Połowa Polaków nie bierze udziału w wyborach. Owszem, w ostatnich latach udało się powstrzymać tendencję spadkową. Niemniej frekwencja w naszym kraju jest niższa niż w wielu państwach europejskich. W ostatnich wyborach parlamentarnych w Polsce wyniosła 53,88 proc. (w 2005 - 40,57 proc.!); dla porównania w Niemczech było to 71 proc., a na Łotwie - 65 proc.
Wydawało się, że nasza klasa polityczna zauważyła istnienie problemu. I że należy coś z nim zrobić. Do prawa wyborczego wprowadzono udogodnienia: możliwość głosowania przez pełnomocnika, głosowanie korespondencyjne przez osoby przebywające za granicą i niepełnosprawne, głosowanie dwudniowe. Za nowym kodeksem wyborczym w grudniu ubiegłego roku zgodnie głosowały w Sejmie wszystkie partie. Nikt nie był przeciw, nikt się nie wstrzymał. Wcześniej do udziału w wyborach prezydenckich zachęcali obaj najpoważniejsi kandydaci. Media informowały szeroko o procedurach wyborczych. Jednak to porozumienie okazało się złudzeniem. Zmiany w kodeksie zaskarżono do Trybunału Konstytucyjnego, który zakwestionował dwudniowe wybory. Gwałtownie spadła też liczba broniących działań profrekwencyjnych, za to pojawili się ich zawzięci krytycy. Frekwencję uczyniono kwestią polityczną.
Politycy oraz publicyści łatwo sprowadzili problem do jednego wymiaru: komu służy frekwencja? Kto zyska, a kto może stracić na niskim udziale obywateli w wyborach? Czy zyska na tym PO, a straci PiS? (Często w ten sposób pisze także "Gazeta Wyborcza"). W tym kontekście działania profrekwencyjne stały się szczególnie podejrzane. Zresztą już wcześniej niektórzy byli wobec nich - eufemistycznie rzecz ujmując - bardzo nieufni. Tymczasem nie ma oczywistego powiązania między frekwencją a wynikiem wyborów. Trudno także z przekonaniem twierdzić, że kampanie profrekwencyjne dały którejkolwiek partii zdecydowaną przewagę. Warto przywołać dane Polskiego Generalnego Studium Wyborczego dotyczące kampanii wyborczej w 2007 roku. Na pytanie: "Czy zostałeś zmobilizowany do zagłosowania przez kampanie profrekwencyjne?" pozytywnie odpowiedziało się 18,4 proc. wyborców PiS-u, 22,3 proc. PO, 17,7 proc. LiD-u i 14,4 proc. PSL-u.
To oczywiste, że sam udział w wyborach nie rozwiązuje wszystkich problemów związanych z aktywnością publiczną Polaków. Nawet świetne kampanie profrekwencyjne ani kolejne udogodnienia w oddawaniu głosów nie sprawią, że zmieni się ich stosunek do polityki. Nie można też lekceważyć rozczarowania stanem polskiej polityki, głosów o jej kartelizacji, o zamknięciu systemu politycznego ani też o medializacji samej polityki i dominacji PR-u. W tej sytuacji można przyjmować rozmaite strategie. Jednak czy najlepszą z nich - jak nie tak dawno można było przeczytać - jest namawianie wyborców, by nie głosowali, "jeżeli nie znajdują partii, która wiarygodnie wyraża ich przekonania i interesy", zaś mówienie o udziale w wyborach jako obywatelskim obowiązku to przejaw rezygnacji i machnięcia "na wszystko ręką" (Paweł Śpiewak, Ryszard Bugaj "Polityczny kartel", "Rzeczpospolita", 10.07.2011).
Można całkiem pragmatycznie zapytać, czy politycy w ogóle zauważą obywatelski bojkot, nie mówiąc już o tym, by ten akt uznali za ważny dla nich problem. Czy nie jest to dawanie alibi Polakom, którzy w sensie politycznym - bo nie fizycznym przecież - opuścili swój kraj? Może zamiast wzywać do zaniechania głosowania, lepiej po wyborach pomyśleć o dalszych zmianach w ordynacji wyborczej, jak prawybory w partiach finansowanych ze środków publicznych czy możliwość wskazania przez wyborców dwóch komitetów z zaznaczeniem swoich preferencji i partii drugiego wyboru, co dawałby większe możliwości tym, którzy boją się, że ich głos zostanie zmarnowany. Okazuje się, że chętnych zajęciem się działalnością polityczną nie brakuje. Państwowa Komisja
Wyborcza w obecnych wyborach zarejestrowała 101 komitetów do Senatu i - co ważniejsze - 18 do Sejmu. To chyba całkiem dużo jak na "kartelowy" model polskiej polityki.
Dlaczego zatem konieczna jest kampania profrekencyjna? Udział w wyborach to podstawowa forma politycznej aktywności obywateli. Mają one zapewnić reprezentatywność interesów poszczególnych grup, to, by ich problemy były nie tylko dostrzegane, ale też rozwiązywane. Aby w ustalaniu priorytetów państwa brano pod uwagę ich potrzeby (mówiąc inaczej: konieczne jest, by znalazły się środki zarówno na budowę boisk sportowych, jak i przedszkoli). Bez spełnienia tych warunków nie uda się zapewnić równości będącej jedną z podstawowych demokratycznych wartości. Ważny jest też inny problem: legitymizacja samego systemu. Niska frekwencja sprawia, że rządzący, ale też opozycja, reprezentują tak naprawdę niewielką grupkę obywateli. Warto o tym pamiętać, czytając rozliczne wyniki sondaży epatujące wysokim poparciem dla obu głównych partii. Pokazują one preferencje jedynie tych, którzy deklarują udział w wyborach.
Niski udział w wyborach stawia pod znakiem zapytania polityczny mandat zarówno rządzących, jak i opozycji. Jeden przykład: jak przypomina Radosław Markowski, PiS, wygrywając wybory w 2005 roku, zdobył poparcie zaledwie 10,54 proc. uprawnionych do głosowania Polaków. A powołania później koalicja rządowa - przeprowadzająca radykalne zmiany - raptem 19 proc. W trochę lepszej sytuacji jest obecny rząd PO-PSL. Nie oznacza to, że obie koalicje nie miały prawa do sprawowania rządów. Tylko warto pamiętać o tej ogromnej grupie Polaków, których głosu nie słychać. Część z nich zapewne pozostanie zawsze apolityczna, inni jednak - jak pokazują niedawne wydarzenia w różnych częściach Europy - mogą zacząć szukać innych - poza kartką wyborczą - sposobów zmiany polityki. Dlatego też - trochę na marginesie - tak szkodliwe są wszelkie akcje demobilizacyjne, jak osławiona "Zabierz babci dowód" z 2007 roku. Nawet jeżeli był to jedynie żart, to wzmacniał poczucie wykluczenia, a przez niektórych mógł zostać odebrany za poniżający. W interesie ogółu jest, by wszyscy, niezależnie od tego, czy podzielamy, czy też nie, ich poglądy, mieli możliwość ich artykulacji.
Dzisiaj to organizacje pozarządowe, organizując kampanie profrekwencyjne, zastępują innych w wykonywaniu obowiązków. W krajach takich jak
Wielka Brytania,
Szwecja czy
Nowa Zelandia instytucje państwowe prowadzą kampanie informacyjne i edukacyjne adresowane do różnych grup wyborców. Tymczasem u nas można usłyszeć, że każda forma działania, nawet informowanie o procedurach wyborczych, to sprawa polityczna. Może paradoksalnie mają oni rację. Frekwencja jest sprawą polityczną, ale nie w partyjnym rozumieniu. To sprawa polityczna, bo od niej zależy, czy Polacy będą mieli poczucie, że są we własnym państwie.
*Joanna Załuska kieruje programem "Masz głos, masz wybór" Fundacji im. Stefana
Batorego
**Piotr Kosiewski odpowiada za program "Debaty" Fundacji im. Stefana Batorego; stały współpracownik "Tygodnika Powszechnego"