http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Niech sobie demonstrują, mają prawo

Wojciech Sadurski*
2011-11-23, ostatnia aktualizacja 2011-11-23 15:17

Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Nie warto majstrować przy ustawodawstwie w kwestiach tak delikatnych, jak podstawowe prawa i wolności obywatelskie, pod wpływem emocji i w napięciu wywołanym gorszącymi incydentami

Gdy już ucichły krzyki, rozeszły się dymy i gaz łzawiący, zreperowano kostkę uliczną po zamieszkach towarzyszących Marszowi Niepodległości, warto zadać sobie pytanie o granice wolności manifestacji i demonstracji w centrum miasta. Wszak i prezydent, i premier od razu zasygnalizowali chęć zmiany ustaw, a nawet konstytucji. Liczni publicyści, zaniepokojeni wydarzeniami 11-11-11, wyrazili krytykę - w zależności od swych upodobań politycznych - już to prawicowych manifestantów, już to lewicowej blokady demonstracji narodowców. Ważne jest w takich sytuacjach zachowanie rozsądku i trwanie prze zasadach. Ważne, by obok wozu telewizyjnego lub kostki ulicznej nie została zniszczona także polska wolność zgromadzeń publicznych.

Bo to uprawnienie konstytucyjne należy do najbardziej kruchych, a jednocześnie najbardziej podstawowych. Kruchych - gdyż najłatwiej je ograniczyć w oparciu o racjonalnie brzmiące argumenty dotyczące ładu i porządku publicznego, moralności publicznej, ochrony bezpieczeństwa innych ludzi. Wszystkie te argumenty, jak na dłoni, mieliśmy zilustrowane wydarzeniami 11 listopada. Ale jednocześnie to uprawnienie jest absolutnie fundamentalne, niezbędne dla demokracji. Bowiem, jak sformułował to Trybunał Konstytucyjny w swym orzeczeniu z 18 stycznia 2006 r.: "Wolność zgromadzeń stanowi warunek i konieczną część składową demokracji, a także przesłankę korzystania z innych wolności i praw człowieka związanych ze sferą życia publicznego. ( ) Ważna jest funkcja stabilizacyjna zgromadzeń dla porządku politycznego i społecznego, przede wszystkim mechanizmu przedstawicielskiego. Polega ona na tym, że publicznie zostają przedstawione i poddane analizie źródła, przyczyny i istota niezadowolenia, czy też wyrażona jest krytyka lub negacja obowiązującego porządku prawnego lub społecznego".

To jedno z najświetniejszych orzeczeń w całej historii polskiego Trybunału. Warto w nie wczytać się zwłaszcza dziś, po wydarzeniach warszawskich sprzed paru dni. Także dlatego, że pośrednim powodem orzeczenia z 2006 roku było zastosowanie przez władze warszawskie przepisów prawa o ruchu drogowym dla ograniczenia uprawnień organizatorów Parady Równości. Demonstracja z 11 listopada, organizowana przez totalniaków z ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, miała - można powiedzieć - odwrotny kolor polityczny. Tym bardziej warto zastosować się do orzeczenia TK, bo dla liberalnego demokraty obrona uprawnień obywatelskich ma znaczenie bez względu na to, czy podobają mu się opinie, których ochrony broni, czy nie.

Demokracja bezpośrednia

Deklarując niekonstytucyjność przepisów prawa drogowego, które dawały władzom miejskim możliwość odmowy zezwolenia na zgromadzenie, jeśli organizatorzy nie gwarantowali "zapewnienia bezpieczeństwa i porządku podczas trwania imprezy", Trybunał sformułował kilka zasad generalnych. Oto one.

Po pierwsze: zgromadzenia są ważnym uzupełnieniem przedstawicielskiego systemu demokracji, umożliwiającym artykułowanie opinii tak mniejszości, jak i większości w okresach między wyborami. "Zgromadzenia stanowią zasadniczy element demokratycznej opinii publicznej, stwarzając możliwość wpływu na proces polityczny, umożliwiając krytykę i protest, tworząc część składową procesu demokracji bezpośredniej". Ograniczenie wolności zgromadzeń jest więc ograniczeniem demokracji.

Po drugie: zagrożenie dla wolności demonstracji wynikać może nie tylko z działania władz publicznych, ale także ze strony "kontrdemonstracji". Na władzach publicznych zatem ciąży obowiązek ochrony uczestników demonstracji przed tymi, którzy chcieliby ją rozbić: "Ewentualność kontrdemonstracji przy użyciu przemocy lub przyłączenia się skłonnych do agresji ekstremistów nie może prowadzić do pozbawienia tego prawa nawet wtedy, gdy istnieje realne niebezpieczeństwo, że zgromadzenie publiczne spowoduje naruszenie porządku publicznego przez wydarzenia, na które organizatorzy zgromadzenia nie mają wpływu".

To ogromnie ważne stwierdzenie, które rzuca światło na sytuację związaną z projektowaną blokadą Marszu Niepodległości. Bez względu na to, co można myśleć o wiodących organizatorach tego Marszu (a myślę jak najgorzej), projektowana blokada był bezprawna i władze powinny były do niej nie dopuścić, nie wyrażając zgody na kontrdemonstrację w tym samym miejscu. Tak samo jak, przed laty, władze miały obowiązek zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom Parady Równości i nie mogły wykorzystywać faktu planowanej prawicowej kontrdemonstracji dla zakazu tej Parady, tak i 11 listopada prawicowcom z ONR czy wszechpolakom należała się ochrona policyjna przed lewicowymi oponentami.

Trybunał nie pozostawił tu żadnych wątpliwości: "Prawo do kontrdemonstracji nie może sięgać tak daleko, by ograniczało prawo do demonstracji. Obowiązkiem władzy publicznej jest stworzenie skutecznych przesłanek odbycia zgłoszonego zgromadzenia w sytuacji, gdy poprzez zachowania innych uczestników życia publicznego zagrożone byłoby zrealizowanie wolności zgromadzeń".

Po trzecie wreszcie: "Konstytucyjna gwarancja wolności zgromadzeń zawiera zakaz odbierania tej wolności przez władze publiczne z powodu różnic światopoglądowych lub gdy głoszone treści są niezgodne z systemem wartości reprezentowanych przez piastunów władzy publicznej". Znaczy to, że zgoda na manifestację nie oznacza akceptacji jej przesłania, a opinie aktualnych władz co do wyrażanych przez demonstrację treści nie powinny mieć najmniejszego wpływu na realizację prawa do zgromadzenia.

Bez emocji

Orzeczenie TK jest dużo dłuższe i zawiera więcej istotnych treści, ale w refleksjach nad prawem do zgromadzeń po 11 listopada te trzy zasady w zupełności wystarczą. Nie warto majstrować przy ustawodawstwie w kwestiach tak delikatnych, jak podstawowe prawa i wolności obywatelskie, pod wpływem emocji i w napięciu wywołanym gorszącymi incydentami. Warto na poważnie przestudiować orzeczenie Trybunału - nie dlatego, że Trybunał jest nieomylny, ani nawet nie dlatego, że w polskim modelu konstytucyjnym Trybunał ma ostatnie słowo - ale dlatego, że akurat w tym przypadku Trybunał wypowiedział się w sposób krystalicznie czysty i mądry.

Przy okazji zaś - swym orzeczeniem Trybunał splótł polską doktrynę wolności zgromadzeń z najbardziej liberalnym, wolnościowym myśleniem o tej wolności, reprezentowanym zarówno przez Europejski Trybunał Praw Człowieka, jak i amerykański sąd najwyższy. Swego czasu ten ostatni zajął się prawem neonazistowskiej partyjki amerykańskiej do demonstrowania w sercu żydowskiej dzielnicy Chicago, Skokie, zatwierdzając wyrok stanowego sądu najwyższego Illinois. Na argument o możliwości zakłócenia ładu publicznego amerykański sąd odpowiedział, że to na "wrogiej publiczności" ciąży obowiązek zachowania spokoju i jeśli ktoś przewiduje, że zapowiadana demonstracja go wzburzy - powinien po prostu pójść gdzie indziej.

Argument jest jasny: ograniczenie wolności zgromadzeń w oparciu o porządek publiczny dałoby przeciwnikom planowanej manifestacji instrument uniemożliwienia tej manifestacji, a zatem ograniczenia prawa obywatelskiego. Niemal dosłownie powtórzył to w swym orzeczeniu ze stycznia 2006 r. polski Trybunał Konstytucyjny: "Niedostateczna reakcja władzy publicznej tworzyłaby sytuację, w której wolność zgromadzeń byłaby uzależniona od reakcji przeciwników zgromadzenia i stanowiłaby zachętę dla agresywnych działań publicznych. Oznaczałoby to, że w praktyce przesłanką odbycia zgromadzenia byłaby powszechna akceptacja poglądów wyrażanych w ramach realizacji konstytucyjnej wolności zgromadzeń".

Niech więc wszechpolacy i narodoworadykalni młodziankowie manifestują sobie w obronie białej rasy na polskich ulicach i placach bez obawy o własną skórę. Tym różnimy się my, liberałowie, od nich, że bronimy ich wolności do publicznego manifestowania poglądów, które są paskudne i skierowane przeciw nam. To nie jest nasza słabość, jak uważają niektórzy krytycy liberalizmu. To nasza siła.

*Wojciech Sadurski jest profesorem filozofii prawa na Uniwersytecie Sydnejskim, a także profesorem w Akademii Leona Koźmińskiego i w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3
  • 1
  • 3
  • 10
  • 36 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    22 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':