Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Prawica wciąż podkreśla swoją intelektualną i polityczną suwerenność. Jednocześnie nie może się obejść bez "polityki imitacji", czyli pokazywania "biednym Polakom" jakiegoś kraju czy polityków, których zachowania i reformy chętnie zaszczepiłaby na nasz grunt. Tyle że to przejaw raczej skolonizowanego niż wyzwolonego umysłu.
W poszukiwaniu polskiego OrbánaJarosław Kaczyński zachwyca się politycznymi sukcesami Viktora Orbána. Marzył, by w
Warszawie zbudować Budapeszt. Tyle że ta "geograficzna metafora" nie jest w cenie. Rząd Orbána, który miał ratować węgierską gospodarkę po fatalnych rządach lewicy, znalazł się na zakręcie. Niektóre posunięcia, jak nałożenie podatku na korporacje, są słuszne. Tyle że to za mało. Bo inne, jak podporządkowanie sobie banku centralnego, sprawiają, że wartość forinta spada. Rząd Fidesz podniósł VAT do 27 proc. Węgrzy przenoszą swoje oszczędności do Austrii i Czech.
Orbán, widząc, że przegrywa bój o gospodarkę, skupił się na reformach politycznych, mających zapewnić mu ciągłość władzy. Zmienia konstytucję i ordynację wyborczą na korzyść Fidesz. Przejmuje media, czyści wymiar sprawiedliwości. Komisja Europejska mówi "dość", wszczynając procedury karne. To nie "rewolucja konserwatywna", jak głoszą nasi prawicowcy, budzi nieufność wobec poczynań Orbána, ale pełzające zawłaszczanie władzy.
Fidesz jest nadal dość popularny, ale już stracił połowę swoich wyborców. To wynik dokręcania przez Orbána śruby społeczeństwu, analogiczny do tego, który testowali na Polakach budowniczowie IV RP. To też powód, dlaczego prawicowi publicyści bronią Orbána jak niepodległości. Chcą w ten sposób poczuć smak "moralnej rewolucji", której nie udało im się zaprowadzić w Polsce.
"Prawicowa rewolta" Fidesz podoba się także rodzimym hierarchom. Przykładem wywiad rzeka, jaki Tomasz Terlikowski i Grzegorz Górny przeprowadzili z abp. Józefem Michalikiem. Szef Episkopatu opisuje naszą rzeczywistość nie tylko językiem publicystyki Rafała Ziemkiewicza. Mówi, przykładowo, że Kościół rósłby w siłę, gdyby nie te "liberalne elity" i "salony". Ziemkiewicz, odkąd pamiętam, nie otwiera ust, jeśli nie sprzedaje tej mantry. "Polskie środowiska salonowe" obawiają się naszego mesjanizmu - twierdzi szef Episkopatu (zob. "Raport o stanie wiary w Polsce", s. 180).
Dla hierarchy, podobnie jak dla Kaczyńskiego, Orbán to ideał lidera. "Politycy powinni się kierować zasadami moralnymi, a nie wybierać to, co najłatwiejsze - przekonuje arcybiskup. - To, o czym mówię, jest możliwe. Przedstawia to choćby przykład Węgier, gdzie premier Viktor Orbán opiera swoją politykę na mocnych fundamentach moralnych. Bardzo potrzebne jest nam takie świadectwo wierności zasadom" (s. 150).
Czy
Węgry przeżyją rozpoczętą przez Fidesz rewolucję? O tym nie zdecyduje Komisja Europejska, ale sami Węgrzy. I tylko jedno jest pewne: rodzimej prawicy tak się podoba "węgierski wariant", że poszukuje dziś "polskiego Orbána". Zapomina tylko, że w Polsce po doświadczeniach budowy IV RP jest to wysiłek syzyfowy.
Byle konserwatystaPrawica żywo reaguje też na amerykański bój o Biały Dom. Kibicuje, rzecz jasna, republikanom. Pierwszym jej faworytem był Tim Pawlenty, który budził entuzjazm, bo miał polskie pochodzenie. Z wyścigu o nominację odpadł, nim ten jeszcze się rozpoczął.
Przez chwilę bohaterem stał się Rick Santorum. Polityk chciał zlikwidować ministerstwo edukacji, bo "indoktrynuje młodzież". Nie lubi też gejów, bo są odpowiedzialni - jego zdaniem - za rozkład społeczeństwa. Przypomina trochę byłego już lidera LPR Roman Giertycha.
Teraz liczy się Newt Gingrich, zaskakujący zwycięzca prawyborów w Karolinie Południowej. Polityk podkreśla, że jest katolikiem i konserwatystą. Drogie są mu wartości rodzinne i uczciwość. Tyle że co innego deklaruje, co innego robi. Celnie jego postawę punktuje Kazimierz Bem na swoim blogu "Listy z Ameryki": "Pierwszą żonę zdradzał z przyszłą drugą; drugą ze swoją późniejszą trzecią, i to wtedy, gdy grzmiał na Billa Clintona za romans z Moniką Lewinsky" (zob. www.instytutobywatelski.pl). Hipokryzja, znak firmowy także naszej prawicy, sięga tu nieba.
Gingrich ma też lepkie ręce do wielkich pieniędzy. Kręcił, że dla instytucji udzielających kredytów hipotecznych (Freddie Mac i Fannie Mae) pracował "jako uznany historyk", a nie polityczny konsultant. Gdy pękła bańka
nieruchomości, wyraził pogląd, że Freddie i Fanny muszą zbankrutować. Tymczasem między 1999 a 2008 r. z przerwami Freddie Mac zapłacił mu od 1,6 do nawet 1,8 mln dol. za pomoc w budowaniu politycznej strategii.
Jak widać, nasza prawica trzyma kciuki za polityków, którzy deklarują, że są prawdziwymi konserwatystami - w przeciwieństwie do farbowanego lisa, za którego uchodzi Mitt Romney. Ten bowiem, co niewybaczalne w oczach amerykańskich prawicy religijnej, jest mormonem. Politycy „drugiego garnituru” czy „grzeszny moralista” - taki wariant jest dla naszej prawicy zawsze lepszy niż demokrata Afroamerykanin Obama. Wiadomo: bo socjalista, i na dodatek Murzyn. Wszak pamiętamy, jak poseł PiS Artur Górski ogłosił urbi et orbi, że wybór Obamy to „upadek cywilizacji białego człowieka”.
Dlatego, mimo kryzysu w
USA, wysokiego, choć chwilowo zmniejszającego się bezrobocia, zawiedzionych nadziei wobec słabej prezydentury Obamy, Demokraci mogą raczej spać spokojnie. Dziś największym wrogiem Republikanów, gdy przyglądamy się ich kandydatom, są sami... Republikanie.
Dyktat radykałówCo stało się z partią, która wydała Abrahama Lincolna i Rolanda Reagana? Otóż strategii Republikanów nie piszą dziś setki skądinąd ciekawych konserwatywnych think tanków, ale publicyści telewizji FOX News pokroju Billa O'Reilly'ego, którego odpowiednikiem w Polsce mógłby być Jan Pospieszalski ze swoim programem "Warto rozmawiać" kiedyś, a dziś "Bliżej". Linię tę wyznaczają także radykałowie z Tea Party, jak choćby Sarah Palin, która o Rosji wie wszystko, jak stwierdziła, bo jej rodzinna Alaska z nią sąsiaduje. Partia Republikańska stała się zakładnikiem publicystycznych oszołomów i "herbacianych" radykałów.
Analogiczną sytuację mamy w Polsce. Partia Kaczyńskiego na gruncie programowym została przejęta przez "autorów niezależnych" z "Uważam Rze" i portalu "wPolityce.pl", który zawsze "stoi po stronie prawdy". Użyteczna jest też "grupa smoleńska", tworząca ruch Solidarni 2010. A także medialne imperium toruńskiego przedsiębiorcy, Tadeusza Rydzyka.
Tego „braterstwa intelektualnego” nie kryje prezes PiS. W rozmowie z „arcyniepokornymi dziennikarzami”, czyli braćmi Karnowskimi, przyznaje, że prawicowa publicystyka odzwierciedla także jego punkt widzenia. Mówi: „To przecież wyraźnie opisują także autorzy »Uważam Rze «: jeżeli jakaś władza ma potężne poparcie mediów atakujących jednocześnie brutalnie opozycję, a równocześnie stopa życiowa i poziom konsumpcji w kraju rosną, to naprawdę trudno taką partię pokonać. Ja sam mówiłem o tym dawno”. Cóż za zgodna i spójna wizja świata...
Co dzieje się z partią, gdy biorą ją radykałowie? Traci skuteczność. Przykład? Dla sprawnej opozycji wpadka rządu z realizacją ustawy refundacyjnej to idealna okazja do zbicia politycznego kapitału. Tymczasem prawica piórami i ustami swoich intelektualnych tuzów walczy "mężnie" z Jerzym Owsiakiem i jego Orkiestrą, przedstawiając ogólnopolską akcję charytatywną jako największe zło i zagrożenie dla państwa.
Społeczeństwo dwóch prędkościPrawica głosi, że Polacy i tak oddadzą jej władzę, gdyż badania mówią, że jesteśmy konserwatystami. Tyle że rodacy są mistrzami, by deklarować jedno, a robić drugie.
Mówimy: rodzina i małżeństwo to drogie nam wartości. Tyle że od 1989 r. potroiła się liczba dzieci pozamałżeńskich - jest to najszybszy przyrost wśród społeczeństw Europy Środkowej. Ich liczba to ponad 20 proc. Co 15 para w Polsce żyje w związku nieformalnym i liczba ta rośnie. Podobne zjawisko obserwuje się na "konserwatywnej" wsi.
Polacy stosują też antykoncepcję (zakazaną przez Kościół), a co piąty Polak i Polka przyznał się, że zdradził współmałżonka. Jesteśmy także w dużej większości zwolennikami in vitro, którego Kościół nie akceptuje, grożąc ekskomuniką. Nie twierdzę, że to pozytywne zjawiska, natomiast grzeszy naiwnością ten, kto nie dostrzega tych "przemian intymności".
To pokazuje, że nie tyle mamy "dwie Polski", ile "społeczeństwo dwóch prędkości". Z jednej strony ludzi, którzy dają wiarę prawicowym fantazmatom, że
Polska to "dziadoskie państwo", że nie jest suwerennym krajem, że postępowcy niszczą rodzinę i podważają tradycyjne wartości. To ta część społeczeństwa, dla której modernizacja w każdej postaci jest podejrzana.
Z drugiej są ci, którzy nie boją się świata, którzy poprzez ciężką pracę zmieniają swoje otoczenie, nie mają poczucia zagrożenia ze strony obcych, nie twierdzą, że liberalizm podważa świętość rodziny, a metoda in vitro to morderstwo. Dla tej części społeczeństwa modernizacja jest narzędziem, dzięki któremu można poprawiać jakość naszego życia.
Rzecznikiem której części społeczeństwa jest nasza prawica? Cynicznie wybiera i konserwuje tą pierwszą. Tym samym woli zaklinać rzeczywistość, niż ją analizować. A to sprawia, że największym wrogiem prawicy nie są żadne "elity" czy "salony", ale ona sama.
*Jarosław Makowski - publicysta, filozof, teolog, szef Instytutu Obywatelskiego związanego z PO (www.instytutobywatelski.pl)