http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Korzystajmy z wolności

Rozmawiała Ewa Siedlecka Gazeta Wyborcza
2011-09-16, ostatnia aktualizacja 2011-09-15 16:43

11.09.2010, Poznań, pl. Wolności. II Poznańskie Dni Organizacji Pozarządowych. Hasło Dni:
11.09.2010, Poznań, pl. Wolności. II Poznańskie Dni Organizacji Pozarządowych. Hasło Dni: "Dotykamy wszystkich aspektów życia - przyłóż do tego swoją dłoń"
Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta

Organizacje pozarządowe muszą przekonać ludzi, że są niezależne i skuteczne. Trzeba też przypomnieć ludziom to, o czym już zapomnieli: że najważniejsza jest wolność. A wolność wyraża się w tym, że mogę działać tam, gdzie chcę, i tak, jak chcę - mówi Piotr Frączak*, prezes Zarządu Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych

ZOBACZ TAKŻE


Ewa Siedlecka:. Jaka jest po ponad 20 latach wolności zrzeszania się kondycja NGO-sów? Te, które widać, są bardzo profesjonalne. I zbiurokratyzowane. Realizują za publiczne pieniądze zadania państwa - w opiece społecznej, kulturze, oświacie, sporcie. Czy tak miało być? Co z tym oddolnym, obywatelskim ruchem, który miał być sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem?

Piotr Frączak, prezes Zarządu Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych: W mediach widać głównie organizacje duże, profesjonalne, dysponujące rocznym budżetem np. stu tysięcy złotych. Ale jest ich około 5 proc., choć trafia do nich 90 proc. środków, którymi dysponują wszystkie organizacje. Większość - to organizacje małe: połowa ma budżet nieprzekraczający 20 tys. rocznie, jedna czwarta działa praktycznie bez pieniędzy. 56 proc. organizacji nikogo nie zatrudnia - działają społecznie.

Co można zrobić bez pieniędzy?

- Prawdziwym kapitałem organizacji są ludzie. Pieniądze są tylko dodatkiem do tego, co chcą robić. Są zresztą działania, które nie wymagają pieniędzy. Np. pomoc sąsiedzka, Banki Czasu [wzajemna wymiana nieodpłatnych usług] tu wystarczy tylko umożliwić ludziom kontakt. Głównym polem działań małych organizacji jest zaspokajanie własnych potrzeb, realizacja pasji, zainteresowań. Organizują się filateliści, amatorskie orkiestry, lokalna społeczność wokół budowy np. domu kultury czy wodociągu. Forma prawna nie jest tu najważniejsza. Organizacje pozarządowe to po prostu grupy obywateli, którzy przyjmują jakąś formę prawną, bo w ten sposób łatwiej coś załatwić. Wróciłem właśnie z Otrytu - tam działa stowarzyszenie Klub Otrycki, ale tak naprawdę jest to po prostu ruch społeczny miłośników Bieszczad i Chaty Socjologa, którą sobie odbudowali i wokół której powstaje spontanicznie mnóstwo działań artystycznych, kulturalnych i innych. Myślę, że my - organizacje - za dużo mówimy o tym, że trzeba się profesjonalizować, że trzeba występować o granty, o dofinansowanie. Organizacje pozarządowe są od realizowania wolności, a nie zadań.

Czy te organizacje, które żyją przede wszystkim ze środków publicznych - jest ich 43 proc. - to w ogóle jeszcze są organizacje "pozarządowe"? Czy może są de facto częścią administracji, sektorem usług publicznych?

- Nie wszystkie wielkie organizacje idą na pasku pieniędzy publicznych. Np. Fundacja Helsińska, Fundacja im. Batorego czy PAH nie są od nich uzależnione. I same decydują, czym się zajmują. Ale rzeczywiście, sektor usług to znacząca część trzeciego sektora. A część organizacji staje się przedłużeniem administracji. Tylko trzeba pamiętać o idei, która legła u początku tej sytuacji: że państwo ma pewne zadania i przekazuje je NGO-som, by te zadania były wykonane racjonalnie, z wyczuciem społecznych potrzeb, a nie bezdusznie, po administracyjnemu.

Ale była i taka idea, że organizacje powstają z oddolnej potrzeby i same sobie wyznaczają zadania.

- Robią to przez wpływ - na poziomie rządu - na planowanie strategiczne w poszczególnych resortach. Wiele tematów pojawiło się właśnie dlatego, że w planowaniu uczestniczą przedstawiciele III sektora. Na poziomie gmin jest natomiast obowiązek współpracy samorządu lokalnego z organizacjami w ustalaniu rocznego planu działań i jego realizacji, choć z tym bywa różnie.

Problemem jest to, że w ramach "współpracy" gminy ograniczają się do zlecania rozmaitych zadań organizacjom, nie pamiętając, że powinny też wspierać organizacje w wykonywaniu ich własnych pomysłów. Tego wymaga konstytucyjna zasada pomocniczości. Organizacje i inicjatywy społeczne to bogactwo gminy. Powinna się szczycić tym, jak dużo ma, że stwarza im bazę do działania - np. lokal, komputer, telefon. Że pomaga realizować ich pomysły. Tymczasem gminy starannie unikają finansowania samej organizacji. Dochodzi do tego, że nie chcą sfinansować zakupu kredek na zajęcia plastyczne, bo jak dzieci ich do końca nie zużyją, to organizacja się na nich wzbogaci.

Mówi się o upolitycznieniu pieniędzy rozdawanych przez władzę. Za czasów rządów PiS szef MEN Giertych zakazał dawania jakichkolwiek dotacji organizacjom mniejszości seksualnych. Z unijnych - dzielonych przez rząd i samorządy - dostawały tylko na profilaktykę HIV/AIDS, żeby w świadomości społecznej zrobić zbitkę: homoseksualizm równa się AIDS.

- Zawsze jest ryzyko, że władza będzie wybierać tych, którzy ją popierają. Trzeba wypracować dobry system kontroli. Myślę, że często problemem jest przede wszystkim złe przeszkolenie osób oceniających wnioski: nie rozumieją celów konkursu, są zbyt przywiązane do kwestii technicznych. Myśmy jako NGO-sy walczyli o to, by jak najwięcej pieniędzy rozdawać w drodze konkursów, bo to się wydawało najbezpieczniejsze. Ale okazuje się, że nierzadko jest to konkurs piękności, a nie mądrości: wygrywają te organizacje, które lepiej umieją pisać wnioski, a nie te, które mają lepszy pomysł, lepiej działają. Więc trzeba ten system rozdawania grantów udoskonalać.

Niezależnymi pieniędzmi dla NGO-sów miały być pieniądze z jednego procentu podatku, który zamiast państwu możemy przekazywać na wybraną organizację pozarządową. Czy zgadza się pan z opinią, że ta możliwość zabiła w Polsce filantropię?

- To nie kwestia opinii - to fakt, widać drastyczny spadek darowizn. Jeden procent po prostu je zastąpił, bo lżej jest oddać pieniądze, które i tak trzeba by oddać, niż wysupłać coś dodatkowo z kieszeni. Ale nie winiłbym samej instytucji jednego procentu. Organizacje słabo starają się namawiać do dobroczynności. Znacznie łatwiej złożyć wniosek o dotację z pieniędzy publicznych, niż namówić jakiegoś sponsora czy zachęcać ludzi na ulicy do stałego wpłacania na konto organizacji małych sum, co jest popularne na Zachodzie. Ale organizacje muszą zrozumieć, że im więcej ludzi będzie za nimi stało - np. wpłacając drobne datki - tym silniejsza będzie ich pozycja, choćby wobec władzy.

Ludzie wolą wpłacać jeden procent nie na organizacje, ale na konkretne chore dziecko, na szkołę dla własnego dziecka. Robią to dzięki organizacjom, które prowadzą tzw. subkonta.

- To jest problem sektora. Jeden procent miał być przeznaczany nie na wspieranie osób, ale działań prowadzonych przez organizacje. Np. nie na leczenie konkretnej osoby, ale na zakup aparatury, która pomoże wielu chorym. To wynika jasno z ustawy i rozporządzenie ministra finansów wydane pod naciskiem środowisk zainteresowanych w zbieraniu na subkonta jest według mnie sprzeczne z ustawą. Ale nie ma woli politycznej, by je zmienić.

Nie ma odwagi, bo znowu pod Sejm przyjadą rodzice z chorymi dziećmi.

- Nie dziwię się tym rodzicom. Rzeczywiście jest problem znajdowania środków na leczenie, ale trzeba pomyśleć o innym źródle, np. korzystniejszej niż dziś podatkowo formie darowizny - choćby odliczania od podstawy podatku całej darowizny, jak to jest z datkami na organizacje kościelne.

A może, skoro jeden procent okazał się toksyczny, to lepiej go znieść?

- Jeśli aspiryna nie pomaga na złamaną nogę, to nie znaczy, że należy przestać ją produkować. Zresztą zlikwidowanie teraz jednego procentu nie odbuduje filantropii. Po pierwsze - trzeba budować zaufanie ludzi do organizacji i budować poczucie więzi z innymi wykraczających poza najbliższą rodzinę. Ludzie muszą zrozumieć, że swoimi pieniędzmi mogą coś zmienić. Dwadzieścia lat temu spontanicznie zrzucali się na rozmaite cele - dziś już nie mają tego odruchu. Dziś ludzie nie myślą w kategoriach dobra wspólnego. Po drugie - nie mają poczucia sprawczości: że jeśli się w coś zaangażują, to naprawdę mogą zmienić rzeczywistość. Uważają, że wszystko toczy się własnym torem. Po trzecie - nie ufają, że zmiany mogą dokonać organizacje. Są przekonani, że jak dadzą na organizację, to ona te pieniądze przeje - zużyje na siebie. Uważają, że to wyrzucone pieniądze - tak jak podatki, które płacą państwu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':