszawie, ale również w mniejszych ośrodkach, takich jak
Kielce czy Limanowa. W piątek na demonstracji pod Pałacem Prezydenckim 23-letni student powiedział mi, że po raz pierwszy czuje, że działając wspólnie, może mieć wpływ na kształt polityki. Stawka, o którą grają młodzi ludzie, protestując przeciw ACTA, jest czymś więcej niż buntem piratów niezadowolonych z faktu, że państwo ograniczy możliwość ściągania nielegalnych plików z sieci. Moment, w którym politycy i korporacje wkraczają w ich przestrzeń wolności, to już ten jeden krok za daleko. Potwierdzają to wyniki sondażu MB SMG/KRC i Centrum Cyfrowego Projekt: Polska**, w którym zapytaliśmy o główne motywacje protestu. Aż 43 proc. młodych Polaków w przedziale do 30. roku życia powiedziało nam, że w sprzeciwie wobec ACTA chodzi przede wszystkim o walkę o wolność internetu. Takiego samego zdania jest tylko 28 proc. osób w wieku powyżej 30. roku życia. Tylko 12 proc. młodych ankietowanych uznało, że chodzi o możliwość ściągania plików z sieci.
Nauki na przyszłość Bez względu na trwałość tego protestu dwie sprawy wydają się być istotne na przyszłość.
Pierwsza dotyczy tezy o przeżyciu pokoleniowym. Nie wiem, czy można już uznać, że młodzi Polacy mają swoją rewolucję, natomiast warto zauważyć, że jest to dla nich pierwsze doświadczenie wspólnego działania. Protest przeciwko ACTA może być szansą na pojawienie się w sferze społecznej i politycznej głosu młodych Polaków, którzy po raz pierwszy w wolnej Polsce stają się podmiotem, a nie przedmiotem debaty publicznej. Pokolenie to było do tej pory bierne i nie potrafiło ani działać razem, ani walczyć o cele przekraczające pozajednostkowy interes. Protest pokazuje im, że działając razem, można mieć wpływ na politykę i wspólnie kształtować rzeczywistość i to na swoich warunkach.
Druga sprawa dotyczy zaś polityków i sposobu rządzenia w społeczeństwie informacyjnym. Zamieszanie wokół ACTA bierze się przecież również z fatalnego sposobu konsultowania i podejmowania decyzji. Rządzący w Polsce muszą się przyzwyczaić, że w społeczeństwie cyfrowym nie da się niewygodnych tematów zamieść pod dywan, a następnie udawać, że ich nie było. Nie można wmawiać ludziom, że strony rządowe padły od dużego zainteresowania, a nie ataku hakerów, twierdzić, że odbyły się konsultacje, jeśli nikt o nich nie wiedział, i przekonywać, że usunęło się tylko „brzydkie” słowa z komentarzy na stronie rządowej. Warto przyjąć założenie, że, parafrazując Stefana Kisielewskiego, „głupia publika już nie będzie łykać”, bo społeczeństwo cyfrowe, które dziś tworzą przede wszystkim młodzi Polacy, jest dobrze poinformowane i oczekuje innego sposobu rządzenia. Legitymizacja władzy w takim społeczeństwie to nie jest coś, co dzieje się w wyborach raz na cztery lata, ale proces o charakterze ciągłym. To codzienny dialog, który nie jest mówieniem do ludzi, ale rozmową z ludźmi. Sprawa ACTA jest idealną okazją do sięgnięcia po bardziej otwarte modele rządzenia oparte na współuczestnictwie, dialogu i inkluzji, czyli włączaniu obywateli w proces rządzenia i zarządzania państwem oraz wspólnym podejmowaniu decyzji. W takim otwartym systemie członkowie społeczeństwa nie są traktowani jak bierna publiczność, ale jako aktywni, poinformowani obywatele, którzy współtworzą swoje państwo. Młodzi Polacy, którzy wyszli ze swojego świata „obok”, właśnie takiej otwartości się dziś domagają.
*Dominika Blachnicka-Ciacek: doktorantka z socjologii wizualnej w Goldsmiths College Uniwersytetu Londyńskiego, pracuje w Centrum Cyfrowym Fundacji Projekt: Polska
** Sondaż przeprowadzony przez instytut MillwardBrown SMG/KRC, 28-29.01, reprezentatywna próba 1003 Polaków