http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

ACTA polityków

Witold Gadomski
2012-01-31, ostatnia aktualizacja 2012-01-31 19:21

- Jesteśmy proeuropejscy - powie Palikot. - Jesteśmy proamerykańscy - powiedzą Kaczyński i Miller. I za kilka miesięcy po cichu przyklepią umowę

25.01.2012 Kraków, marsz przeciwników ACTA
Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
25.01.2012 Kraków, marsz przeciwników ACTA
W dyskusji o umowie handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrabianymi skompromitowali się praktycznie wszyscy politycy. Strona rządowa pokazała brak kompetencji i słabość w obliczu nasilających się protestów. A opozycja - od Palikota do Solidarnej Polski - po raz kolejny udowodniła, że nie ma stałych wartości i poglądów poza jednym - niechęcią do rządu i ambicją zdobycia kilku punktów w sondażach wyborczych.

Niemal nikt nie mówi o istocie sprawy - o tym, że wielostronna umowa międzynarodowa negocjowana od prawie pięciu lat jest z założenia kompromisem, który nikogo w pełni nie zadowala i którego kształt w minimalnym stopniu zależy od nas. Ale jego odrzucenie może być dla nas bardzo kosztowne.

Żałosna rejterada rządu

O umowie ACTA było cicho do połowy stycznia. A przecież od dawna treść umowy "wisi" w internecie. Premier i jego otoczenie nie spodziewali się, że umowa wywoła burzę. Rada Ministrów zaaprobowała decyzję o podpisaniu umowy w trybie obiegowym, pod koniec grudnia. Gdy zaczęły się protesty, pierwszy skompromitował się rzecznik rządu Graś, twierdząc, że zablokowanie stron rządowych przez hakerów jest przejawem zainteresowania internautów pracami rządu.

Premier postanowił pokazać siłę i 23 stycznia zapowiedział, że Polska umowę podpisze. Tak się rzeczywiście stało - 26 stycznia. Kilka dni po podjęciu "bohaterskiej" decyzji o podpisaniu ACTA premiera opuściła odwaga. Najpierw "objechał" ministra kultury Zdrojewskiego oraz odpowiedzialnego za cyfryzację Michała Boniego za "niedostateczne konsultacje społeczne". Argument jest dosyć karkołomny, bo internauci to zbiorowość rozproszona. Nie istnieją reprezentatywne organizacje tego środowiska.

Sam - jak niemal każdy - jestem internautą i ani nie czuję się przez nikogo reprezentowany, ani reprezentowania moich interesów sobie nie życzę.

Mówienie o "braku konsultacji" jest miękkim przyznaniem racji protestujących. Tę grę podjął Michał Boni, który w wywiadzie radiowym chętnie wziął na siebie winę, mówiąc, że rzeczywiście za mało było o ACTA dyskusji. Symbolicznie też oddał się do dyspozycji premiera, a premier zgodnie z przewidywaniami pozostawił Boniego na stanowisku. Skądinąd minister jest w tej sprawie zupełnie niewinny. Rada Ministrów podjęła decyzję o podpisaniu ACTA, zanim Boni na dobre ulokował się w nowym ministerstwie.

Już po podpisaniu umowy przez ambasadora w Japonii premier zapowiedział, że - jeśli będzie naprawdę uzasadniona opinia, że umowa ACTA jest zagrożeniem dla wolności - to rząd nie przedłoży jej do ratyfikacji. To już była żałosna rejterada. Rząd miał wiele miesięcy na to, by rozpatrzyć wszystkie za i przeciw, a premier ogłasza, że dopiero sprawdzi konsekwencje umowy. Na to nikt nie dał się nabrać i demonstrujący przeciwko ACTA wyśmiali premiera.

Miłośnicy wolności z PiS

Gdy Jarosław Kaczyński twierdził, że internauci zajmują się głównie oglądaniem pornosów i piciem piwa, grał rolę, do której jest stworzony - twardego konserwatysty, który nie lubi nowinek technicznych i cywilizacyjnych. Gdy jednak ten sam polityk staje w obronie wolności słowa, rzekomo zagrożonej przez umowę ACTA, gdy popiera podskakujących na mrozie młodzieńców z fryzurą na irokeza, mamy typowy dysonans poznawczy. Konserwatyści powinni bronić praw własności zagrożonych przez internet i dostrzegać zagrożenia, jakie internet niesie dla tradycyjnych wartości. Dla konserwatysty anonimowość w sieci nie jest wielką wartością. Konserwatysta powinien mieć odwagę głosić swoje poglądy z otwartą przyłbicą.

Poseł PiS Zbigniew Girzyński w dyskusji telewizyjnej broni (przed Stefanem Niesiołowskim) internautów, którzy podczas demonstracji posługują się znakiem Polski Walczącej. Dla PiS ten znak jest świętością, bo partia Kaczyńskiego chętnie nawiązuje do mitu Powstania Warszawskiego. W innych okolicznościach na internautów, którzy używają świętego symbolu, padłyby gromy. Ale chwilowo są sojusznikami PiS. Lub precyzyjniej - PiS ma nadzieję na pozyskanie głosów w tym środowisku.

Jest jeszcze jeden aspekt umowy ACTA dla PiS niezbyt wygodny. Do umowy dążą Stany Zjednoczone, które od dawna - jawnie i zakulisowo - walczą z podróbkami towarów i kradzieżą własności intelektualnej. PiS to partia proamerykańska. Jej politycy nie widzieli niczego zdrożnego w tym, że urzędnicy ambasady amerykańskiej podpowiadali polskiemu MSZ, jak ma formułować odpowiedź w sprawie tarczy antyrakietowej. Teraz oburzają się, że ambasada naszego nowego Wielkiego Brata interesuje się procesem przyjmowania umowy ACTA w Polsce.

Okazało się, że dla PiS nie liczy się ani ideologia, ani pryncypia polityki zagranicznej. Popiera każdego, kto jest przeciwko rządowi Tuska. Jarosław Kaczyński zaproponował w sprawie ACTA referendum. Pomysł jest absurdalny, bo referenda powinny dotyczyć spraw zasadniczych. W dodatku takich, w których przeciętny człowiek może wyrobić sobie pogląd. A w sprawie ACTA spierają się ze sobą wybitni prawnicy. Kaczyński oczywiście wie, że żadnego referendum nie będzie. Po prostu głośno krzyczy: internauci, jestem z wami - cokolwiek to znaczy.

Jak cię nie stać - kradnij

Skoro politycy PO przyznają półgębkiem rację przeciwnikom ACTA, a PiS krzyczy o tym z całych sił, to co ma począć Janusz Palikot, który na happeningach się wylansował? Przebija wszystkich, przyznając w Radio Zet ("Siódmy dzień tygodnia", 29 stycznia), że młodzi ludzie, których nie stać na kupno wielu rzeczy, mają prawo je kraść. - Polska jest zbyt biedna - mówił - i dlatego powinniśmy kraść własność intelektualną.

Tak nie mówił nawet śp. Andrzej Lepper. Polityk, który nawołuje do kradzieży, w normalnych okolicznościach znalazłby się na całkowitym marginesie. Tymczasem prawica, która nienawidzi Palikota za jego krucjatę przeciwko śp. Lechowi Kaczyńskiemu, siedzi spokojnie obok posła i nie protestuje. Także przedstawiciel partii rządzącej nie krzyczy, że to skandal, demoralizacja młodzieży. Bo jak zasiadający w Sejmie twierdzi, że wolno kraść, zwłaszcza tym, których nie stać na kupno, to jak można walczyć ze złodziejami? Kradną samochody, drogie ciuchy w galeriach, sprzęt elektroniczny - bo ich na nie nie stać.

Nie grzmi także przedstawiciel ziobrystów, partii byłego ministra sprawiedliwości, który dotychczas pozował na "szeryfa".

W dyskusjach o ACTA nieustannie pojawia się argument, że nawet jeśli internauci kradną własność intelektualną, to na biednego nie trafia - bo kradną "wielkim firmom fonograficznym" i "wielkim korporacjom". Gdy wielka międzynarodowa korporacja inwestuje w Polsce, politycy chętnie fotografują się z jej prezesami. - To ja załatwiłem tę inwestycję - mówią do kamery. A teraz okazuje się, że wielkie korporacje są złe i wolno je okradać. I prawica, i lewica odgrzewa stare hasło bolszewików: "Kradnij ukradzione".

Robią internautów w balona

Podpisanie umowy ACTA nie oznacza, że wejdzie ona natychmiast w życie. Nie chodzi tylko o konieczność jej ratyfikowania. Stroną umowy będzie Unia Europejska, co oznacza, że będzie do niej dostosowana odpowiednia dyrektywa lub rozporządzenie, które po zatwierdzeniu przez Radę Europejską stanie się obowiązującym prawem. Wątpliwe, by Polska mogła ją zablokować. W dodatku na polskie władze nacisk będą wywierały Stany Zjednoczone, dla których walka z piractwem marketingowym jest priorytetem. Politycy, którzy dziś zarzekają się, że nie dopuszczą, by ACTA weszła w życie - jak Leszek Miller - za kilka miesięcy spuszczą z tonu.

- Jesteśmy proeuropejscy - powie Palikot. - Jesteśmy proamerykańscy - powie Kaczyński i Miller. I po cichu przyklepią umowę. Tylko biedni internauci niepotrzebnie skakali na mrozie, odmrażając sobie uszy. Gdy przestaną skakać, jeszcze mniej będą ufali politykom, którzy nie mają poglądów i charakteru, a za to mają wystarczająco dużo tupetu i chęci pozostania w Sejmie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':