Wydaje się, że lament w sprawie ACTA przybrał karykaturalne rozmiary. Dyskusja o ważnej umowie staje się niezwykle jednostronna, często oderwana od faktów. Zapominamy, czemu ta umowa miałaby służyć. Proces ten pokazuje, jak łatwo organizacje pozarządowe, dziennikarze i elity wypowiadają się o czymś, o czym nie mają pojęcia. Warto, aby polski rząd, mimo podjęcia decyzji o podpisaniu umowy, w obliczu kontrowersji wyjaśnił, że ACTA to nie orwellowski Wielki Brat.
Spisek korporacji czy walka z kradzieżą? Czy ACTA to umowa wymierzona w obywateli i skrajnie dla nich szkodliwa? Nie jestem prawnikiem, ale wszelkie fakty, jakie analizowałem, wskazują, że nie. W dyskursie można odnieść wrażenie, że umowa ma na celu zniewolenie wolnych obywateli internetu przez spisek polityków i korporacji.
To świetny przykład wykorzystywania socjotechniki do manipulowania odbiorcą. Tysiące internautów zawzięcie broni zagrożonej "wolności słowa" i "wolności internetu". Pytałem wiele osób udostępniających na Facebooku zdjęcia "Stop ACTA", na czym polega owo zagrożenie dla wolności słowa. Prawie nikt nie potrafił odpowiedzieć.
Tymczasem ACTA jest umową, która ma pomóc chronić prawo własności. Nie jest "złem wcielonym", tylko próbą walki z nagminnym okradaniem firm i twórców poprzez nielegalne kopiowanie wytworów ich
pracy i umysłu. Ma zapobiec sytuacji, w której np. firma latami inwestuje miliardy euro w wynalezienie nowej generacji leku, w postęp technologiczny i poprawę zdrowia tysięcy chorych. Tymczasem po wypuszczeniu leku na rynek konkurencja bez ponoszenia żadnych kosztów na badania nielegalnie go kopiuje i sprzedaje taniej. To obniża chęć firm do inwestowania w badania i rozwój. W efekcie opóźnia się nasz rozwój technologiczny, a w tej branży - możliwość wynalezienia sposobów leczenia groźnych chorób.
ACTA ma przyczynić się do rozpowszechnienia standardów ochrony własności. Intencje umowy wydają się słuszne, chyba że ktoś podważa istotę prawa własności.
Dylemat z ACTA jest, szczególnie dla liberała. Naprzeciwko siebie stanęły dwie liberalne wartości: ochrona obywatela przed nieuzasadnioną inwigilacją i domniemanie niewinności kontra poszanowanie dla praw własności. Na obu tych zasadach zbudowaliśmy nasz demokratyczno-kapitalistyczny zachodni system wartości i system prawa. Era internetu (niezależnie od ACTA) spowodowała, że nagle te wartości niezwykle drastycznie stanęły w sprzeczności. Wydaje się, że ochrona praw własności narusza obronę przed inwigilacją i vice versa - obrona przed inwigilacją prowadzi do naruszania praw własności. Czy istnieje proste rozwiązanie? Nie.
Pomysł, że dostarczyciele usług internetowych mieliby prewencyjne prawo wyłączenia komuś dostępu do usług bez udowodnienia winy, jest sprzeczny z zasadą państwa prawa, w którym żyjemy. Problem polega na tym, że według znanych mi interpretacji ACTA tego nie proponuje
Co więcej większość komentatorów nie dostrzega, że za jednym i drugim stanowiskiem stoi potężne lobby korporacji. Nie tylko za ACTA (przemysł fonograficzny, wydawcy). Błędem i nadużyciem jest stwierdzenie, że za ACTA stoi wielki biznes, a przeciw są prodemokratyczni obywatele. ACTA uderza w żywotne interesy ogromnej grupy wielkich przedsiębiorstw internetowych, które pozwalają na swoich serwerach na udostępnianie przez użytkowników muzyki, filmów i innych wytworów objętych prawem własności intelektualnej.
Firmy te zarabiają kosmiczne kwoty, generując wielki ruch internautów (którzy udostępniają innym legalne albo często skradzione treści), i dzięki temu sprzedają masowo reklamy. Czyli zarabiają dzięki temu, że przymykają oczy na kradzież, która odbywa się w przestrzeni od nich zależnej. Firmy te jednocześnie nie dają nic tym, którzy owe dobra wytworzyli.
Jeśli na imprezie u mnie w domu jeden z gości okradnie drugiego, to jest mi przykro, ale ponoszę winę bardzo pośrednio. Moralność nakazywałaby dowiedzieć się, kto to zrobił i przynajmniej takiej osoby więcej nie zapraszać. Problem pojawia się, gdy okazuje się, że sam zachęcam kieszonkowców do bywania na moich imprezach, co więcej, na tym, że zaczynam pośrednio zarabiać na kradzieżach popełnianych przez część moich gości.
Czy taki biznes jest w porządku? Nie jest. Dlaczego więc nie piętnujemy tego procederu, lecz atakujemy tych, którzy domagają się zapłaty za swoją ciężką
pracę? Do tego paradoksalnie czynimy to pod hasłem "walki z systemem". Dokonano na nas manipulacji.
ACTA ma skłonić serwisy internetowe do większej dbałości o to, co publikują na nich użytkownicy. Zresztą serwisy już dziś powinny to czynić. Pytanie do prawników brzmi, co w praktyce będzie oznaczała ta dbałość po podpisaniu ACTA. Rząd powinien to jasno przedstawić. Oczywiście trzeba sprawić, aby ewentualne sankcje były proporcjonalne w stosunku do winy. Należy unikać prewencyjnych sankcji wobec użytkowników, bo są niezgodne z domniemaniem niewinności.
Jak era cyfrowa zmienia nasz system wartości? Debata o ACTA jest potrzeba również po to, by lepiej przyjrzeć się systemowi wartości, jaki wykształciła w nas era cyfrowa. Internet wywołuje przyzwolenie na zachowania, których większość z nas nigdy nie popełniłaby w realnym świecie. Większość czytelników nigdy nie wyniosła pod kurtką ze sklepu płyty CD. Większość z nas uważa, że to kradzież.
Kiedy włączamy komputer, wszystko się zmienia. Zapewne większość czytelników raz, dwa razy, może sto razy w życiu nielegalnie ściągnęła sobie płytę umieszczoną w sieci. Mało kto ma z tego powodu wyrzuty sumienia. Ale przecież ten czyn nie różni się niczym od wyniesienia oryginalnej płyty ze sklepu. To taka sama kradzież. Ludzie tłumaczą się tak: "gdyby koncerny sprzedawały płyty taniej, tobym kupił, a tak mnie nie stać". Tylko że jak kogoś nie stać na telewizor plazmowy albo porsche, to nie oznacza, że ma prawo go ukraść.
Nasz system wartości staje się bardzo niespójny. Ludzie tracą świadomość, że świat wirtualny jest tak samo realny jak ten, który znamy po wyłączeniu ekranu komputera. Dlaczego miałyby obowiązywać w nim inne zasady?
Zagrożenie permanentnej inwigilacji Największym dyskutowanym zagrożeniem, jakie miałoby nieść ACTA, to inwigilacja internauty. Źle się czuję, gdy wiem, że ktoś ma dokładne dane o tym, z kim się komunikuję przez internet, gdzie bywam itd. To narusza moją prywatność. To tutaj może występować napięcie pomiędzy liberalną ochroną prawa własności a liberalną ochroną prywatności obywatela.
Problem polega niestety na tym, że wszystkie nasze działania w sieci i tak są rejestrowane (czy nikt nie oglądał amerykańskiego filmu "Wróg publiczny"). Przecież dostawca internetu dokładnie wie, na jakich stronach bywasz. Słynna dyrektywa UE o retencji danych zmuszająca operatorów do przechowywania przez dwa lata na użytek organów ścigania billingów i danych o aktywności użytkownika jest przykładem pełnej inwigilacji. W tej sprawie słuszne protesty nic nie dały. Służby w Polsce praktycznie w każdej sytuacji mogą mieć dostęp do prywatnych danych każdego obywatela.
Czy ACTA pogarszają sytuację? Powtórzę: nie jestem prawnikiem, ale z poważnych interpretacji wynika, że nie pogarszają. Dlaczego zatem walczymy z ACTA, które ma chronić prawa własności, a nie z represyjną ustawą o retencji danych?
To spór o model ekonomiczny ery cyfrowej Tak naprawdę spór o ACTA nie do końca jest wojną o tę umowę; przecież prawie nikt zapisów tej umowy do końca nie rozumiał. Czy więc opisane dylematy mają znaczenie? I tak, i nie. Nie, bo rację ma Michał Boni, mówiąc, że ACTA niczego nie zmieni w polskim prawie. Mógł tego dowiedzieć się każdy, kto sięgnął do rezolucji PE z listopada 2010: "ACTA nie zmieni dorobku prawnego UE w zakresie egzekwowania praw własności intelektualnej, ponieważ przepisy prawne UE są już znacznie bardziej zaawansowane niż obecne normy międzynarodowe, a zatem umowa stanowi okazję do wymiany najlepszych praktyk i wytycznych w tej dziedzinie".
To preludium do dyskusji, która będzie się nasilać. Dyskusji o tym, czy będziemy poszerzać pole społecznego przyzwolenia dla piractwa i kradzieży własności intelektualnej przez internet, czy odwrócimy ten trend. Czy będziemy zgodnie z prawem ścigać piractwo, czy dalej przymykać oko? Czy przyszłym modelem biznesowym będzie udostępnianie wszystkiego za darmo w sieci, czy raczej sprzedawanie dostępu do poszczególnych produktów, czyli gospodarka wolnorynkowa? Czy ważniejszy w grze rynkowej stanie się serwer z treścią, czy twórca? Jak pogodzić interesy twórców i użytkowników sieci? Czy państwo zgodzi się na ustawowe wprowadzenie tzw. otwartych zasobów publicznych (obowiązkowe udostępnianie w internecie wszystkich zasobów intelektualnych, które zostały wytworzone przy udziale pieniędzy publicznych), co może mieć bardzo negatywne skutki dla całego sektora kultury i nauki w Polsce.
To spór o model biznesowy, jaki będzie dominował w przyszłości w erze cyfrowej.
*Błażej Lenkowski - politolog, specjalista ds. strategii. Absolwent Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego oraz podyplomowego Studium Finansów i Strategii Przedsiębiorstw UŁ. Ukończył kurs "Strategic Planning" w Academy of Leadership w Gummersbach. Prezes i twórca fundacji Industrial - wydawcy "Liberté!". Pracował dla Szkoły Liderów i fundacji Projekt: Polska