http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gonimy bogatszą Europę, że hej!

Waldemar Kuczyński, publicysta, ekonomista
2011-08-31, ostatnia aktualizacja 2011-09-01 19:22

Pieniądze
Pieniądze

Przybijmy Polsce, czyli sobie, piątkę za to, co zrobiliśmy. Zasługujemy na to

Kampanie wyborcze u nas - a może wszędzie - odbywają się tak: rządzący przekonują, że opozycja, kiedy rządziła, nic nie zrobiła, za to wiele popsuła, a my naprawiliśmy to i zrobiliśmy jeszcze dużo dobrego. Opozycja zaś głosi, że usunęła wiele zła wyrządzonego przez jej poprzedników i dokonała znacznego postępu, który niestety zmarnowali następcy. Z tego słownego ping-ponga do opinii publicznej idzie przekaz, że w kraju było i jest źle, a co jedni poprawią, to inni zepsują.

Ten przekaz dobrze się skleja ze znanym u nas narzekaniem. Z odruchem, by widząc szklankę w połowie napełnioną, biadać, że jest w połowie pusta, miast być zadowolonym, że jest ciągle w połowie pełna. Niewykluczone, że styl kampanii jest taki, jak opisałem, dlatego że istnieje ta właśnie skłonność do narzekania, do której politycy się odwołują.

Skutkiem tego jest zafałszowanie u znacznej części opinii publicznej prawdziwego obrazu naszej 22-letniej transformacji i jej rezultatów. Bardzo wielu ludzi uważa, że ten czas zmarnowano, że Polska nie dokonała postępu, którym można by się chwalić, lecz raczej doznała klęsk i straciła lata. Te przekonania, których skrajnymi przejawami są oskarżenia, że kraj wyprzedano czy rozkradziono, mają siłę stereotypu i tego, kto mu ulegnie, nic nie przekona, że jest inaczej. Ale przekonywać trzeba i nie jest prawdą, że debata publiczna powinna skupiać się na tym, co złe w kraju. Powinna zwracać uwagę także na to, co w samej debacie i świadomości społecznej jest zafałszowane czy nieobecne.

Jedną z nadziei, jaką przyniósł rok 1989, była nadzieja na "powrót do Europy", w której zawarte było także marzenie, by Polska doścignęła europejski zachód pod względem poziomu gospodarczego. I to się nam bardzo udaje, choć jestem pewien, że wiedza, jak bardzo, jest w powszechnych odczuciach mizerna. Aby ją trochę polepszyć, podzielę się tym, co wyczytałem z Roczników Statystycznych GUS: 2000 i 2010, gdy chodzi o to, czy i jak szybko zbliżamy się do krajów bogatej Europy pod względem gospodarczym.

Posłużę się wskaźnikiem produktu krajowego brutto (PKB) na głowę mieszkańca wyrażonym wedle tzw. parytetu siły nabywczej. To miernik powszechnie używany do porównania poziomu gospodarek poszczególnych krajów. Jest znacznie bardziej dokładny niż wskaźnik PKB na głowę mieszkańca przeliczany po kursie walutowym, choć oczywiście nie ma dokładności aptekarskiej wagi. Jak większość wskaźników ekonomicznych. Zbadamy stosunek tego wskaźnika z jedenastu krajów europejskich do wskaźnika Polski w latach 1990 i 2009 (późniejszych liczb na razie nie ma). Rodzaj dwu fotografii tego samego w dużym odstępie czasu. Oto wyniki:





Kraj19902009
Niemcy3,601,90
Francja3,901,80
Wlk Brytania3,501,90
Włochy3,601,70
Hiszpania2,601,70
Irlandia2,502,10
Portugalia2,101,30
Grecja2,001,60
Rep. Czeska2,401,30
Słowacja1,401,18
Węgry1,901,04


Czytamy to tak: w roku 1990 na 100 dolarów polskiego PKB na głowę przypadało 360 dolarów w Niemczech, czyli o 260 dolarów więcej, w roku 2009 już tylko 190 dolarów, czyli o 90 dolarów więcej. Używając terminologii wioślarskiej, można powiedzieć, że na starcie transformacji byliśmy prawie dwie i pół długości za Niemcami, po 20 latach jesteśmy niecałą jedną długość za nimi. I podobnie interpretujemy dane dla pozostałych krajów, mając obraz zmniejszenia dystansu dzielącego Polskę od nich, jaki nastąpił do roku 2009.

Tabela składa się z trzech grup krajów. Czołowej czwórki krajów Unii Europejskiej, dalej czterech krajów, powiedzmy, drugiego szeregu i trzech nowych krajów Unii z naszego regionu. Wynika z niej najpierw - i to jest najważniejsze - że doganialiśmy wszystkie jedenaście wymienionych krajów (a także pozostałe kraje zachodu Europy, nieuwidocznione w tabeli). Polska, i to potwierdził raport Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju z roku 2009, miała największy w Europie skumulowany wzrost PKB od roku 1990.

Po drugie, do ścisłej czołówki europejskiej zbliżaliśmy się najszybciej i tu skala zbliżenia jest moim zdaniem rewelacyjna. Najwolniej zbliżaliśmy się do zawsze bogatszych od nas krajów z naszego regionu, ale Węgry chyba prześcignęliśmy, o czym jeszcze wspomnę. Ta różnica pokazuje przy okazji, że w Unii Europejskiej działają mechanizmy wyrównujące poziomy rozwoju krajów członkowskich. Biedniejsze rozwijają się szybciej, bogatsze wolniej. To sprawa kluczowa dla istnienia Unii, gdyby bowiem takich mechanizmów wyrównawczych nie było, to siły rozsadzające ją mogłyby wziąć górę nad siłami ją spajającymi. Biedniejszym Unia by się nie opłacała, a i bogatszym także, bo wzrost zamożności biedniejszych to większy rynek dla bogatszych.

Dostępne dane kończą się na roku 2009, czyli uwzględniają ewentualnie część pozytywnego efektu tzw. zielonej wyspy, to znaczy sytuacji, gdy wszystkie czy większość krajów Europy doznała, wskutek kryzysu, spadku bądź stagnacji PKB, podczas kiedy u nas on nadal rósł. Obliczenia dla roku 2011 będą zapewne jeszcze lepsze dla Polski i pokażą wspomniane prześcignięcie Węgier pod względem tego kluczowego wskaźnika.

Sądzę też, ale nie na podstawie obliczeń, lecz intuicji, w końcu zajmuję się gospodarką od kilkudziesięciu lat, że doścignięcie Niemiec pod względem PKB na głowę wedle parytetu siły nabywczej jest możliwe w perspektywie, powiedzmy, 15 lat, czyli tuż-tuż. Rzecz w końcu lat 80. niemieszcząca się nawet w fantazji. Przypomnę, że w roku 1985 nieżyjący już profesor Józef Pajestka ekonomista związany z ówczesnymi władzami pisał: "Nie pamiętam, żeby nasz kraj kiedykolwiek znajdował się w sytuacji, z której wynikałyby tak kiepskie prognozy". Tamte słowa i ta tabela powyżej pokazują wielkość, powiem mocniej, wspaniałość czynu dokonanego przez nasze społeczeństwo, także przez polityków, w niespełna ćwierć wieku.

Nie mam wątpliwości, że reakcją na ten tekst będzie dużo skrzywionych twarzy i zarzutów o propagandę sukcesu, choć tekst nie dotyczy dzisiejszej walki wyborczej, a także o to, że nie widzę w kraju bezrobocia, biedy i różnych innych plag. Oczywiście, widzę je i wiem doskonale, że wskaźnik, którym się posłużyłem, nie mówi wszystkiego o stanie gospodarki kraju i zamożności ludzi. Ale mówi bardzo wiele o tym, od czego zależy ekonomiczna zdolność przezwyciężania tych plag. Dlatego jest tak ważny.

Możemy za 15 lat, a może i szybciej, mieć PKB na głowę jak Niemcy, ale nie ich zamożność, bo każdy wie, że gdy dwóch zarabia równie dużo, lecz jeden od wielu lat, a drugi od niedawna, to nie są tak samo zamożni. Ale aby mogli się nimi stać, ten biedniejszy powinien doścignąć tego zamożniejszego pod względem potencjału tworzenia bogactwa. O nim informuje produkt krajowy brutto na głowę mieszkańca wyrażony siłą nabywczą. I to mamy w zasięgu naszych dzisiejszych pracujących rąk, pod warunkiem że dobrze pracę zorganizują od góry do dołu ci, do których to należy, a wszyscy, którym ta organizacja ma służyć, nie będą jej wywracać. I oczywiście jeśli będzie nam sprzyjać polityczny klimat Europy oraz dobre duchy.

Ale przybijmy piątkę Polsce, czyli sobie, za to, co już zrobiliśmy. Zasługujemy na to!

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10
  • 12
  • 16
  • 5
  • 64 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    60 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':