Kiedy pisaliśmy kilka tygodni temu artykuł "
Polska religia państwowa" ("Newsweek" nr 44/2011), uważaliśmy, że jest rzeczą oczywistą, iż postulat uczynienia z katolicyzmu religii państwowej był żartem. Okazuje się, że ten pomysł zupełnie serio potraktował abp Henryk Hoser, który wprost powiada, że "państwo powinno wspierać Kościół katolicki, bo to jest niezwykle cenna rzeczywistość społeczna" ("Rzeczpospolita", 21 listopada 2011).
Arcybiskup Hoser swoje proste i jasne wyznanie wiary, jak ma się zachowywać państwo wobec jednego z działających w Polsce Kościołów, wyłożył po jednej z zapowiedzi premiera Donalda Tuska zawartej w rządowym exposé. Premier stwierdził w nim, że - w imię solidarności cięć w dobie kryzysu - należy zlikwidować Fundusz Kościelny, a duchownych, podobnie jak innych obywateli, włączyć do powszechnego systemu ubezpieczeń.
Przypomnijmy zatem, jaką rolę odgrywał Fundusz Kościelny powołany w 1950 r. Powstał on po tym, jak komunistyczna władza PRL przejęła część kościelnych
nieruchomości ziemskich - dotacje z niego miały stanowić rekompensatę za stracone majątki i związane z nimi utracone dochody. Po zmianie ustroju Fundusz Kościelny istniał nadal, choć powołano Komisję Majątkową, która decydowała o zwrocie Kościołowi rzymskokatolickiemu nieruchomości przejętych przez PRL.
Co znamienne, III RP nie uznała za stosowne upomnieć się o to, by Kościół rzymskokatolicki zapłacił za tysiące nieruchomości poewangelickich na ziemiach zachodnich (ale także dawnej II RP), które zajął po 1945 r. Proceder ten zalegalizowały władze PRL. Również w ustawach regulujących stosunki z innymi Kościołami wyraźnie zakazano im występowania z żądaniem odszkodowania za nieruchomości przejęte przez "inne Kościoły czy związki wyznaniowe" - chodziło oczywiście głównie o Kościół rzymskokatolicki. Aby się przekonać o skali tego zjawiska, wystarczy wybrać się na wycieczkę do Gdańska, Leszna, Szczecina czy Wrocławia.
Komisja Majątkowa, mająca zadośćuczynić dokonanej w przeszłości niesprawiedliwości, której ofiarą był Kościół rzymskokatolicki, sama stała się miejscem nadużyć i przekrętów finansowych. Tym razem to Kościół był górą - ofiarą najczęściej było państwo, czyli my wszyscy, podatnicy. Komisja odeszła do historii pod koniec lutego br., choć w świadomości społecznej zawsze już będzie kojarzona z nadużyciami i pazernością Kościoła.
Po zakończeniu prac Komisji wydawało się, że likwidacja Funduszu Kościelnego, jako komunistycznego reliktu, nie będzie budzić większych wątpliwości. Przecież oprócz tysięcy nieruchomości przejętych po 1945 r. Kościół uzyskał rekompensatę za to, co utracił po roku 1950 - nie ma więc dziś żadnych podstaw do dalszego funkcjonowania Funduszu. Sami biskupi powinni zabiegać, aby Fundusz jak najszybciej na dobre pogrzebać w mrokach historii.
Tymczasem abp Hoser uważa, powołując się na przykłady Anglii, Niemiec i Skandynawii, że państwo winno dotować Kościół katolicki, bo jest "cenną rzeczywistością społeczną". Tej ostatniej tezy nie podważamy, gdyż jest oczywista, ale już cała reszta logiki hierarchy budzi nasze zdumienie.
Po pierwsze, w krajach skandynawskich Kościół luterański jest albo wciąż Kościołem państwowym, albo ma status Kościoła narodowego. Oznacza to daleko idącą ingerencję państwa w sferę zarządzania, ale także i doktryny Kościoła. Przykładem niech będzie Kościół ewangelicko-luterański Danii, gdzie decyzję o wprowadzeniu kościelnych małżeństw dla par jednopłciowych podjął minister do spraw Kościoła i zakomunikował ją biskupom, którzy - czy się im podoba, czy nie - będą musieli wprowadzić ją w życie.
Jeśli w zamian za finansowanie na poziomie skandynawskim Kościół katolicki w Polsce upodobni się do Kościołów Danii, Norwegii czy Szwecji - dopuści kapłaństwo kobiet, gejów, utworzy rady parafialne z realną władzą kontrolną nad finansami i działalnością parafii oraz zupełnie uniezależni się od Rzymu - to wtedy propozycja abp. Hosera jest warta rozważenia. Dziś jednak Rzeczpospolita Polska pozostaje krajem neutralnym światopoglądowo - przynajmniej na papierze. I dlatego propozycje abp. Hosera są zwyczajnie niedopuszczalne prawnie, ekonomicznie i, co najważniejsze, moralnie.
Powtórzmy: Fundusz Kościelny stracił rację bytu. Jeśli natomiast Kościół rzymskokatolicki uważa, że został pokrzywdzony zbyt niskimi rekompensatami, proponujemy, by powołać niezależną komisję ekspercką, która wyceni rynkową wartość wszystkich nieruchomości przekazanych Kościołowi przez Komisję. Jak powszechnie wiadomo, wyceny robione przez prawników kościelnych często radykalnie zaniżały wartość przekazywanych im nieruchomości. Biorąc pod uwagę kwoty płacone przez państwo na Fundusz od 1990 r. i wartość zwróconych Kościołowi katolickiemu nieruchomości, jesteśmy spokojni o los Kościoła zarówno teraz, jak i w przyszłości. Tym bardziej Kościół nie powinien uważać się za poszkodowanego.
Po drugie, część księży jest już zatrudniona na etacie katechety w szkołach albo jako kapelani wojskowi, więzienni, celni, strażaccy,
policyjni etc., a zatem składki emerytalne opłacają za nich zazwyczaj państwowi pracodawcy. Nie ma powodu, by osoby niewierzące czy innego wyznania opłacały składki za pozostałą grupę księży i biskupów - Kościół musi sam zatroszczyć się o swoich pracowników.
Czy jest to wykonalne? Jak pokazuje przykład Kościoła rzymskokatolickiego w Stanach Zjednoczonych, utrzymuje się on praktycznie ze składek wiernych. A zatem można prowadzić duszpasterstwo w taki sposób, by zapewnić sobie wikt i opierunek bez wyciągania ręki po państwowe pieniądze. Czego potrzeba więcej Kościołowi do głoszenia bez przeszkód Dobrej Nowiny?
Po trzecie, nie ma też powodu, by wprowadzać dodatkowy 1 proc. podatku wyłącznie na Kościół. W polskim prawie podatkowym jest już zapis mówiący o tym, że można odpisać sobie maksymalnie 6 proc. kwoty od dochodu w ramach darowizny przeznaczonej na cele kultu religijnego. Darowizny można udzielić również na działalność charytatywno-opiekuńczą Kościołów (w tym ostatnim wypadku odliczyć ją można w wysokości do 100 proc. osiągniętego dochodu).
Kościół rzymskokatolicki musi przekonać swoich wiernych, by z tych możliwości korzystali. Musi udowodnić, że darowizny przeznaczone na Kościół będą spożytkowane na szlachetne cele. Skoro Polacy dają pieniądze organizacjom pozarządowym (OPP), gdyż wiedzą, że nie są to pieniądze wyrzucone w błoto, to chyba tym bardziej katolicy nie powinni mieć problemu, by przekazać część pieniędzy swojemu Kościołowi. Będzie to zarazem test wiarygodności Kościoła w oczach swoich wiernych.
Jeden z autorów niniejszego tekstu jest pastorem ewangelicko-reformowanym w
USA. Jego parafia nie otrzymuje ani centa dotacji publicznych. Cała jego pensja, ale także koszty funkcjonowania parafii, jej działalność charytatywna i misyjna są pokrywane z dobrowolnych datków wiernych.
Znaczy to tyle, że pastorzy i pastorki co roku muszą zabiegać o to, by wierni zadeklarowali, ile chcą przeznaczyć na swój Kościół i swoją parafię. Na podstawie tych deklaracji - tzw. pledges - rada parafialna (w której pastor ma jeden i tylko jeden głos) ustala
budżet i finanse na przyszły rok. Niezależna komisja rewizyjna sprawdza jego wykonanie.
Datki na Kościół są w Stanach zwolnione od podatków, podobnie jak dochody parafii, pod jednym wyjątkiem - duchowny nie angażuje się czynnie w politykę. Finanse Kościoła podlegają kontroli władz podatkowych. Cały sposób jego funkcjonowania i finansowania opiera się na banalnie prostych zasadach: dobrowolności, przejrzystości i demokratycznym podejmowaniu decyzji. Nie widzimy żadnych powodów, dla których system ten nie mógłby skutecznie funkcjonować również w Polsce, gdzie w końcu prawie 90 proc. Polaków deklaruje przynależność do Kościoła rzymskokatolickiego.
Czasy, gdy państwo bezpośrednio finansowało Kościoły i ich księży, przechodzą do historii. Czy się to naszym biskupom podoba, czy nie, wspólnoty religijne muszą być w większym stopniu uzależnione od swoich wiernych i ich ofiarności. Zamiast więc wymuszania na państwie kolejnych dotacji i traktowania państwa niczym "dojnej krowy", czas odkryć pierwotne powołanie Kościoła - pokorną służbę dla ludzi i z ludźmi.
*Jarosław Makowski jest publicystą, filozofem i teologiem, szefem związanego z PO Instytutu Obywatelskiego.
Kazimierz Bem jest doktorem prawa, pastorem ewangelicko-reformowanym i publicystą protestanckim. Mieszka w USA. Jest współpracownikiem Instytutu Obywatelskiego.