Agnieszka Graff *, "Krytyka Polityczna" - Majstersztyk: Sukces Palikota. Bubel: Wydanie przez zakon marianów zakazu występowania w mediach ks. Adamowi Bonieckiemu To był rok, który przyniósł nam jednoznaczną odpowiedź na pytanie, dokąd zmierza polski Kościół. Jest to pytanie kluczowe nie tylko dla polityki, ale i dla zbiorowej tożsamości Polaków. Dwie dekady temu postawił je Jan Józef Lipski, pisząc, że Kościół w Polsce "stoi przed rozwidlającymi się drogami. Jedna wiedzie do politycznego klerykalizmu podbudowanego poczuciem triumfu. (...) Druga droga - to droga rozdziału Kościoła i państwa, neutralności światopoglądowej instytucji publicznych, wzajemnej, powszechnej tolerancji, przeciwstawiania się wszelkiej dyskryminacji".
Przez te dwadzieścia lat można się było spierać, czy Kościół obrał już którąś z tych dróg, czy nadal się waha. Wiele zależało od tego, który nurt katolicyzmu stanowił dla nas punkt odniesienia. Dziś wiemy, że Kościół wybrał drogę pierwszą. Co na to społeczeństwo i klasa polityczna? W ogromnej większości - trochę siłą bezwładu, a trochę siłą konserwatyzmu - nic. Jednak zaskakująco wysoki wynik wyborczy Ruchu Palikota w wyborach do Sejmu wskazuje, że to się powoli zmienia. Oto po raz pierwszy od 1989 r. okazało się, że w Polsce można odnieść sukces polityczny, odwołując się do pragnienia, by Kościół nie mieszał się do polityki i ograniczył swoje roszczenia wobec państwowego
budżetu oraz życia intymnego Polaków.
Sukces Palikota - a wraz z nim Roberta Biedronia, Wandy Nowickiej i Anny Grodzkiej - to tegoroczny
majstersztyk polityczny. Jego zręczność polega na dostrzeżeniu politycznego potencjału wielkiej kulturowej zmiany. Dotychczas obowiązywał dogmat, że poparcie w wyborach zyskuje się, deklarując uległość wobec Kościoła i unikając "trudnych" tematów, takich jak prawo do aborcji czy prawa mniejszości seksualnych. Palikot zrozumiał, że po drugiej stronie też jest elektorat. Niby to oczywiste, ale jakoś nikt na to dotychczas nie wpadł. Co będzie dalej? Krzyż w Sejmie zapewne długo jeszcze będzie wisiał, jednak po raz pierwszy od lat zadajemy sobie pytanie, skąd on się tam wziął i co właściwie znaczy.
Po drugiej, kościelnej stronie widzę ciąg zdarzeń, które budzą smutek, zażenowanie lub satysfakcję z gatunku "a nie mówiłam?" Najpierw (w lutym) śmierć znanego z otwartości metropolity lubelskiego arcybiskupa Józefa Życińskiego i upublicznione wkrótce potem obelżywe wypowiedzi o nim (padły nie byle gdzie, bo w auli KUL-u). W kolejnych miesiącach dla wielu osób szokiem były ujawnione w mediach skandale związane z
pracą Kościelnej Komisji Majątkowej oraz niedawny raport portalu Money.pl o finansach Kościoła. Środowiska lewicowe wiedziały o skali roszczeń, niejasności i przekrętów od lat, jednak po raz pierwszy od 1989 r. ta wiedza trafiła do mediów głównego nurtu. Obecny spór o Fundusz Kościelny to kolejna odsłona tej żenującej sagi. Przełom zapewne w przyszłym roku.
Jednak
bublem roku - zdarzeniem, które wiele osób pozbawiło złudzeń - było wydanie przez zakon marianów zakazu występowania w mediach księdzu Adamowi Bonieckiemu. Mnie ta decyzja specjalnie nie zdziwiła. Kilka lat temu, śledząc losy Stanisława Obirka, który powiedział w jednym z wywiadów coś "nie po linii" Episkopatu o kulcie
Jana Pawła II, zrozumiałam, jak bardzo Kościół w Polsce jest niedemokratyczny, zamknięty na dialog i głuchy na krytykę. Kto myśli inaczej, ten ma siedzieć cicho. Jednak dla wielu ludzi Obirek był przypadkiem jakoś skrajnym, a kojąca obecność ks. Bonieckiego w polskim życiu publicznym pozostawała dowodem na istnienie w nim nurtu otwartego. Jeszcze niedawno podczas rytualnych sporów pt. " Dokąd zmierza polski Kościół?" moi znajomi liberalni katolicy odpowiadali z zadowoleniem: zależy który, ja słucham Bonieckiego. Dziś wolą zmienić temat. Gołym okiem widać, że liberalne skrzydło zostało przycięte.
Bubel lub majstersztyk - to zależy od punktu widzenia. Przeżyliśmy rok, w którym Kościół stracił wiarygodność, osunął się w radiomaryjną, nacjonalistyczną i integrystyczną polityczność, a Palikot okazał się wybitnym politykiem, który zręcznie to wykorzystał. Albo przeciwnie - był to rok, w którym Kościół wreszcie oczyścił się z obcych naleciałości, odzyskując swoje prawdziwie polskie, antyliberalne oblicze, a Palikot... wiadomo: zdrajca oraz klown.
Rzecz w tym, że to był finał polaryzacji polskiej sceny publicznej. Nie ma już różnych poglądów; są skrajnie różne rzeczywistości. Zapewne rok 2011 to zaledwie dogrywka po prawdziwie istotnym roku 2010 - gdy idzie o wyrazistość, trudno przebić awanturę o odpowiedzialność za katastrofę smoleńską czy spór o krzyż pod Pałacem Prezydenckim. O ile jednak rok temu wydawało się, że to grają uruchomione wielką tragedią emocje, to dziś widać, że pęknięcie jest trwałe i politycznie płodne. Widać też, że Kościół nie zamierza tej wyrwy zasypywać.
* Agnieszka Graff - adiunkt w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW, członkini zespołu "Krytyki Politycznej" i Rady Kongresu Kobiet Polskich. Autorka książek "Świat bez kobiet", "Rykoszetem" i "Magma" Cezary Gawryś* publicysta: Majstersztyk: Przejęcie przez PO - tuż przed wyborami - młodego polityka lewicy Bartosza Arłukowicza. Bubel: Dopuszczenie do konfrontacji w Warszawie 11 listopada Majstersztykiem było zaskakujące przejęcie przez Platformę, tuż przed wyborami, Bartosza Arłukowicza, młodego, ambitnego i popularnego polityka lewicy - i powierzenie mu funkcji pełnomocnika rządu do spraw osób wykluczonych. Strzał w dziesiątkę - myślałem. Platforma może przez to zyskać głosy setek tysięcy obywateli, którzy otrzymali oto sygnał: zauważamy wasz ciężki los. 7 proc. Polaków, czyli ponad dwa miliony, żyje poniżej minimum egzystencji, w skrajnym ubóstwie i wykluczeniu. Być bez szans w społeczeństwie, które się dynamicznie rozwija, to sytuacja szczególnie trudna. Skazywanie tych ludzi na dobroczynność jest upokarzające i tylko utrwala ich podrzędny status. Potrzebne są rozwiązania strukturalne, nowa polityka społeczna. To prawdziwe wyzwanie dla partii o rodowodzie solidarnościowym, z programem wielkiej modernizacji, rządzącej w czasach kryzysu. Niestety, po wygranych przez PO wyborach Arłukowicz dostaje wprawdzie resort zdrowia, też trudny i ważny, ale stanowisko pełnomocnika do spraw wykluczonych znika. Majstersztyk poszedł na marne?
Bublem było dopuszczenie do konfrontacji w Warszawie, 11 listopada, między Marszem Niepodległości, zorganizowanym przez ONR i Młodzież Wszechpolską, a wiecem anarchistów i lewaków. Jeden wart drugiego. Obwiniano potem władze stolicy, że wydały zezwolenie na dwie manifestacje w tym samym czasie i blisko siebie, obwiniano prawo o zgromadzeniach. Czy nie można było jednak zorganizować w takim dniu atrakcyjnej imprezy, która zgromadziłaby tłumy warszawiaków cieszących się po prostu z niepodległości?
Ale przyczyny zła tkwią chyba dużo głębiej. Jak do tego w ogóle doszło, że tysiące ludzi dają się dziś porwać demagogii - z jednej strony radykalno-narodowej, z drugiej - anarchistycznej? Czy nie jest to aby skutek systematycznego zaniedbywania przez ostatnie dwadzieścia lat powinności państwa? Czy młodym pokoleniom zaoferowano jakieś wartości, wzory i ideały poza wyścigiem do osobistego sukcesu i konsumpcji, nie dla wszystkich dostępnym? Czy nie zlekceważono osób starszych, słabszych, mniej wykształconych? W tę lukę weszły radykalne ideologie wyciągnięte z lamusa historii, głoszące nienawiść i jednocześnie odwołujące się do religii.
A Kościół, aspirujący do roli wychowawcy narodu, przeoczył zagrożenie. Czy uczy bowiem na co dzień wzajemnej życzliwości, szacunku dla każdego człowieka, zwłaszcza tego o poglądach innych niż moje? Czy zamiast budować jedność i pokój społeczny, nie podsyca przypadkiem fobii i podziałów?
*Cezary Gawryś - publicysta, działacz społeczny, były naczelny katolickiego miesięcznika "Więź", prezes Stowarzyszenia Przyjaciół Ruchu "ATD Czwarty Świat Polska" walczącego z nędzą i wykluczeniem społecznym Stefan Sękowski* "Gość Niedzielny" - Majstersztyk: Janusz Palikot w Sejmie. Bubel: Działalność ustawodawcza polskiego parlamentu Trzeba doceniać czyjeś umiejętności, nawet jeśli od ich skutków robi się niedobrze. W 2011 roku zachwycił mnie Janusz Palikot, który dokonał niemożliwego
majstersztyk: niegdyś wydawca konserwatywnego tygodnika, później grabarz próby deregulacji prawa, po kilku miesiącach bycia antyklerykalną "opozycją pozaparlamentarną" wrócił do ław sejmowych, czyniąc wykreowaną przez siebie formację trzecią siłą polityczną w kraju. Udowodnił, że wyborca zapomni politykowi wszystko, jeśli ten tylko głośno krzyczy na tematy zastępcze, otacza się celebrytami i cieszy nieustającym, co najmniej neutralnym zainteresowaniem dużej części mediów.
Palikot nie ugrałby jednak niczego, gdyby przez kilka lat, jako polityk Platformy Obywatelskiej, nie znajdował się pod parasolem ochronnym Donalda Tuska. Teraz ten także ma swojego Żyrinowskiego, tak jak Leszek Miller miał Andrzeja Leppera. Palikot będąc teoretycznie w opozycji, co chwilę umiejętnymi skandalami odwraca uwagę od istotnych problemów, a w trudnej sytuacji wesprze kilkudziesięcioma szablami w sejmowym głosowaniu. To mistrz w swoim fachu, niczym Szpicbródka, jednak laurem musi podzielić się ze swoim politycznym patronem, obecnym premierem.
Jeszcze do niedawna słowo "bubel" kojarzyło się w polityce głównie z liderem Polskiej Partii Narodowej, ale od kiedy ta przestała startować w wyborach, nie ma konkurencji jako desygnat działalności ustawodawczej Sejmu i Senatu. I w 2011 roku nie było lepiej.
Trudno wybrać
bubel nad buble, więc wymienię trzy: nowelizację ustawy o systemie informacji oświatowej, dzięki której państwo może zbierać intymne informacje o swoich obywatelach niemal od kołyski, prawo o informacji publicznej mocno ograniczające obywatelom dostęp do tejże, oraz "bubel zaniechania", czyli brak ustawy bioetycznej zapowiadanej przez większość sejmową od kilku lat.
Być może nie byłoby tylu bubli, gdyby nie podporządkowanie działalności władzy ustawodawczej interesom władzy wykonawczej. Symbolicznym dowodem na nie było skandaliczne narzucenie posłom PO przez władze partii dyscypliny głosowania w sprawie obywatelskiego projektu ustawy antyaborcyjnej. Obranie Ewy Kopacz marszałkiem Sejmu, osoby mocno związanej politycznie z Donaldem Tuskiem, nie wróży najlepiej niezależności Sejmu i Senatu od rządu na najbliższe cztery lata.
*Stefan Sękowski - politolog, dziennikarz "Gościa Niedzielnego", współpracuje m.in. z kwartalnikiem "Rzeczy Wspólne", portalem Rebelya.pl i "Drakka - pismem dla grzeszników". Autor książki "W walce z Wujem Samem - anarchoindywidualizm w Stanach Zjednoczonych Ameryki w latach 1827-1939"< /i>