Stałem się jednym z czarnych charakterów tekstu Piotra Pacewicza - jako przedstawiciel nurtu, który usiłuje budować fałszywą symetrię wokół wydarzeń 11 listopada. Nie po drodze mi z "Krytyką Polityczną", ale w ideologicznym sporze między Kolorowa Niepodległą a Marszem Niepodległości uważam, że Kolorowa Niepodległa ma rację. Problem Pacewicza polega jednak na tym, że chce mieć rację bezwzględną.
Pacewicz, dziękując za przyjazd do Warszawy niemieckim antyfaszystom, pozwolił sobie na historyczną analogię z rozbrajaniem Niemców w 1918 roku. I stwierdził, że teraz obchodzili polską niepodległość w areszcie. Skoro jednak sięgnął po argument historyczny, to słuszne byłoby, aby pozostał konsekwentny.
Czy Pacewiczowi podoba się, czy nie, 11 listopada za niepodległość Polski trzeba dziękować również Romanowi Dmowskiemu, liderowi Narodowej Demokracji. Bez niego
Polska nie liczyłaby się w Wersalu, bo dla Zachodu Piłsudski był niebezpiecznym socjalistą i germanofilem. Podobnie jak mój kolega Pacewicz potępiam antysemityzm Dmowskiego. Tylko że niepodległość Polski w 1918 r. wywalczyli filosemici, antysemici, Żydzi, a nawet geje.
O niepodległą Polskę walczyli piłsudczycy, narodowcy, socjaliści, ludowcy, a nawet komuniści - legioniści jak Władysław Broniewski. Naród Polski nie składał się i nie składa z samych aniołów ani ludzi jednej idei.
Siła bezsilnych? To utopia Wbrew temu, co pisze Pacewicz, nie staram się równo dzielić win za to, co się stało 11 listopada w
Warszawie. Zwracam jednak uwagę, że mrożkowski w stylu incydent z niemieckimi antyfaszystami, którzy zaatakowali rekonstruktorów w napoleońskich mundurach, stał się wygodnym politycznym pretekstem dla drugiej strony. Wszak pokalanie polskiego mundury (choćby Legii Nadwiślańskiej w służbie Napoleona) germańską śliną to casus beli.
Prawda nie jest kryterium w propagandzie i polityce. Tak jak jeden z prawicowych publicystów przyznał, że każdy kamień rzucony przez kibola idzie na konto prawicy, tak każdy incydent, kastet czy nawet scyzoryk znaleziony w Nowym Wspaniałym Świecie będzie koronnym dowodem "na zmilitaryzowanie lewicy". I nie pomogą tu kolejne gniewne komunikaty "Krytyki Politycznej".
Na tym tle powstaną w prawicowej publicystyce konstrukty myślowe sięgające niebios. Sens i logika nie odgrywają większej roli, gdy publicysta walczy o ideę wyższą.
Największym problemem jest to, że antyfaszystowska blokada Marszu Niepodległości znalazła się w ideowym zaułku. Miałaby sens jedynie wówczas, gdyby udało się jej absolutnie wyrzec siły. Pacewicz sam pisze, że to nieprawdopodobne, bo uważa, że blokady są słuszne. Ale co jeśli zostają zaatakowane? Idea Gandhiego czy siła bezsilnych ma sens jedynie wobec aparatu państwa. Bo państwo musi dbać o reputację, zaś dla grup kiboli siła jest ideą. Pacewicz zdaje sobie z tego sprawę i mówi, że chroniąca blokadę Antifa staje jedynie w obronie demonstracji. Tylko trudno chronić demonstrację bez użycia siły, a to już początek wojny. Od ochrony w demokratycznym państwie jest
policja - która swoją drogą 11 listopada stała się ofiarą kiboli.
Pacewicz dobrze wie, że każda strona konfliktu ideologicznego jest przewrażliwiona na użycie jakiejkolwiek przemocy ze strony przeciwnej. Nie powinien więc być zdziwiony, gdy prawicowi publicyści urządzą narodowe misterium nad każdym urwanym guzikiem czy złamanym paznokciem. Najgorsze jest to, że te akty agresji stają się moralnym usprawiedliwieniem dla działań drugiej strony.
Kolorowa Niepodległa i hasło "bij lewaka", "bij pedała" stały się też magnesem dla kiboli, którzy żadną większą ideą się nie przejmują. Chichotem dziejów jest, że kibole wywodzącej się od Legionów Piłsudskiego Legii
Warszawa nagle zapałali miłością do Dmowskiego.
Na Rozdrożu kibole zdemolowali trzy wozy mediów tylko dlatego, że nabuzowani energią i poczuciem racji nie mogli znaleźć żadnego lewaka czy "pedała".
Dla kiboli 11 listopada to na razie "megaustawka". Zapewne w przyszłości będzie chciał ich w jakiś sposób użyć sfrustrowany polityk, ale choć nie wygra przy ich pomocy wyborów, dużo wody w mózgu ludziom zrobi.
A może jednak razem Problem Pacewicza polega chyba też na tym, że nie dostrzegł wielkiego sukcesu Kolorowej Niepodległej. Współorganizatorem Marszu Niepodległości była spadkobierczyni faszyzującej ONR. Ale nikt już do ONR szczególnie nie chce się przyznawać. Nawet na prawicy pojawiają się głosy, że skład organizatorów marszu to błąd. A to przecież ONR zainicjował 11 listopada demonstracje pod pomnikiem Dmowskiego. Tym razem żaden z narodowców głównego nurtu nie pozwolił sobie na oficjalne hasła: "Żydzi, cała Polska was się wstydzi", "Biała siła" czy hajlowania przed pomnikiem Dmowskiego. Ba, organizatorzy przerażeni akcją kiboli nie wygłosili nawet przemówień. Oni też nie wiedzą, co z tym wszystkim zrobić.
Pacewicz oburza się na mój pomysł, aby w przyszłym roku odbył się wspólny Marsz Niepodległości od pomnika Witosa, przez okolice pomnika Dmowskiego do pomnika Piłsudskiego.
Ma trochę racji. Traktowałem tę propozycję jak dziennikarską prowokację. Po głębszym zastanowieniu wydaje mi się jednak, że ma to większy sens niż urządzenie w przyszłym roku kolejnej blokady.
W tym roku organizatorzy Marszu Niepodległości mówili wiele o tolerancji, zapraszali "wszystkich", stanowczo odżegnywali się od kiboli. Kolorowy sztandar wyglądałby ciekawie obok biało-czerwonej flagi. A może i powinien powiewać sztandar czerwony, wszak w listopadzie 1918 roku, gdy powstawał rząd Jędrzeja Moraczewskiego, był zatknięty nad Zamkiem Warszawskim.
Pacewicz uważa, że nieprawdopodobne jest, aby obok siebie maszerowali ideowi przeciwnicy, np. naczelny "Rzeczpospolitej" Tomasz Wróblewski i publicysta "Gazety"
Seweryn Blumsztajn. A w studiu telewizyjnym na dyskusji mogą się spotkać?
Gdyby, w co przyznam mało wierzę, Kolorowa Niepodległa włączyłaby się do Marszu Niepodległości, to jego organizatorzy musieliby wówczas przejść test z wiarygodności własnych poglądów. Oni też musieliby zapewnić każdemu uczestnikowi marszu bezpieczeństwo. Po prostu All we need is love - Piotrze.