http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Czego wstydzi się prezes

Aleksandra Szyłło
2012-01-13, ostatnia aktualizacja 2012-01-13 16:22

Postanowiliśmy spytać prezesów wielkich korporacji, co myślą o Oburzonych, na jakich warunkach zatrudniają młodych pracowników oraz jak widzą odpowiedzialność bogatego względem biedniejszego. Rozmawiałam z prezesami firm, które najwięcej pieniędzy przekazują na cele charytatywne. Z tymi z samego szczytu dorocznego rankingu "Liderzy filantropii'' przygotowywanego przez Forum Darczyńców.

Aleksandra Szyłło
Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Aleksandra Szyłło
ZOBACZ TAKŻE
Artykuł gotowy. Aż tu niespodzianka! Okazuje się, że prezesi wcale nie powiedzieli tego, co powiedzieli. Jak to nie powiedzieli, jak powiedzieli - spyta ktoś. Otóż czytelnikom nieobytym z prawem prasowym spieszę wyjaśnić: to czar autoryzacji.

„Jestem za podatkiem liniowym” - słychać głos prezesa nagrany na taśmie. Po autoryzacji prezes jest już zwolennikiem podatku progresywnego. Po autoryzacji wylatują opinie, że „to grzech nazywać jakąkolwiek umowę o pracę »śmieciową «„ oraz że „różnice społeczne mają element motywacyjny. Ludzie widzą, że warto pracować, aby zostać prezesem”.

Z tekstu wypadły nie tylko opinie, ale też fakty. Dwóch prezesów na pytanie, czy u nich ludzie pracują na umowach śmieciowych, odpowiedziało: "Nie. Chociaż w call center - tak". Po autoryzacji pozostało jedynie "Nie". Landrynkowy obraz firmy, szkoda, że nieprawdziwy. Co ciekawe, w jednej z tych spółek głównym udziałowcem jest skarb państwa. Jest więc ona przez ustawę zobligowana do szczególnej jawności.

Trzeci prezes wyrzucił do kosza wszystko, co powiedział. A dział PR wygenerował kontent werbalny (takiego słownictwa używają nowocześni pracownicy mediów) całkowicie na nowo. Okazało się, że nie rozmawialiśmy o wątpliwej formie działalności dobroczynnej, jaką jest "marketing społecznie zaangażowany" (kup nasze pieluszki, część dochodu przekażemy na biedne dzieci w Afryce).

Prezes nigdy nie powiedział, że nie powie, jaką część dochodu z pieluszek przekazuje do Afryki. Nie powiedział nigdy, że to tajemnica. My w ogóle o tym nie rozmawialiśmy.

Po co dociekam, jaka część zysku z pieluszek idzie na biedne dzieci w Afryce? Bo to ważne: jeśli kupuję paczkę pieluch za 20 zł, to do Afryki pójdą 2 zł czy grosz? Czy jedna setna grosza? Bo może lepiej zrobię, kupując najtańsze pieluszki, które nie roszczą sobie pretensji do bycia charytatywnymi, a różnicę w cenie przekażę na biednych?

Tak więc dział PR łaskawie pozostawił jedynie moje pytania, które w obecnej sytuacji stały się całkowicie nie a propos, właściwie dość komicznie komponowały się z odpowiedziami prezesa na zupełnie inne tematy, pytania więc najlepiej byłoby po prostu usunąć.

A może autoryzacja jest światowym standardem dziennikarskim? - ktoś spyta. Nie jest. Jest standardem socjalistycznym, reliktem PRL, który nie istnieje w USA czy Europie Zachodniej. Jeśli człowiek świadomy, że rozmawia z dziennikarzem i ma dyktafon przed nosem, mówi coś, to jaki sens jest pytać go potem, czy on to powiedział? Widocznie politykom na rękę jest takie prawo, skoro ono się w Polsce nie zmienia mimo ponad dwudziestu lat wolności.

Mimo to ciekawie było przejść głównym holem wielkiej korporacji i poczuć jej zapach. Po bokach gabloty pełne podpasek, pieluch, proszków i szamponów - jak ołtarzyki. Na ścianie sentencje: "Nasze zasady: Interesy firmy i pracownika są nierozłączne". "Nasze wartości: Przywództwo. Pragnienie zwycięstwa".

Ciekawie rozmawiać w pokoju, który nazywa się Power of Impossible i dowiedzieć się, co to znaczy (odpowiedź prezesa przed autoryzacją: "Siła niemożliwego to pokonywanie pozornie niemożliwych barier w podnoszeniu wyników sprzedaży"). W takiej korporacji każde pomieszczenie ma swoją poetycką nazwę motywującą do mrówczej pracy na rzecz firmy i pewnie nie ma w tym nic złego, choć może śmieszyć, więc dziwi, że pokój po autoryzacji znika.

Ciekawie wjechać szybką windą na 24. piętro - za oknem stolica u stóp prezesa - i zobaczyć, że w pokoju do negocjacji skórzany fotel prezesa przy długim stole jest dwa razy większy niż fotele dla gości. Rzeczywistość znana dotychczas z wiadomości TVP i seriali.

Najciekawiej dowiedzieć się, które swoje słowa chce cofnąć prezes. Widać, jak niewygodnie siedzieć dzisiaj w skórzanym neoliberalnym fotelu. Trudno powiedzieć Polakom, którzy najczęściej w całej Europie zatrudniani są na "śmieciówkach" - patrzcie na mnie i się motywujcie. Wiadomo, że pani z tej recepcji 25 pięter niżej ma i będzie miała trudności z uzbieraniem na porządnego dentystę.

Firma, która chce się dziś piąć, musi mieć wizerunek opiekuńczej społecznie. Prezesi o tym doskonale wiedzą i mówią. "Klient lubi kupić produkt zaangażowany społecznie, bo wtedy kupując, dobrze się czuje". Jeden z prezesów powiedział to wprost. Następnie zostało to wycięte.

Ja chcę jednak zwrócić uwagę, że firma prawdziwie społecznie zaangażowana to taka, która nie boi się otwarcie mówić o sytuacji swoich pracowników, o sytuacji i perspektywach młodych wchodzących na rynek pracy. O sytuacji dzieci swoich pracowników, które coraz częściej w Polsce dziedziczą biedę.

Prezes, który chce uciekać od wizerunkowych skojarzeń z XIX-wiecznym kapitalistą, musi stanąć z tą rzeczywistością twarzą w twarz.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 8
  • 3
  • 1
  • 15
  • 28 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    165 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':