Dla swojego dobra i naszej pozycji w UE powinniśmy przystąpić do unii fiskalnej. Paweł Świeboda i Ryszard Petru mają rację ("Zamiast szukać alibi, wejdźmy do unii fiskalnej", "Gazeta" 3 stycznia). Słusznie wskazali na niedawną deklarację Jacka Rostowskiego, która jest sprzeczna z tym celem. Minister zapowiedział, że
Polska nie będzie uczestniczyć w mechanizmie dyscypliny fiskalnej - sednie porozumienia międzyrządowego.
Nasza gospodarka i społeczeństwo opierają się kolejnym falom kryzysu, ale proste rezerwy są na wyczerpaniu. Ruszyła inflacja, wzrosło bezrobocie, samorządy nie mają już możliwości, by się zadłużać i łożyć na inwestycje infrastrukturalne. Osłabienie złotówki też musi mieć swoje granice. Musimy przeprowadzić reformy ze względu na własny interes, a nie dlatego, że tak dyktują nam
Niemcy czy też rynki finansowe.
Sprawa jest bardziej niż poważna, bo na podjęcie decyzji w sprawie paktu fiskalnego nie mamy wiele czasu (ma być podpisany już w marcu). U nas jednak, z winy rządzących i opozycji, trwa debata na inne tematy niż konieczność spełnienia warunków fiskalnych, by w nieodległym czasie móc przyjąć euro. Jakby nie było świadomości powagi chwili.
Spieramy się o suwerenność i wizję federacji europejskiej, choć decydują się sprawy jak najbardziej "przyziemne": niezadłużanie państwa, trzymanie w ryzach deficytu budżetowego i tworzenie warunków dla wzrostu gospodarczego. Polska herbata od mieszania wzniosłymi deklaracjami i pomijania tego, co najważniejsze, nie stanie się słodsza.
Nie będziemy sprzątać Po powrocie z grudniowego szczytu UE premier Donald Tusk oświadczył, że spotkanie zakończyło się "umiarkowanym, ale powodzeniem". W czasie sejmowej debaty 16 grudnia wyjaśnił strategię rządu: "Skłonić wszystkich partnerów, w tym to największe państwo Unii Europejskiej, czyli Niemcy, aby przestali udawać, że nie ponoszą także pełnej odpowiedzialności za sytuację kryzysową, a co za tym idzie - także za mechanizmy i środki, jakie trzeba wyłożyć, aby Europa wyszła z kryzysu".
Rostowski wyjaśnił ("Po co kolejny pakt fiskalny. Co w praktyce oznacza on dla Polski?", "Gazeta" z 21 grudnia), że Polska nie przystąpi do paktu fiskalnego, bo nie mamy jeszcze euro, obowiązują u nas lepsze rozwiązania i "nie jesteśmy masochistami" - nie będziemy sobie nakładać niepotrzebnych zobowiązań.
Rząd pomimo tych buńczucznych zapowiedzi chce jednak uczestniczyć w posiedzeniach rady krajów strefy euro, zwiększyć rolę Parlamentu Europejskiego oraz zmienić uprawnienia Europejskiego Banku Centralnego, by mógł skupować obligacje zagrożonych państw Unii.
W decydowaniu się na przyjęcie reguł paktu fiskalnego nie chodzi więc o jakikolwiek masochizm i przyjmowanie na siebie zobowiązań ponad potrzebną miarę. Chodzi o to, by wespół z innymi państwami tworzyć jak najlepsze warunki dla naszego rozwoju.
Wicepremier Pawlak dopowiedział (TVP Info) to, o czym wielu wydaje się myśleć. Za "argument wątpliwy" uznał wielką korzyść z funkcjonowania strefy euro, bo z jej państwami mamy deficyt w handlu, a z krajami spoza strefy - nadwyżkę. "Lepszymi przyjaciółmi w tym sensie są więc Brytyjczycy, Czesi i Szwedzi niż Niemcy. Powinniśmy mówić, że zależy nam na całej Unii Europejskiej, a nie tylko na strefie euro. Nie my narozrabialiśmy, więc nie my powinniśmy sprzątać w pierwszej kolejności" - podsumował.
W batalii wokół sposobów zażegnania kryzysu w strefie euro rząd rozciągnął się w szpagacie pomiędzy Londynem, Paryżem a Berlinem. Źle rozpoznał interesy głównych graczy i nietrafnie określił sposoby realizacji własnych celów. Zakręcił też zdezorientowaną opinią publiczną w kraju, przez co prawicowej opozycji stworzył dodatkowe pole do manipulacji.
Realny scenariusz sprowadzał się do wyboru koncepcji francuskiej lub programu niemieckiego. Paryż optował (i nadal optuje) za Europą dwóch prędkości, zwarciem umowy jedynie w gronie państw strefy euro, wykupieniem obligacji zadłużonych państw przez Europejski Bank Centralny oraz emisją
euroobligacji.
Berlin dążył do zmian traktatowych w gronie 27 państw, a gdyby to miało nie wyjść, wówczas porozumieć się miano w gronie członków strefy euro i "chętnych". Dla Berlina warunek sine qua non porozumienia to wprowadzenie dyscypliny fiskalnej oraz brak zgody na wykupienie przez EBC obligacji zadłużonych państw oraz emisję euroobligacji.
Niemcy dopięły swego, z czego chyba powinniśmy się cieszyć, bo minister Sikorski przekonywał w Berlinie, że Niemcy nie mogą bać się "przewodzenia w reformach". Niemcy rzeczywiście się nie przestraszyły i przeprowadziły rozwiązania na swoich warunkach. U nas radości jednak nie widać, co zrozumiałe. W sprawie EBC i euroobligacji mówimy jak Francuzi, a nie jak Niemcy. Bliżej nam do państw Południa niż krajów Północy.
Dyplomata stara się, by nawet porażkę przekuć w sukces. Minister Sikorski stwierdził ("Nie sprzedaliśmy Polski", "Gazeta", 12 grudnia), że jego berlińskie wystąpienie przygotowało "pole dla premiera Tuska, który wbrew próbom wykluczenia nas uzyskał na szczycie udział Polski w kręgu decyzyjnym unii fiskalnej". Na razie niczego nie uzyskał, bo w dalszym ciągu musimy starać się, by nas dopuszczono do stołu, gdzie zapadają najważniejsze decyzje w Unii.
Mówić Balcerowiczem Polski interes nakazuje dołączenie do grona państw euro. Nikomu nie robimy łaski, bo działamy dla siebie - własnego rozwoju, wzrostu dobrobytu i znalezienia się w centrum gospodarczym kontynentu. Nikt nie zatrzęsie się z wrażenia, gdy nas będzie nadal brakować w tym gronie.
Prof. Leszek Balcerowicz powiedział („Skąd bierze się katar”, „Gazeta”, 8 grudnia), że politycy, media i wierzyciele wywierają „niesłychany nacisk” na EBC, by interweniował na rynku, drukując euro. „Jeżeli łatwo - przekonuje - jest się dalej zadłużać, sprzedając obligacje po niskich kosztach, to po co reformy?”. Swoje tezy powtórzył w czasie grudniowego wystąpienia w niemieckim ministerstwie finansów, gdzie mówił o zrównoważonej polityce fiskalnej i gospodarczej oraz reformach niezbędnych do wzmocnienia szans na wzrost gospodarczy w Europie.
Po szczycie UE dodał ("Reformować państwo, a nie straszyć", "Rzeczpospolita", 10 grudnia): "Proszę zauważyć, że w Polsce dyskusję zdominowały problemy strefy euro, tak jakby u nas wszystko szło idealnie i nic nie wymagałoby naprawy. Ale przecież złotówka osłabia się wobec euro, a nie odwrotnie".
Wyprawiając się do Berlina, Sikorski powinien wiedzieć, że niemieckich elit nie podbije wyliczeniami korzyści z wprowadzenia euro i rozszerzenia Unii (to wiedzą bez niego), rozważaniami na temat
USA czy wątpliwymi dywagacjami na temat przyczyn upadku I Rzeczypospolitej. Chcąc oprzeć się na Niemczech, rząd powinien mówić Balcerowiczem, a nie Rostowskim.