http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Acta jak wystrzał z "Aurory"

Michał Danielewski, "Gazeta Wyborcza"
2012-01-27, ostatnia aktualizacja 2012-01-26 16:34

Droga pani kierowniczko i drogi panie kierowniku, fakt, że wasz pracownik na śmieciowej umowie nie rzucił wam się do gardła, może wynikać z prostej przyczyny: codziennie po powrocie do domu odpala sobie w internecie ulubiony serial

życie przed komputerem
.
życie przed komputerem
Komputer
Fot. Agnieszka Sadowska / AG
Komputer
Tak, większość z nich kłamie. Większość z tych wszystkich oburzonych internautów piszących na portalach społecznościowych ogniste manifesty piętnujące plany ograniczenia swobód obywatelskich i prawa do prywatności. Albo tych, co rozszarpują retorycznie na kawałki całe zawarte w dziesiątkach paragrafów zło, jakie podobno ma się urzeczywistnić wraz z podpisaniem przez polski rząd ACTA. Kłamią zazwyczaj również ci, którzy z zapałem wytykają ekipie Donalda Tuska brak konsultacji społecznych nad spornym dokumentem, i ci, co wskazują z oburzeniem, że jego treść była uzgadniana podczas tajnych negocjacji.

Kłamią, bo w sprzeciwie wobec ACTA chodzi tak naprawdę o coś zupełnie innego. Po pierwsze, jak zauważył antropolog Piotr Cichocki ("Gazeta", 25 stycznia), pozbawienie młodych internautów prawa do dzielenia się treściami w sieci to jak "amputacja osobowości". Po drugie, i chyba ważniejsze, prowadzona na serio walka z łamaniem praw autorskich skokowo pogorszyłaby jakość życia dużej części protestujących. Jest to wystarczający powód, by się zbuntować, ale ma jeden dolegliwy feler: słabo brzmi w przekazie medialnym. Stąd kłamstwa. Czyli inaczej mówiąc - dobry PR.

Amerykańskie seriale. Mecze NBA i angielskiej ligi piłkarskiej. Kinowe hity nominowane do Oscara oraz najnowsze albumy gwiazd muzyki pop - wszystko to jest bez problemu dostępne za darmo w internecie. Tak samo jak cała twórczość Antonioniego, wszystkie nagrania Franka Zappy i najnowsze zachodnie publikacje naukowe. Dla każdego coś miłego do ukradzenia. Dla każdego coś, bez czego jego życie byłoby uboższe. Dla wielu młodych Polaków coś, na co w normalnej i legalnej wymianie rynkowej nie byłoby ich stać.

W naszych warunkach fikcja przestrzegania prawa autorskiego jest elementem niewypowiedzianej - bo wstydliwej - umowy społecznej między władzą a społeczeństwem, według której biedny ma prawo kraść cudzą własność, byleby była to własność intelektualna. Podpisanie przez rząd ACTA będzie tej umowy spektakularnym wypowiedzeniem. I to dlatego na tle Europy protesty przeciwko nowemu prawu są u nas szczególnie gorące i gwałtowne. W bogatszych krajach perspektywa płacenia równowartości 1,30 dolara za jedną piosenkę nie jest aż tak straszna. Dla przeciętnego przedstawiciela polskiego prekariatu wydanie (w przeliczeniu) ponad 50 zł na album z 12 piosenkami to już poważny dyskomfort. Zwłaszcza jeśli do tej pory mógł ściągnąć go za darmo, a pieniądze wydać choćby na koncert ulubionego artysty.

Co więcej, mogę się założyć, że wiele prac doktorskich na nadwiślańskich uniwersytetach nie powstałoby bez darmowego i nielegalnego internetowego dostępu do najnowszych książek naukowych. Wystarczy tylko wspomnieć panikę, jaka niespełna miesiąc temu opanowała młodych akademików, gdy w sieci gruchnęła plotka o zamknięciu jednego z serwisów oferujących imponujący zbiór takich publikacji w plikach PDF. Masowe korzystanie przez doktorantów z tego źródła jest tajemnicą poliszynela - promotorzy przecież doskonale się orientują, że ich podopieczni na dotarcie do pozycji zawartych w bibliografiach doktoratów musieliby wydać pokaźną część stypendium. Wiedzą też, że nie kradną dlatego, że są okropni, źli i niemoralni. Kradną, ponieważ są biedni. Alternatywa jest często prosta: lepsza praca, lecz poczęta w grzeszny sposób, lub gorsza, ale za to stworzona "po bożemu". Co wybieracie?

Podobnie rzecz ma się z popkulturą. Jej konsumpcja jest we współczesnym świecie jedną z podstawowych potrzeb. Jej zaspokojenie kompensuje nam wiele innych braków, uśmierza mnóstwo lęków wiążących się z życiem w niestabilnym i kruchym otoczeniu: marna pensja staje się mniej upokarzająca, brak perspektyw nie jest już tak wkurzający, a lęk przed spłatą gigantycznego kredytu na mieszkanie staje się odrobinę mniej paraliżujący.

Gigabajty obrazów i dźwięków, które codziennie zasysamy przez stałe łącze internetowe, wydatnie wpływają na jakość naszego życia, głębię relacji społecznych czy nawet, o zgrozo, zadowolenie z pracy. Tak, droga pani kierowniczko i drogi panie kierowniku - fakt, że wasz zatrudniony od dwóch lat na śmieciowej umowie pracownik nie rzucił wam się jeszcze do gardła, może wynikać z bardzo prostej przyczyny: codziennie po powrocie do domu odpala sobie w internecie ulubiony serial. Na przykład "Family Guy" albo "Zakazane imperium". Bo chyba nie sądziliście, że zarabiającego 2 tysiące brutto stać na dekoder HBO?

Skala protestów przeciwko ACTA w naszym kraju, ich rozległa społeczna perspektywa - od kibiców klubów piłkarskich, przez aspirujących do klasy średniej yuppies, do subtelnych intelektualistów z Żiżkiem pod pachą - pokazuje, że ani kryzys, ani smoleńska brzoza, ani proste przeniesienie na polskich grunt wzorca zachodnich Oburzonych nie będą zarzewiem pokoleniowego buntu nad Wisłą. Wystrzałem z "Aurory" może za to stać się brak nowego odcinka "Dextera" do obejrzenia za darmo w internecie.

ACTA w polskich warunkach nie jest bowiem kontrowersyjną regulacją dotyczącą praw autorskich. Jest czymś o całe niebo (lub piekło - zależy od perspektywy) poważniejszym: brutalnym pozbawieniem prawa do nieskrępowanej konsumpcji. Chyba nie ma w XXI wieku bardziej dolegliwej represji. Na razie rząd Donalda Tuska zachowuje się jak Maria Antonina rzucająca beztrosko: "Nie mają chleba? Niech jedzą ciastka". Problem w tym, że na kodowane ciastka i kremówki w formacie Blue-ray polskiego ludu jeszcze długo nie będzie stać. Coraz bardziej palące staje się więc pytanie: gdzie, do cholery, jest ta Bastylia?! Odpowiedzi szukajcie w Google Maps.

****Kochamy darmowe seriale

Na strony oferujące darmowe linki do najnowszych odcinków popularnych seriali - głównie amerykańskich - wchodzą codziennie setki tysięcy polskich internautów. To zazwyczaj tam, a nie w płatnych, kodowanych telewizjach oglądają premierowe odsłony kolejnych przygód wymierzającego sprawiedliwość seryjnego mordercy w serialu „Dexter” czy pokręcone perypetie rodziny Griffinów w animowanej serii „Family Guy”.

Pirackie strony oprócz darmowego dostępu kuszą jeszcze jednym zakazanym owocem - nowe odcinki pojawiają się chwilę po ich emisji w Stanach Zjednoczonych. By obejrzeć je legalnie w polskiej telewizji, trzeba czekać przynajmniej kilkanaście dni.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 9
  • 6
  • 14
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    28 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':