Artykuł gotowy. Aż tu niespodzianka! Okazuje się, że prezesi wcale nie powiedzieli tego, co powiedzieli. Jak to nie powiedzieli, jak powiedzieli - spyta ktoś. Otóż czytelnikom nieobytym z prawem prasowym spieszę wyjaśnić: to czar autoryzacji.
„Jestem za podatkiem liniowym” - słychać głos prezesa nagrany na taśmie. Po autoryzacji prezes jest już zwolennikiem podatku progresywnego. Po autoryzacji wylatują opinie, że „to grzech nazywać jakąkolwiek umowę o
pracę »śmieciową «„ oraz że „różnice społeczne mają element motywacyjny. Ludzie widzą, że warto pracować, aby zostać prezesem”.
Z tekstu wypadły nie tylko opinie, ale też fakty. Dwóch prezesów na pytanie, czy u nich ludzie pracują na umowach śmieciowych, odpowiedziało: "Nie. Chociaż w call center - tak". Po autoryzacji pozostało jedynie "Nie". Landrynkowy obraz firmy, szkoda, że nieprawdziwy. Co ciekawe, w jednej z tych spółek głównym udziałowcem jest skarb państwa. Jest więc ona przez ustawę zobligowana do szczególnej jawności.
Trzeci prezes wyrzucił do kosza wszystko, co powiedział. A dział PR wygenerował kontent werbalny (takiego słownictwa używają nowocześni pracownicy mediów) całkowicie na nowo. Okazało się, że nie rozmawialiśmy o wątpliwej formie działalności dobroczynnej, jaką jest "marketing społecznie zaangażowany" (kup nasze pieluszki, część dochodu przekażemy na biedne
dzieci w Afryce).
Prezes nigdy nie powiedział, że nie powie, jaką część dochodu z pieluszek przekazuje do Afryki. Nie powiedział nigdy, że to tajemnica. My w ogóle o tym nie rozmawialiśmy.
Po co dociekam, jaka część zysku z pieluszek idzie na biedne dzieci w Afryce? Bo to ważne: jeśli kupuję paczkę pieluch za 20 zł, to do Afryki pójdą 2 zł czy grosz? Czy jedna setna grosza? Bo może lepiej zrobię, kupując najtańsze pieluszki, które nie roszczą sobie pretensji do bycia charytatywnymi, a różnicę w cenie przekażę na biednych?
Tak więc dział PR łaskawie pozostawił jedynie moje pytania, które w obecnej sytuacji stały się całkowicie nie a propos, właściwie dość komicznie komponowały się z odpowiedziami prezesa na zupełnie inne tematy, pytania więc najlepiej byłoby po prostu usunąć.
A może autoryzacja jest światowym standardem dziennikarskim? - ktoś spyta. Nie jest. Jest standardem socjalistycznym, reliktem PRL, który nie istnieje w
USA czy Europie Zachodniej. Jeśli człowiek świadomy, że rozmawia z dziennikarzem i ma dyktafon przed nosem, mówi coś, to jaki sens jest pytać go potem, czy on to powiedział? Widocznie politykom na rękę jest takie prawo, skoro ono się w Polsce nie zmienia mimo ponad dwudziestu lat wolności.
Mimo to ciekawie było przejść głównym holem wielkiej korporacji i poczuć jej zapach. Po bokach gabloty pełne podpasek, pieluch, proszków i szamponów - jak ołtarzyki. Na ścianie sentencje: "Nasze zasady: Interesy firmy i pracownika są nierozłączne". "Nasze wartości: Przywództwo. Pragnienie zwycięstwa".
Ciekawie rozmawiać w pokoju, który nazywa się Power of Impossible i dowiedzieć się, co to znaczy (odpowiedź prezesa przed autoryzacją: "Siła niemożliwego to pokonywanie pozornie niemożliwych barier w podnoszeniu wyników sprzedaży"). W takiej korporacji każde pomieszczenie ma swoją poetycką nazwę motywującą do mrówczej
pracy na rzecz firmy i pewnie nie ma w tym nic złego, choć może śmieszyć, więc dziwi, że pokój po autoryzacji znika.
Ciekawie wjechać szybką windą na 24. piętro - za oknem stolica u stóp prezesa - i zobaczyć, że w pokoju do negocjacji skórzany fotel prezesa przy długim stole jest dwa razy większy niż fotele dla gości. Rzeczywistość znana dotychczas z wiadomości TVP i seriali.
Najciekawiej dowiedzieć się, które swoje słowa chce cofnąć prezes. Widać, jak niewygodnie siedzieć dzisiaj w skórzanym neoliberalnym fotelu. Trudno powiedzieć Polakom, którzy najczęściej w całej Europie zatrudniani są na "śmieciówkach" - patrzcie na mnie i się motywujcie. Wiadomo, że pani z tej recepcji 25 pięter niżej ma i będzie miała trudności z uzbieraniem na porządnego dentystę.
Firma, która chce się dziś piąć, musi mieć wizerunek opiekuńczej społecznie. Prezesi o tym doskonale wiedzą i mówią. "Klient lubi kupić produkt zaangażowany społecznie, bo wtedy kupując, dobrze się czuje". Jeden z prezesów powiedział to wprost. Następnie zostało to wycięte.
Ja chcę jednak zwrócić uwagę, że firma prawdziwie społecznie zaangażowana to taka, która nie boi się otwarcie mówić o sytuacji swoich pracowników, o sytuacji i perspektywach młodych wchodzących na
rynek pracy. O sytuacji dzieci swoich pracowników, które coraz częściej w Polsce dziedziczą biedę.
Prezes, który chce uciekać od wizerunkowych skojarzeń z XIX-wiecznym kapitalistą, musi stanąć z tą rzeczywistością twarzą w twarz.