Rejestracja tych symboli przez sąd w pewnym sensie dała efekt komiczny: oto "dorodna polska młodzież" (określenie Jarosława Kaczyńskiego) będzie walczyć o "narodowe odrodzenie Polski", mając na sztandarach obsceniczny obrazek zwany zakazem pedałowania.
Ale patologia, która doprowadziła do nadania państwowego placetu wątpliwym historycznie i moralnie symbolom, warta jest refleksji. Nie o tym, czego tu jeszcze zakazać, ale jak reagować i stosować prawo w zgodzie z humanistycznymi wartościami, obywatelską odpowiedzialnością i zwykłą ludzką przyzwoitością.
Oto partia
Narodowe Odrodzenie Polski wymyśliła sobie, że jak oficjalnie zarejestruje krzyż celtycki, orła w koronie z "rózgami liktorskimi" i "zakaz pedałowania" jako swoje godła, to nie będzie można jego członków pociągać do odpowiedzialności za propagowanie faszyzmu, jeśli w trakcie manifestacji poniosą te znaki. "Zakaz pedałowania" chcieli zarejestrować prewencyjnie po inicjatywie
SLD, by do zakazu przestępstw nienawiści motywowanych rasą czy wyznaniem dopisać m.in. orientację seksualną.
Sąd rozpatrujący wniosek NOP zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie, czy te symbole jako egzemplifikacja celów partii politycznej nie naruszają konstytucji.
Trybunał uznał, że sąd powinien był przeprowadzić w tej sprawie postępowanie dowodowe i dopiero jego wyniki przedstawić do oceny Trybunałowi. I sprawę umorzył. A więc osoby najbardziej w Polsce kompetentne do oceny zgodności z konstytucją uznały, że bez podparcia się opinią biegłych nie są w stanie ocenić, czy zarejestrowanie krzyża celtyckiego oznacza, że program partii lub jej działalność "dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową" (czego zakazuje konstytucja). Ani tego, czy "zakaz pedałowania" jako wyraz programu partii politycznej nie narusza konstytucyjnych zasad niedyskryminacji i ochrony godności człowieka!
W uzasadnieniu sędziowie (przy pięciu zdaniach odrębnych nie dotyczących meritum) uznali, że rozpatrzenie wniosku nienależycie uzasadnionego uniemożliwia im procedura. Można by więc oczekiwać, że umarzając sprawę, w poczuciu odpowiedzialności za dobro wspólne dadzą przynajmniej sądowi wskazówki, jak ocenić zgodność z konstytucją tych symboli. Nie dali.
I sąd, który wcześniej wyraźnie miał wątpliwości co do konstytucyjności symboli, nagle się ich pozbył. Zamówił byle jaką "ekspertyzę", i to u osób, które nawet nie są biegłymi sądowymi. I bez refleksji np. nad ich wywodem, że "zakaz pedałowania" oznacza w istocie zakaz odbywania stosunków seksualnych w miejscach publicznych - znaki zarejestrował.
Jakby na złość Trybunałowi - za okazane lekceważenie.
Przytomnie zachowała się prokuratura, zapowiadając odwołanie od tego postanowienia. Ale i tego by nie było, gdyby nie refleks wiceprezesa Fundacji Helsińskiej Adama Bodnara, który zobaczył postanowienie na stronach internetowych ONR i zaalarmował dziennikarzy. Bez szumu medialnego postanowienie by się uprawomocniło i Najjaśniejsza RP dałaby prawną ochronę obscenicznemu, naruszającemu ludzką godność obrazkowi. Instytucje zawiodły.
Mam tylko nadzieję, że nie skończy się to jakimś kolejnym zakazem. Bo u nas na wszystko najlepiej uchwalić nowy zakaz. Była zadyma 11 listopada? Zakazać zgromadzeń, które mogą się zetknąć! Problem z symbolami, które kojarzą się totalitarnie? Zakazać wszelkich! Pół roku temu ten zakaz
Trybunał Konstytucyjny obalił jako zbyt ogólnikowy. Ale za chwilę ktoś wpadnie na pomysł, żeby było nieogólnikowo: zakazać konkretnych znaków, np. swastyki, sierpa i młota oraz "zakazu pedałowania". A potem kolejnymi nowelizacjami dopisze się następne do tej listy.
Mamy konstytucję i międzynarodowe traktaty, które zupełnie wystarczą mądremu, odpowiedzialnemu sędziemu, by takie sprawy oceniał, wyważając wartości. Ale u nas woli się mieć czarno na białym, podkładkę - bez wysiłku i odpowiedzialności.
Mamy opinię publiczną, autorytety, partie polityczne i ich liderów, urzędy - jak rzecznik praw obywatelskich (który jest również organiem do spraw równosci), by odzywały się wtedy, gdy dzieje się coś niepokojącego. Tymczasem RPO Irena Lipowicz nie chce się wypowiedzieć w sprawie "zakazu pedałowania" (najbardziej, jak się wydaje, kontrowersyjnego) czy innych znaków zarejestrowanych przez NOP. Po trzech dniach indagowana przez dziennikarzy stwierdziła, że sprawę "zbada". W sprawie prezydenckiej inicjatywy ograniczenia wolności zgromadzeń w reakcji na burdy 11 listopada nie odezwała się w ogóle.
Media i rozmaite osoby publiczne łącznie z partiami po tych burdach gładko dały się wpuścić w relatywizowanie rozrób "dorodnej młodzieży" spod znaku "falangi" i "zakazu pedałowania", bo "druga strona" nie lepsza, skoro zaprosiła polską i niemiecką Antifę. I zamiast potępienia przemocy jako formy uczestnictwa w życiu publicznym mamy licytację, kto gorszy. A do tego
PiS otacza oficjalnym politycznym patronatem kiboli i resztę "dorodnej młodzieży" słynnej z zadym.
W Polsce jak w każdym demokratycznym kraju nie ma zakazu posiadania i głoszenia jakichkolwiek poglądów: ani faszystowskich, ani komunistycznych, ani rasistowskich. I dobrze, bo cenzura poglądów to cecha ustrojów totalitarnych. Zakazane jest propagowanie totalitaryzmu, nawoływanie do nienawiści i przemocy, poniżanie. Rejestracja "zakazu pedałowania" poniża w majestacie prawa.
Nie trzeba nowych zakazów, tylko mądrych i odpowiedzialnych rozstrzygnięć opartych na istniejącym prawie.
I solidarnego wyrażania pokojowo, ale stanowczo i konsekwentnie, protestu wobec wszystkiego, co sprzeciwia się poszanowaniu czyjejkolwiek godności. I wolności - jeśli realizowana jest bez szkody dla wolności i godności innych. Opinia publiczna jest równie silnym regulatorem społecznym jak prawo stanowione. Wydawałoby się, że nie ma sporu co do potępienia przemocy i pogardy. Ale u nas działa się wedle zasady "moja chata z kraja".
wyimek
Nie trzeba nowych zakazów, tylko mądrych i odpowiedzialnych rozstrzygnięć opartych na istniejącym prawie