W związku z zamieszkami w Dniu Niepodległości w Warszawie prezydent, premier, minister sprawiedliwości mówią o zmianach w prawie o zgromadzeniach.
Prof. Ewa Łętowska, b. rzeczniczka praw obywatelskich, skomentowała to tak: w PRL-u zdarzyło się, że z pociągu wyrzucono konduktorkę - ze skutkiem śmiertelnym. Głęboko poruszony premier Piotr Jaroszewicz zarządził, aby natychmiast wprowadzić przepis zakazujący wyrzucania konduktorek z pociągu! Na tłumaczenie, że w kodeksie karnym już jest przepis, według którego taki czyn jest przestępstwem, nie tylko wobec konduktorki, odparł: "Widać jest zły, skoro nie działa".
O ile wprowadzenie przepisu, że nie wolno wyrzucać konduktorek z pociągu, byłoby tylko dziwaczne, to z ograniczaniem wolności zgromadzeń sprawa jest poważna. Jest ona - jak mówi Trybunał Konstytucyjny - warunkiem korzystania z innych konstytucyjnych praw i wolności, jak wolność debaty publicznej, wolność słowa, współudział społeczeństwa w sprawowaniu władzy, wolność sumienia i wyznania. Żadna ingerencja w tę wolność nie powinna być wprowadzana pod wpływem emocji związanych z bieżącymi wydarzeniami.
Wprowadzanie nowego prawa pod wpływem chwili zawsze jest złem - najczęściej niekoniecznym.
Norwegia oparła się temu po masakrze urządzonej przez Andreasa Breivika. A w Polsce konstytucyjną wolność chce się ograniczać po przewidywalnych, nie najlepiej kontrolowanych przez policję rozróbach chuliganerii. Mało tego: premier mówi, że jeśli nie da się tego zrobić w zgodzie z konstytucją, to może trzeba zmienić konstytucję! Więc może od razu Europejską Konwencję Praw Człowieka i unijną Kartę Praw Podstawowych? Bo tam przepis o wolności zgromadzeń jest taki sam jak w polskiej konstytucji.
Prawo pozwala na rozwiązanie zgromadzenia, jeśli łamane jest prawo. Władze Warszawy nie skorzystały z tego, gdy okazało się, że demonstranci z Marszu Niepodległości rzucają petardami i kostkami brukowymi. Wolały zastosować dziwaczny manewr, wedle którego marsz pozostał legalny, a rozwiązano coś, co nie było "zawiązane" - rozróbę "patriotów" na placu Konstytucji. Marsz poszedł rozrabiać pod pomnik Dmowskiego, gdzie policjanci biernie przyglądali się próbie przewrócenia, a następnie podpalenia wozu transmisyjnego TVN-u. Mimo że ustawa o policji obliguje ich do reakcji na łamanie prawa.
Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, zamiast dopilnować stosowania prawa, biegnie do prezydenta Komorowskiego z projektem nowelizacji ustawy o zgromadzeniach przewidującym zakaz używania przez demonstrantów "środków pirotechnicznych". Ciekawe, bo według art. 3 ust. 2 dzisiejszej ustawy o zgromadzeniach "w zgromadzeniach nie mogą uczestniczyć osoby posiadające przy sobie broń, materiały wybuchowe lub inne niebezpieczne narzędzia". Czyżby "środki pirotechniczne" nie wybuchały? Albo syndrom konduktorki, albo nieznajomość ustawy.
Kolejna propozycja: zakaz organizowania manifestacji i kontrmanifestacji "w tym samym miejscu" (nie wiadomo, co to miałoby oznaczać: ta sama ulica? dzielnica? miasto?). Znowu syndrom konduktorki: ustawa o zgromadzeniach pozwala zakazać zgromadzenia, jeśli jego odbycie "może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach". Nie sądzę, by miasto przegrało w sądzie, gdyby nie zgodziło się na kontrmanifestację rzeczywiście "w tym samym miejscu" (Kolorową Niepodległą od miejsca zbiórki marszu dzieliło co najmniej sto metrów). I gdyby mogło wykazać, że po demonstrantach lub kontrdemonstrantach z dużym prawdopodobieństwem można się spodziewać agresji.
"Prawo do kontrdemonstracji nie może sięgać tak daleko, by ograniczało prawo do demonstracji. Obowiązkiem władzy publicznej jest stworzenie skutecznych przesłanek odbycia zgłoszonego zgromadzenia. ( ) Władza publiczna ma obowiązek ochrony każdego, kto w sposób legalny korzysta ze swego prawa". Tak orzekł Trybunał Konstytucyjny w 2006 roku. A w tle tego wyroku były zakazy Marszów Równości w wielu miastach Polski pod pretekstem, że mogą one wywołać agresywne kontrdemonstracje przeciwników "pedałowania".
Władze Warszawy nie wykorzystują prawa, a potem twierdzą, że jest zbyt liberalne, i żądają jego zaostrzenia. Najwyraźniej cena zniszczeń: 70 tys. złotych (to straty miasta), dla władzy warta jest stworzenia takiego pretekstu.
A co proponują prezydent i premier? Obaj zakaz zasłaniania twarzy przez demonstrantów. Ma to "ułatwić pracę policji". Chodzi o to, by mogła na podstawie nagrań
wideo zidentyfikować sprawców łamania prawa. Tylko dlaczego nie może ich - jak drzewiej bywało - po prostu zatrzymywać na gorącym uczynku? Przecież nie chodzi o włamanie do sklepu nocą, tylko o zabezpieczaną przez policję demonstrację.
Trybunał Konstytucyjny wypowiedział się już w sprawie zakazania uczestnictwa w zgromadzeniu "osobom, których wygląd zewnętrzny uniemożliwia ich identyfikację". Było to w 2004 roku, na wniosek prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Przepisy były autorstwa rządu SLD.
Trybunał stwierdził, że taki zakaz jest sprzeczny z konstytucją, bo odbiera wolność zgromadzeń także osobom, co do których nie ma żadnych przypuszczeń, że mogą naruszyć pokojowy charakter zgromadzenia.
A demonstranci zasłaniają twarze nie zawsze w przestępczych zamiarach. To bywa element korzystania z wolności ekspresji. Obrońcy zwierząt przebierają się za karpie, konie transportowane na rzeź czy kury w straszliwy sposób męczone w wielotysięcznych hodowlach. Inni demonstranci zakładają maski nielubianych polityków.
Na Wall Street zaklejają sobie twarze kserokopiami banknotów, protestując przeciwko wszechwładzy banków. Jeśli zgromadzenia zarezerwujemy tylko dla ludzi eksponujących twarze - a może jeszcze z identyfikatorami - to nie będzie już wolność, tylko limitowane uprawnienie. Władza będzie cenzurować sposób, w jaki wyrażamy nasze poglądy.
Trybunał przypomniał zresztą, że policja ma "wystarczające możliwości ingerencji w przebieg zgromadzeń w przypadku zagrożenia dla ich pokojowego charakteru". Może wylegitymować każdego. I zatrzymywać osoby, które oceni jako zagrażające porządkowi i bezpieczeństwu.
Prezydent chce też zwiększenia odpowiedzialności organizatora demonstracji za wyrządzone przez jej uczestników szkody. I co do tego Trybunał wypowiedział się w 2006 r. Stwierdził, że organizator już odpowiada: na zasadzie winy przewidzianej w kodeksie cywilnym. Trzeba mu udowodnić, że dopuścił do szkód przez zaniedbanie. Np. nie dopilnował, by uczestnicy byli nieuzbrojeni, trzeźwi, nie wyeliminował osób agresywnych za pomocą własnych służb porządkowych. Trybunał stwierdził, że pociąganie do odpowiedzialności bez udowodnienia zaniedbania (na zasadzie ryzyka) jest ograniczeniem nieproporcjonalnie dużym do wagi wolności zgromadzeń.
Jeśli komuś wydaje się, że to przesada, to niech sobie przypomni choćby czasy PRL-u: posyłanie esbeckich prowokatorów, by wmieszani w demonstrujący tłum rzucali w ZOMO kamieniami, wybijali szyby, podpalali
samochody czy wszczynali bójki. Potem
telewizja pokazywała, jaką to mamy opozycję. Dziś mogą to być prowokatorzy kierujący się bezinteresowną niechęcią do demonstrujących. I wykończą ich odszkodowaniami.
Trybunał podkreślił, że jest niewykonalne, by zapobiec takim zdarzeniom podczas zgromadzenia publicznego, w którym z definicji uczestniczą osoby anonimowe i każdy może się do niego przyłączyć. Nawet policja nie jest w stanie tego dokonać. Wprowadzenie automatycznego pokrywania strat oznaczałoby, że mało kto chciałby wziąć na siebie ryzyko. Albo mielibyśmy zgromadzenia nielegalne, bez oficjalnego organizatora i zgłoszenia do gminy czy miasta. Jak za PRL-u Czy na pewno o to chodzi?
Po zapowiedzi prezydenta pojawiły się kolejne pomysły ograniczeń. Były poseł SLD i antyterrorysta Jerzy Dziewulski zaproponował, by zakazywać demonstracji tym, na których manifestacjach doszło wcześniej do łamania prawa. To by mu podziękowała np. "Solidarność", na której demonstracjach nie tak dawno szły w ruch styliska, mutry czy petardy! Zresztą pomysł nie jest nowy. Prezydent Poznania Ryszard Grobelny przez kilka lat zakazywał organizowania zgromadzeń Komitetowi "Wolny Kaukaz", bo kiedyś podczas jednego z nich demonstranci oblali konsulat rosyjski czerwoną farbą. Nie było więc w
Poznaniu protestów przeciwko wojnie w Czeczenii m.in. podczas wizyty Władimira Putina. Sąd Administracyjny po skardze Wolnego Kaukazu stwierdził, że taki prewencyjny zakaz narusza istotę wolności zgromadzeń.
Władze są niestrudzone w ograniczaniu wolności zgromadzeń, które się jej nie podobają. Np. fala zakazów parad i Marszów Równości - w tym Parady Równości w 2005 r. - pod pretekstem groźby naruszenia moralności publicznej. „Przekonania moralne piastunów władzy publicznej nie są tożsame z »moralnością publiczną «, która jest konstytucyjną przesłanką ograniczenia wolności zgromadzeń” - orzekł Trybunał Konstytucyjny w 2007 r.
Z kolei pod pretekstem ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego, praw i wolności innych osób (kolejne konstytucyjne powody, dla których można ograniczyć wolność zgromadzeń) w 2000 roku prezydent Warszawy Paweł Piskorski (wówczas UW) zgłosił z Sejmie projekt, by na zorganizowanie zgromadzenia trzeba było zgody władz publicznych, a nie tylko zgłoszenia. Piskorski, jak dziś Hanna Gronkiewicz-Waltz, wykorzystał okazję: wielotysięczne demonstracje OPZZ-etu i Samoobrony, które utrudniały życie warszawiakom. Projekt nie przeszedł. Więc władze zaczęły korzystać - wybiórczo, zależnie od stosunku do organizatora demonstracji - z ustawy o ruchu drogowym. Wymagała ona w przypadku "zajęcia drogi publicznej" żmudnego procesu uzgodnień i kosztownych zabezpieczeń. To dzięki tym przepisom Lech Kaczyński zakazał Parady Równości. Ich użycie w stosunku do zgromadzeń publicznych Trybunał Konstytucyjny uznał w 2006 r. za sprzeczne z konstytucją.
I tak od lat trwa przepychanka. Władza - każda, od lewicy do prawicy - próbuje ograniczać wolność zgromadzeń i wykorzystuje po temu rozmaite preteksty, wykazując objawy syndromu konduktorki. Chcą mieć łatwo i nie trafia do nich, że demokracja łatwa nie jest. Oby nie udało się im jej ułatwić!