http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zawsze lubiłem robić rzeczy odrobinę szalone

Rozmawiał Jakub Halcewicz-Pleskaczewski
2012-01-05, ostatnia aktualizacja 2012-01-04 15:47

Zasiedziali mieszkańcy mówią: "Płacę podatki, więc mi się należy", nowi pytają: "Jak możemy ci pomóc?" - mówi Krzysztof Dynowski* sołtys wsi Chyliczki

- Jeśli teoretycznie nie możesz w zasadzie nic, a mimo to uda ci się coś zrobić, sprawia to ogromną frajdę - mówi sołtys Krzysztof Dynowski
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
- Jeśli teoretycznie nie możesz w zasadzie nic, a mimo to uda ci się coś...
Jakub Halcewicz-Pleskaczewski: Ile miałeś lat, kiedy zostałeś sołtysem?

Krzysztof Dynowski: 25, trzy lata temu.

Znasz sołtysów w twoim wieku?

- (śmiech ) Nie.

Studiowałeś dziennikarstwo. Co cię interesowało w pracy dla wsi?

- Zawsze interesowałem się polityką i samorządem. Z czasem zacząłem myśleć: jeżeli gmina nie widzi czegoś, co ja dostrzegam na każdym kroku, to warto jej o tym przypominać. Z ponad 500 zameldowanych na nasze ostatnie wybory sołtysa przyszły 22 osoby. Poprzednia pani sołtys zdała relację z czterech lat pracy, część osób biła brawo, część szemrała, a jedna z sąsiadek mówi: "Krzysztof, może ty kandyduj".

Miałem trochę doświadczenia, kandydowałem wcześniej do rady gminy. Obliczyłem, że powinno na mnie zagłosować 12 osób, i tak było. Mieszkańcy mówili, że potrzeba kogoś młodego. Przekonali mnie, że mogę coś zrobić i że mi pomogą.

Pociągało cię to?

- Okazało się, że mogę mieć wpływ - mały, ale jednak - na to, jak wygląda otaczająca mnie rzeczywistość, więc pomyślałem, że spróbuję. Przez pierwszy rok sołtysowania angażowałem się w prace gminy i powiatu, uczestniczyłem w powiatowym projekcie partnerstwa lokalnego, byłem częstym gościem w rozmaitych wydziałach gminy, gdzie pytałem, co i jak możemy razem zrobić. Chciałem poznać osoby, które tam pracują. Wiedziałem, że będę się musiał z nimi dogadywać, że będę je o coś prosił jako sołtys - petent. Chciałem też poznać procedury. Po trzech latach widzę, jak dużo się nauczyłem i że to procentuje.

Przeczytałem ustawę o samorządzie i dowiedziałem się, że jako sołtys niewiele mogę. Jestem quasi-listonoszem, wywieszam informacje z gminy, zbieram podatek. Oprócz tego, że przekazuję urzędnikom potrzeby mieszkańców, kompetencji w zasadzie nie mam. A jedynym zaszczytem związanym z funkcją jest to, że kiedy zdaję podatek, jestem przyjmowany do kasy poza kolejnością.

To co w tym ciekawego?

- Jeśli teoretycznie nie możesz w zasadzie nic, a mimo to uda ci się coś zrobić, sprawia to ogromną frajdę. Chociaż mimo skromnych kompetencji w wielu wioskach sołtys jest jak car - co powie, to święte. I mnie tak kiedyś potraktowano. Miesiąc od wyboru na sołtysa na moją ulicę wjechał ciężki sprzęt, bo robotnicy mieli położyć asfalt. Podszedł do mnie kierownik robót i spytał: "Jak to ma być zrobione?". Byłem zaskoczony. On myślał, że jako sołtys będę decydował o remontowaniu ulicy! "Drogi panie - mówię - nie wiem, zgodnie z projektem".

Pomagają ci studia dziennikarskie?

- Przydają mi się zdobyte na nich umiejętności aktywnego słuchania i retoryczne - jako sztuka przekonywania innych, że są w błędzie. Bo mieszkańcy często nie wiedzą, jak funkcjonuje samorząd. Mówią: "Płacę podatki, więc mi się należy". Trzeba im prosto i szybko wytłumaczyć, że nie wszystko da się załatwić. Trzeba też umieć wytłumaczyć urzędnikom, że niektóre potrzeby mieszkańców mają uzasadnienie. Kiedy urzędnicy przekonują mnie racjonalnymi argumentami, że czegoś się nie da zrobić, to ja te argumenty przyjmuję i przekazuję je mieszkańcom. Wtedy nie mają aż takich pretensji, bo są traktowani poważnie. Przykład: prosiliśmy o naprawę ulicy, bo dziury były po pół łydki. Gmina zrobiła ją raz, potem drugi, ale po każdym deszczu woda wypłukuje to, co było nawiezione i ubite. Wniosek gminy: dopóki nie będzie odwodnienia, nie ma sensu sypać co miesiąc tłucznia czy destruktu ani kłaść asfaltu. Mieszkańcy, choć niepocieszeni, przyjęli argumenty. A część przesiadła się na terenówki.

Czego jeszcze potrzebują mieszkańcy Chyliczek?

- Chyliczki to przedmieścia, zaplecze i sypialnia Warszawy. Nie ma tu żadnego rolnika. Z roku na rok buduje się tu coraz więcej osób, mają fajne domy i dobre samochody. Nasze podstawowe potrzeby wiążą się z infrastrukturą: budowa drogi, postawienie latarni, odwodnienie - zwłaszcza po zeszłorocznych zalaniach. W Chyliczkach nie ma żadnego budynku użyteczności publicznej, szkoły, przedszkola, klubu sportowego. Dwa lata temu udało mi się pozyskać od gminy teren 7 tys. m kw. - kawał pola, trochę drzewek. Został ogrodzony, wyczyszczony. W przyszłym roku będziemy go zagospodarowywać. Na razie powstanie tam drewniana wiata, najprawdopodobniej też coś w rodzaju parku z boiskiem. Dzięki temu będziemy mogli zacząć integrować mieszkańców. Wcześniej nie było po temu miejsca. Można powiedzieć, że to pierwszy taki projekt, który prowadzę od zera.

Jacy są mieszkańcy?

- Zameldowanych jest ponad 660 osób, mieszka około tysiąca, w 270 domach. Większość osób znam co najmniej z widzenia, do połowy mam telefony lub maile. Ponad połowa osiedliła się tu w ciągu ostatnich 5-10 lat. Pozostała część jest bardziej zasiedziała, niektórzy mieszkają w Chyliczkach z dziada pradziada, to byli rolnicy. Są to dwie zupełnie inne grupy. Ci, którzy mieszkają tu od kilkudziesięciu lat, czują się zapomniani. Oczekują, że "ktoś" w końcu przyjdzie i "coś" zrobi, poprawi. Wspomniane "Płacę podatki, więc mi się należy" jest u nich najczęściej spotykanym hasłem.

Czego chcą konkretnie?

- Przez wieś przechodzi droga wojewódzka, którą sam chodziłem do liceum, z szerokim poboczem, ale bez chodnika. W zimie szło się skrajem jezdni; to wyjątkowo niebezpieczne miejsce. Droga prowadzi też do szkoły w sąsiedniej wsi. Dlatego potrzebny jest przy niej chodnik. Problem w tym, że muszą się porozumieć dwie gminy (jesteśmy na granicy gmin Piaseczno i Konstancin), powiat i województwo. Chodzę za tym od ponad dwóch lat. Na razie województwo się zadeklarowało, że da materiały, a powiat wykonał koncepcję, czyli wstępny projekt chodnika, ścieżki rowerowej, odwodnienia i remontu jezdni. Na ostatnim spotkaniu padły terminy - może za pięć lat. Dramat.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 6
  • 4
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':