http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Osiedlą się u nas Afgańczycy

Klaus Bachmann*
2012-01-20, ostatnia aktualizacja 2012-01-19 16:44

Większość ankietowanych nie interesuje się wydarzeniami w krajach arabskich - ale i tak uważają oni islam za coś groźnego

11 września 2010 r. Warszawa. Szkoła podstawowa, lekcja religii dla muzułmanów
Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
11 września 2010 r. Warszawa. Szkoła podstawowa, lekcja religii dla muzułmanów
Prof. Klaus Bachmann
Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta
Prof. Klaus Bachmann


Według sondażu TNS OBOP dla Fundacji na rzecz Studiów Europejskich (FEPS) we Wrocławiu negatywny stosunek do islamu ma ponad 55 proc. Polaków. Tylu ankietowanych zgodziło się w październiku z opinią, że między islamem i kulturą Zachodu "konflikt jest nieunikniony". Tylko 20,5 proc. wybrało alternatywę: kompromis jest możliwy. Od 2007 roku, kiedy takie pytanie zadawano po raz pierwszy w międzynarodowym sondażu, odsetek nieprzejednanych wobec islamu w Polsce wzrósł o ponad 30 punktów procentowych. A dzieje się to w kraju, który w ostatnich stuleciach nie miał żadnego konfliktu z islamem, gdzie muzułmanie byli szanowaną mniejszością religijną. Byli dopuszczeni do stanu szlacheckiego, a imigracja muzułmańska była minimalna. Trudno wytłumaczyć, skąd się bierze niechęć Polaków do islamu. Na pewno nie bierze się ona z zamachów 11 września. Jeszcze kilka miesięcy po nich absolutna większość Polaków kojarzyła islam neutralnie i bez emocji, jako obcą religię. W sondażu OBOP z 2001 roku tylko 3 proc. ankietowanych miało negatywne skojarzenia z islamem, a zaledwie 18 proc. wiązało islam z terroryzmem. W Polsce dotychczas nie było zamachu terrorystycznego, ale poziom niechęci jest tu wyższy niż w krajach, gdzie były takie zamachy. Być może polska islamofobia jest reakcją na światowe trendy. Wiele społeczeństw stało się w ostatnich latach, czy to pod wpływem wojny w Iraku, czy wojny w Afganistanie, antymuzułmańskich. Informacje o konfliktach wewnętrznych, o problemach integracji społeczności muzułmańskich w Holandii, Francji i Niemczech docierają też do Polski. Paradoksalnie wojna w Afganistanie nie ma tu większego wpływu. Polacy co prawda bardzo tej wojny nie lubią i w ciągu ostatnich dziesięciu lat udział przeciwników wśród ankietowanych zwiększył się z 14 proc. do prawie 70 proc. (te dane też pochodzą z sondażu TNS OBOP z października). Media i rząd starają się, jak mogą, aby unikać wrażenia, że polscy żołnierzy prowadzą tam jakąś wojnę. W doniesieniach prasowych żołnierze zostają ranni i giną w wyniku wybuchów min, ale talibowie bardzo rzadko występują w tych artykułach jako wrogowie. Większość ankietowanych uważa, że polskie wojsko znajduje się w Afganistanie, aby pomagać Stanom Zjednoczonym w zwalczaniu terroryzmu (28 proc.) albo po to, aby wzmocnić pozycję Polski w NATO i UE (38 proc.), co jest w dużej mierzy zgodne ze stanowiskiem kolejnych ministrów spraw zagranicznych, niezależnie od ich przynależności partyjnej. Gdyby rząd jasno deklarował, że Polska prowadzi w Afganistanie wojnę przeciwko talibom i media zaczęły przedstawić konflikt jako walkę Polaków przeciwko talibom, poparcie społeczne dla interwencji pewnie by wzrosło.

Gdyby rząd przedstawił udział Polski w operacji w Afganistanie jako wojnę polskich żołnierzy przeciwko talibom, opinia publiczna w Polsce uznałaby talibów za wyraźnych wrogów. To by zapewne zwiększyło poparcie dla wojny, ale spowodowałoby też wzrost islamofobii, skoro talibowie są tak jednoznacznie kojarzeni z radykalnym, upolitycznionym islamem. Paradoksalnie nawet demokratyzacja krajów arabskich tego nie zmieniła. Protesty, demonstracje, obalenie dyktatur w Tunezji, Egipcie i Libii nie łagodziły negatywnego stosunku Polaków do islamu i do muzułmanów. Wręcz odwrotnie. We wspomnianym sondażu TNS OBOP dla FEPS pytano, czy ankietowani uważają zmiany w tych krajach za korzystne lub szkodliwe dla Polski. Większość nie miała na ten temat zdania. Wśród pozostałych dwa razy więcej uważało rewolucje arabskie za szkodliwe niż za korzystne. Powód? Prawie 20 proc. sądzi, że kraje arabskie, które przechodzą transformację, potem będą "bardziej demokratyczne, ale mniej prozachodnie", 8 proc. uważa nawet, że staną się one i mniej demokratyczne, i mniej prozachodnie. Oczywiście, większość ankietowanych nie interesuje się wydarzeniami w krajach arabskich - ale i tak uważają oni islam za coś groźnego. Wbrew pozorom ten powszechny, negatywny stosunek do islamu nie jest ani problemem muzułmanów, ani problemem Afgańczyków mieszkających w Polsce. Najwięcej problemów z tym będziemy mieli sami. Polska islamofobia będzie główną przeszkodą w wykorzystywaniu potencjału zaufania i sympatii, jakimi cieszy się Polska w północnej Afryce, gdzie się nasz kraj uważa za udany przykład demokratyzacji. Ale to nie wszystko.

Za kilka miesięcy Polska wycofuje swój kontyngent wojskowy z Afganistanu i razem z nim do Polski imigruje kilku tysięcy, a może nawet kilkadziesiąt tysięcy Afgańczyków, którzy współpracowali z wojskowymi i cywilnymi służbami polskimi i których życie byłoby zagrożone, gdyby zostali w Afganistanie. Nieważnie, jaki kompromis Amerykanie i rząd afgański negocjują potajemnie z talibami. Jedno jest pewne: talibowie będą mieli udział w rządzeniu krajem, a to nie oznacza nic dobrego dla tych, którzy w ich oczach kolaborowali z okupantami. Po wojskowych imigrantach przyjadą do nas uchodźcy, uciekinierzy polityczni, a potem ich krewni. Tak było, kiedy Francja wycofała się z Algierii, tak było, kiedy Portugalia opuściła swoje afrykańskie kolonie, tak jest i teraz, kiedy Amerykanie wycofują się z Iraku.

Według danych OBOP z 2010 roku ok. 42 proc. ankietowanych sprzeciwiłoby się związkowi swoich dzieci z partnerem arabskim lub muzułmańskim. To prawie 12 punktów procentowych więcej, niż wynosi niechęć wobec ślubu z partnerem żydowskim. Szkopuł w tym, że w najbliższych latach związki polsko-muzułmańskie będą o wiele bardziej prawdopodobnie niż mieszane małżeństwa polsko-żydowskie. Po pierwsze dlatego, że muzułmanów jest o wiele więcej na świecie, po drugie dlatego, że w całej Europie islam jest coraz powszechniejszy i coraz więcej chrześcijan i niewierzących przechodzi na islam, też wielu Europejczyków bez kulturowych lub etnicznych związków z światem arabskim lub tureckim. Po trzecie dlatego, że czeka Polskę spora imigracja muzułmanów, przede wszystkim z Afganistanu i Iraku. Na tę imigrację można patrzeć różnie. Można ją uważać za cenę, jaką Polska dziś płaci za rozwój gospodarczy, napływ inwestycji, większy dobrobyt i relatywny wzrost dochodów. Można w niej widzieć przeszkodę dla sekularyzacji, bo dzięki ekspansji islamu wzrasta liczba wierzących, a przedstawiciele Kościołów i organizacji muzułmańskich występują często razem przeciwko laicyzacji państwa i za obecnością symboli religijnych w sferze publicznej. Imigracja jest też rezultatem wzrostu międzynarodowego prestiżu Polski, jaki można było obserwować od paru lat w związku z udaną transformacją ustrojową Polski i jej integracją z NATO i UE. Za tym się kryje też duża szansa, bo imigranci z Afganistanu będą stosunkowo dobrze wykształceni i na pewno będą stanowić lobby na rzecz dalszego zaangażowania Polski w sprawy Azji Centralnej. Inaczej niż w przypadku Iraku, to z Afganistanu ucieknie znaczna część inteligencji, kiedy talibowie po wycofaniu zachodnich wojsk wrócą do władzy. Problem w tym, czy Polska będzie w stanie wykorzystać ten potencjał w sytuacji, kiedy olbrzymia większość Polaków będzie tkwiła w głębokiej niechęci wobec islamu i będzie kojarzyć imigrantów islamskich jedynie jako potencjalnych terrorystów, fanatyków i bliżej nieokreślonych obcych, których lepiej trzymać na dystans.

Problemy wynikający z wrogości wobec uciekinierów z Czeczeni już mieliśmy w Katowicach, gdzie Polacy protestowali przeciwko ośrodkowi uchodźców, mimo że ich liczba jest minimalna, a sprawa czeczeńska może w Polsce liczyć na dużo sympatii. To jednak pestka w stosunku do tego, jakie problemy spowoduje konieczność integracji uchodźców muzułmańskich z Afganistanu. To kraj, o którym Polacy - dzięki milczeniu mediów i polityków o tej nielubianej wojnie - kompletnie nic nie wiedzą. A Afgańczycy to ludzie, których dzieli gigantyczny dystans etniczny, religijny i kulturowy od Polaków i którzy - w przeciwieństwie do przybyszy z Rosji, Białorusi, Ukrainy - nie mają szans na to, aby się szybko nauczyć polskiego, zintegrować, znaleźć pracę i dokonać awansu społecznego *Klaus Bachmann (prezes zarządu FEPS, prof. politologii, kierownik Katedry Polityki Międzynarodowej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej)

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 20 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':