"Ku chwale Pana" - czytam ozdobną niebieską tablicę. "Ten sześcioklasowy budynek szkolny został oddany do użytku przez Jego Ekscelencję Ambasadora Przemysława Niesiołowskiego, 20 listopada 2011 r.".
Szkoła w Tafi Mador wygląda solidnie i jest zadbana. Uczy się w niej prawie 200 dzieci. Jak na wioskę w Ghanie trzyma bardzo przyzwoity standard. Tablica wprowadza w błąd - naprawdę budynek oddano do użytku już w 2006 r., a w zeszłym roku tylko został odremontowany i odwiedzony przez polskiego ambasadora w Nigerii. Religijna inwokacja nie była warunkiem polskich darczyńców, tylko twórczością lokalną.
- Dlaczego płot nie jest naprawiony? - strofuje surowo jednego z wioskowej starszyzny Ola Antonowicz z Polskiej Zielonej Sieci, organizacji, która pracowała w Tafi Mador i okolicznych wsiach od 2006 r. - Mieliście naprawić płot? Inaczej dzieciaki wybiegają na ulicę.
- Był naprawiony, ale dzieci znów popsuły - tłumaczy "starszy" raczej mętnie.
Ola Antonowicz czuje się w Tafi Mador jak u siebie w domu - przyjeżdża przynajmniej raz w roku do Ghany nadzorować projekty. Szkoła jest najbardziej widowiskowa: została wybudowana za 30 tys. dolarów. Oprócz tego w sąsiednich wioskach PZS założyła plantacje ananasów (w tym organicznych, uprawianych w ekologicznych warunkach, które przynoszą farmerom większy zysk); wybudowała kilka studni z pompami; założyła dwie pszczelarnie i nauczyła farmerów, jak robić miód; instalowała w domach moskitiery chroniące śpiących przed ukąszeniami przenoszących malarię komarów; nauczyła miejscowe kobiety farbować materiał i robić z niego koszule oraz torby, a potem pomogła im założyć sklep i oprócz tego robiła jeszcze wiele innych rzeczy.
Od 2006 r. na te wszystkie projekty PZS dostał z MSZ cztery granty o wartości 200-250 tys. - w sumie około miliona złotych.
Gdyby ktoś wyobrażał sobie, że za te pieniądze wolontariusze i pracownicy PZS zrobili sobie wygodne wakacje w tropikach, powinien zobaczyć, w jakich warunkach mieszkali: w wynajętej małej wiejskiej chałupce, w której co prawda był prąd, ale wodę trzeba już było nosić ze studni. Na miejscu pracownikom przysługiwały dniówki o równowartości 50 zł (nie dolarów!), a ceny wielu towarów w Ghanie są wyższe niż w Polsce. Jeździli wyłącznie publicznym transportem - niewygodnymi, przeładowanymi i niebezpiecznymi mikrobusami tro-tro. Nic dziwnego, że projekt był - jak na przedsięwzięcia rozwojowe - tani: koszty administracyjne nie przekroczyły 20 proc. całości.
- Zobaczyłem, że te projekty zmieniły życie 2 tys. ludzi - mówi Krzysztof Stanowski, wiceminister spraw zagranicznych odpowiedzialny za polską pomoc rozwojową, który odwiedził Tafi Mador jesienią zeszłego roku, przy okazji wyjazdu na konferencję międzynarodową w graniczącym z Ghaną Togo. - Są miejsca, w których nie da się zmienić życia całego kraju, ale w tej okolicy naprawdę pomogliśmy.
To jednak będzie najprawdopodobniej ostatni tak duży projekt w Ghanie. W tym roku MSZ zmienił priorytety udzielania polskiej pomocy: mamy przede wszystkim pomagać w Afryce Wschodniej. Afryka Zachodnia - a więc i Ghana - wypadła.
- Kilka lat pracy przy nawiązywaniu kontaktów, zbierania doświadczeń i orientowaniu się w warunkach lokalnych pójdzie na marne - mówi Antonowicz.
Ta historia pokazuje niektóre ze słabych stron polskiej pomocy rozwojowej - na którą wydaliśmy łącznie w 2010 r. (to ostatni rok, za który są dostępne dane) 1,139 mld zł - czyli permanentne niedofinansowanie oraz nieustanne zmiany priorytetów, procedur i koncepcji.
W grudniu 2011 r. Grupa Zagranica - zrzeszenie polskich organizacji pozarządowych działających za granicą, do którego należą m.in. tak znane instytucje jak
Polska Akcja Humanitarna - opublikowała niesłychanie krytyczny raport o polskiej pomocy. Był to świetny moment, żeby pokazać, jak marnie wypadamy na tle reszty Europy - w tym, niestety, także niektórych nowych członków Unii. Właśnie w grudniu ostatecznie przeszła przez nasz parlament ustawa o pomocy rozwojowej (prace nad nią trwały od lat), a w Warszawie odbyły się związane z polską prezydencją Europejskie Dni Rozwoju - bardzo ważna międzynarodowa konferencja, na którą zjechali specjaliści od pomocy rozwojowej z całego świata.
Mamy czego się wstydzić. Przede wszystkim dajemy mało, lekceważąc przy tym beztrosko własne zobowiązania. Wprawdzie wiele bogatych krajów tak robi - ale to nie musi Polski usprawiedliwiać. W maju 2005 r. Polska zadeklarowała zwiększenie swojej pomocy dla krajów najbiedniejszych do poziomu 0,17 proc.
PKB do 2010 r. oraz 0,33 proc. PKB do 2015 r. "Aby wypełnić międzynarodowe zobowiązania, Polska musiałaby zwiększyć swoją pomoc w 2010 r. dwukrotnie" - podsumowują autorzy raportu. Od kilku lat fundusze przeznaczone na pomoc są na niezmienionym poziomie.
Co więcej, trzy czwarte polskiej pomocy to składki do różnych instytucji międzynarodowychgłównie do budżetu "pomocowego" Unii Europejskiej. Do pomocy zaliczamy sobie także obowiązkowe wpłaty na rzecz innych organizacji i funduszy międzynarodowych, takich jak agendy ONZ, Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
Na pomoc bezpośrednią - w technicznym żargonie nazywa się ją dwustronną, w odróżnieniu od wielostronnej, przekazywanej przez instytucje międzynarodowe - wydajemy bardzo mało: razem 96 mln dol. w 2010 r. Z tego, co ciekawe, prawie połowa pomocy dwustronnej trafiła do Chin - kraju, którego nie ma na liście polskich priorytetów i który znajduje się na liście najszybciej rosnących gospodarek świata (co nie oznacza jednak, że nie ma tam skrajnej nędzy). Jest w tym jednak dużo iluzji:
Chiny w tej statystyce wypadły tak wysoko, bo doliczyliśmy sobie do pomocy rozwojowej kredyt, który dostały od polskiego rządu. W ogóle zresztą, licząc nasze wydatki, notorycznie uprawiamy kreatywną księgowość: według raportu Grupy Zagranica Polska administracja raportuje jako pomoc rozwojową np. działania na zmniejszenie skutków zmian klimatycznych - łamiąc w ten sposób porozumienie międzynarodowe, które Polska podpisała w 2009 r.
Istniejącaod 2004 r. lista krajów priorytetowych, do których przede wszystkim ma być kierowana polska pomoc, zmieniała się prawie co roku. Np. w 2007 r. wpisano na nią Tanzanię, usunięto ją w 2009 r., a dziś Afryka Wschodnia, czyli także
Tanzania, znów znalazła się wśród wybranych przez MSZ regionów priorytetowych. Gdyby jeszcze chociaż tych priorytetów przestrzegano - ale w 2010 r. do krajów priorytetowych trafiło mniej niż 44 proc. pomocy. Dopiero teraz po uchwaleniu nowej ustawy powstanie wieloletni plan polskiej pomocy i jest szansa, że ten bałagan się skończy.
Na folderach reklamujących naszą pomoc dla najbiedniejszych krajów można często zobaczyć śmiejące się afrykańskie dzieci. Dużo trudniej znaleźć informację, że do Afryki wbrew życzeniom opinii publicznej trafia tylko ułamek polskiej pomocy. W tym roku w konkursie o granty dla organizacji pozarządowych realizujących projekty w Afryce na południe od Sahary przeznaczono nieco ponad 5 mln złotych. Tymczasem według badań opinii publicznej zleconych przez MSZ w 2010 r. (można je znaleźć na oficjalnej stronie www.polskapomoc.gov.pl) nie tylko 79 proc. Polaków uważa, że powinniśmy pomagać biedniejszym krajom - ale z nich ponad połowa (52 proc.) sądzi, że powinniśmy przede wszystkim pomagać Afryce! MSZ jakoś o tym wie: w folderach i raportach reklamujących polską pomoc dużo jest zdjęć uśmiechniętych czarnych dzieci. Tyle że nie przekłada się to na wydatki.
- Łącznie do Afryki na południe od Sahary trafia 25-27 proc. polskiej pomocy - przekonuje min. Stanowski, który zdecydowanie kwestionuje obliczenia autorów raportu. - Trzeba wliczyć w to część naszej składki do Unii Europejskiej. W tym roku w konkursie dla organizacji pozarządowych działających w Afryce rzeczywiście będzie przeznaczone 5,2 mln zł, ale mamy też inne programy, w ramach których można występować o granty na afrykańskie projekty: małe granty rozdzielane przez ambasady, program wolontariatu i program wspierania demokracji na świecie, który nie ma ograniczeń geograficznych.
Lista zarzutów organizacji pozarządowych wobec sposobu wydawania polskiej pomocy jest bardzo długa. "Pompowanie" statystycznej wysokości pomocy przez zaliczanie do niej wszystkiego, co się tylko da, to tylko jeden element problemu.