http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kontrola kontrolujących

Stefan Sękowski*
2012-01-25, ostatnia aktualizacja 2012-01-24 16:31

Walka z nadzorem społeczeństwa nie mieści się w starym schemacie prawica -lewica. To sprawa ogólnoobywatelska.

Protest przeciwko ACTA w Krakowie
Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
Protest przeciwko ACTA w Krakowie
26 stycznia Polska ma podpisać ACTA - międzynarodową umowę mającą na celu zwalczanie handlu towarami podrabianymi i piractwa. Umowę, o negocjowaniu której nie dowiedzielibyśmy się, gdyby nie przeciek za pośrednictwem Wikileaks w 2008 r. Jak do tej pory jej sygnatariuszami są: Stany Zjednoczone, Australia, Kanada, Japonia, Maroko, Nowa Zelandia, Singapur i Korea Płd. Decyzję o jej podpisaniu podjęła pod koniec grudnia 2011 r. Rada Europejska. Polski rząd przedstawia ten fakt jako sukces polskiej prezydencji.

Ale czy jest się rzeczywiście czym chwalić? ACTA pod płaszczykiem walki z piractwem umożliwia blokowanie legalnych treści dostępnych w internecie, a tym samym ograniczenia wolności słowa. Zezwala też na odcinanie użytkownikom dostępu do usług telekomunikacyjnych i przerzuca odpowiedzialność za ściganie piractwa na instytucje prywatne, a potencjalnym podejrzanym utrudnia bronienie swoich praw przed sądem.

To bardzo radykalny przykład rozszerzania przez instytucje państwa nadzoru nad społeczeństwem. Jednak niejedyny. 13 grudnia 2011 r. Rada Unii Europejskiej wydała zgodę na podpisanie ze Stanami Zjednoczonymi umowy, w świetle której europejskie linie lotnicze będą musiały przekazywać amerykańskim służbom dane dotyczące swoich klientów. Informacje te, przekazywane dobrowolnie przez klientów po to, by móc korzystać z bardziej sprofilowanych pod siebie usług, są nieraz bardzo intymne, dotyczą np. stanu zdrowia, szczegółów dotyczących pokoi hotelowych czy posiłków zamawianych na pokładzie samolotu. Z kolei sprawa samookaleczenia płk. Przybyła pokazuje, że dla śledczych jest oczywiste, iż mogą sięgać po dane telekomunikacyjne obywateli, jeśli tylko uznają, że mogą się im do czegoś przydać. Niedawno Prokuratura Generalna uznała za "w pełni uzasadnioną" skargę konstytucyjną rzecznika praw obywatelskich na ustawy kompetencyjne kilku służb specjalnych i mundurowych, które mają niemal nieograniczoną możliwość inwigilowania obywateli.

Piracka rebelia

Polska nie jest wyjątkiem na tle innych krajów. Rozwój technologiczny umożliwia państwom - i wielkim koncernom - coraz dalej idący nadzór obywateli. Nic dziwnego, że sprzeciw wobec inwigilacji spowodował powstanie nowego ruchu społeczno-politycznego. W kolejnych krajach jak grzyby po deszczu powstają Partie Piratów. Szwedzka wprowadziła do Parlamentu Europejskiego dwóch przedstawicieli, a we wrześniu niemieccy Piraci weszli do parlamentu krajowego Berlina, zyskując 8,9 proc. głosów. Regularnie w sondażach zbierają po 7-8 proc. poparcia, wygrywając m.in. ze współrządzącymi RFN liberałami. Szczególnie niemiecki przypadek jest ciekawy, pokazuje specyfikę nurtu i zagrożenia, jakie przed nim stoją.

Wbrew pozorom nie jest to tylko ugrupowanie ludzi, którzy chcą darmowo ściągać muzykę i filmy z internetu. Partia Piratów podniosła temat, który mainstreamowi politycy do tej pory ignorowali - prawa obywatelskie w świetle nowych technologii. To Piraci protestowali przeciwko ustawie umożliwiającej ograniczanie dostępu do internetu pod pretekstem walki z dziecięcą pornografią. W wyniku protestów prawa nigdy nie zastosowano, a w grudniu 2011 r. Bundestag postanowił je uchylić. To oni i powiązani z nimi hakerzy podnieśli larum, że niemieckie służby specjalne używają wątpliwych prawnie programów szpiegujących komputery obywateli. I to oni protestują przeciwko zbieraniu przez państwo danych o obywatelach, które nie są mu potrzebne do funkcjonowania.

Krótko mówiąc: Partia Piratów to w Niemczech awangarda w walce przeciwko nadzorowaniu społeczeństwa. Kłopot mają z nią i prawica, i lewica, a szczególnie liberałowie i Zieloni, którym Piraci, ze swoim programem, odbierają wyborców.

Na naszych oczach Partia Piratów przekształca się jednak z klasycznego ugrupowania jednego tematu w stronnictwo, które ma do powiedzenia coś także w innych kwestiach. Na początku grudnia 2011 r. Piraci zjechali do Offenbach, aby przedyskutować stanowisko w różnych politycznych sprawach. Efektem były liczne apele - m.in. o zapewnienie minimum socjalnego, legalizację miękkich narkotyków czy pełnego rozdziału Kościoła od państwa. I choć postulaty te nie zostały przyjęte jednogłośnie, widać wyraźnie, że Piraci dryfują na lewo.

Nie wróży to dobrze. Nie tylko dlatego, że wiele nowych postulatów Piratów jest zwyczajnie szkodliwych. Przede wszystkim dlatego, że w epoce coraz większych zakusów państwa i wielkich firm, aby wiedzieć o nas jak najwięcej, tematyka społeczeństwa nadzorowanego ląduje w jednym, ściśle określonym obozie politycznym. A nie powinna należeć ona ani do prawicy, ani do lewicy - tylko do obywateli, którzy chcą mieć autonomię prywatności i podmiotowość w państwie demokratycznym.

Szeroka koalicja

W Polsce o społeczeństwie nadzorowanym mówi się dość rzadko. O oporze wobec rozrostu inwigilacji zrobiło się szczególnie głośno dopiero w chwili, gdy hakerskie pospolite ruszenie Anonymous w proteście przeciwko ACTA postanowiło zablokować strony internetowe m.in. Sejmu, KPRM i ministerstw zajmujących się negocjacją umowy. Na szczęście godzien potępienia cyberterroryzm nie jest jedyną formą wpływania na polityków w celu zmiany ich błędnych decyzji, choć z drugiej strony antyinwigilacyjnych inicjatyw nie jest znowu tak dużo.

U nas Partia Piratów istniała zaledwie trzy lata, do 2009 r., dziś prowadzi jedynie bloga. Jako poważnego przeciwnika społeczeństwa nadzorowanego traktować jej więc nie można. Zupełnie inaczej niż fundację Panoptykon, która obrała sobie za cel działanie „na rzecz ochrony praw człowieka w kontekście rozwoju tego, co określamy mianem »społeczeństwa nadzorowanego «”. Choć w skład jej założycieli i osób zasiadających w Radzie Programowej znajdują się lewicowi działacze, a prowadzone przez Panoptykon seminarium odbywa się w Nowym Wspaniałym Świecie, prowadzonym przez „Krytykę Polityczną”, instytucja ta stara się unikać politycznych afiliacji. Protestując przeciwko nowelizacji ustawy o systemie informacji oświatowej, współpracowała m.in. z fundacją Rodzice Szkole, organizacją rodziców zainteresowanych aktywnym współdziałaniem ze szkołą (i jej kontrolowaniem) w procesie wychowawczym dzieci, którą o „lewicowe odchylenie” trudno oskarżyć. Wspólny apel przeciwko ACTA podpisały także m.in. liberalne stowarzyszenie Projekt: Polska, organizacja przeciwdziałająca pedofilii Kidprotect.pl i Fundacja Wolnego i Otwartego Oprogramowania. Oddzielnie do szerokiej koalicji „antyactowskiej” własnym oświadczeniem dołączyła także Młodzież Wszechpolska. „Walka międzynarodowego lobbingu o całkowitą kontrolę nad wszelkimi sposobami komunikacji przybiera na sile. Niebawem regularna cenzura internetu dotrze również do Polski. Wszyscy musimy się temu głośno i stanowczo przeciwstawiać” - napisali młodzi narodowcy. To dowód na to, jak różnym środowiskom na sercu leży ta tematyka.

Politycy lubią powiększać zakres swojej władzy i dla skutecznego jej sprawowania chcą wiedzieć jak najwięcej o obywatelach. "Kontrola kontrolujących" możliwa jest jedynie wtedy, gdy temat traktuje się poważnie i nie pozwala się go zmonopolizować pojedynczym siłom politycznym. A za chwilę któryś z głośnych polityków może zechcieć przejąć ster nad statkiem pod czarną banderą.

*Stefan Sękowski - politolog, dziennikarz "Gościa Niedzielnego"

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 2
  • 3
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':