Nie ma drugiego kraju, który mógłby równać się z Polską we wspieraniu ukraińskiej suwerenności, w zabiegach na rzecz umacniania pozycji Ukrainy w Europie oraz uznania jej europejskich aspiracji przez kraje starej Europy. Czynimy tak niezmiennie od 1991 r., niezależnie od tego, kto rządzi nad Dnieprem. Czynią tak wszystkie polskie rządy i wszyscy polscy prezydenci od Lecha Wałęsy po Bronisława Komorowskiego.
Ten polski wysiłek, który ma przecież swoją cenę (np. okresowe pogarszanie relacji polsko-rosyjskich), daje Polsce prawo do formułowania opinii o ukraińskich przemianach z punktu widzenia wiarygodności europejskiego kursu Kijowa. Daje prawo do wyrażania troski, gdy sprawy nie idą dobrze, gdy władzom w Kijowie zdarza się prowadzić politykę, która Ukrainy do Europy nie przybliża. Między przyjaciółmi szczerość jest nie tylko przywilejem, ale i obowiązkiem.
Polscy przyjaciele Ukrainy podkreślają wszędzie w Europie dorobek naszego wschodniego sąsiada w sferze budowania nowoczesnej państwowości opartej na rządach prawa, zasadach demokracji i poszanowaniu podstawowych praw człowieka.
Wiemy, że pod tym względem sytuacja na Ukrainie wygląda lepiej niż w jakimkolwiek innym kraju Wspólnoty Niepodległych Państw, gdzie od dobrych kilku lat widzimy przecież oznaki regresu, wycofywania się z kruchej demokracji czy jej dekoracji na rzecz reżimów autorytarnych, w których demokratyczne procedury stają się jedynie fasadą.
Drastycznie ograniczana jest wolność mediów, opozycji politycznej odbiera się prawo do swobodnego działania, a niekiedy wręcz prawo do istnienia. Przedstawiciele opozycji, niezależni dziennikarze, obrońcy praw człowieka są pozbawiani wolności lub zwyczajnie fizycznie likwidowani.
Dziedzictwo ZSRR okazuje się trudne do przezwyciężenia. Procesy demokratyczne w tym stadium ich rozwoju, w jakim znajdują się na obszarze WNP, są do odwrócenia. Skutecznie realizowane europejskie aspiracje są szansą na powstrzymanie tego rodzaju tendencji na Ukrainie.
My w Polsce wykazujemy większe zrozumienie dla trudności, jakie na drodze budowania demokracji pojawiają się na Ukrainie. Jesteśmy nie tylko jej życzliwym sąsiadem, ale też pamiętamy ze swej nieodległej przeszłości, jak niełatwe jest to zadanie. Mamy w pamięci próby pójścia na skróty, pospiesznego wymierzania sprawiedliwości tym, których uważano za sprawców problemów, jakie towarzyszyły pierwszej fazie naszej transformacji.
Znamy pokusę rządów twardej ręki, która "wyprostuje błędy" i "przywróci sprawiedliwość". I u nas byli, a nawet są politycy wykazujący instynkt autorytarny, populiści, którzy na ludzkiej biedzie i ignorancji chcieli zbijać polityczny kapitał. Wiemy też dobrze, że ani taka pokusa, ani takie instynkty nie służyły rozwojowi naszego kraju, budowaniu dobrobytu i fundamentów sprawiedliwości. Nie służyły one także naszej drodze do Europy, naszemu przyłączaniu się do instytucji zachodnich - NATO, a zwłaszcza Unii Europejskiej.
Dzisiaj rzecz nie jest w tym, aby podpowiadać Ukrainie, jaki wybór polityczny, jakie związki gospodarcze i sojusze bezpieczeństwa są dla niej najlepsze. O tych sprawach zawsze powinny decydować same narody. Wiadomo jednak zarazem, co służy, a co przeszkadza w osiąganiu deklarowanych celów.
Nie mamy w Polsce podstaw, aby wątpić w szczerość ukraińskich deklaracji o pragnieniu zacieśniania związków z UE. Niespełniona europejska obietnica przekreślona przez wewnętrzne konflikty w obozie pomarańczowej rewolucji nie zniszczyła w pełni europejskich szans Ukrainy.
W działaniach obecnego jej prezydenta widzimy sporo determinacji, aby oczyszczać przedpole dla pogłębienia związków z UE. Widzimy już wiele konkretów, a nie tylko deklaracji. Chcielibyśmy, jak pisał to niedawno
Wiktor Janukowycz, aby
Ukraina uzyskała członkostwo UE w ciągu najbliższych dziesięciu lat, nawet jeśli ta perspektywa wydaje się nadto optymistyczna.
W przypadku Polski od zawarcia umowy o stowarzyszeniu do członkostwa upłynęło ponad dwanaście lat. Dla nas to nie jest tylko sprawa członkostwa Ukrainy w Unii. Dla nas to sprawa stabilności Ukrainy, jej zdrowego gospodarczego rozwoju, przewidywalności jej polityki, podstaw dobrego sąsiedztwa, którego trwałość, oprócz politycznych emocji, zależy od przejrzystych podstaw demokracji i wolnego rynku.
Z tym większym niepokojem odbieramy sygnały płynące w ostatnich miesiącach znad Dniepru. Pierwsi zwracali na nie uwagę zachodnioeuropejscy politycy i dyplomaci, którzy za ich pomocą starali się neutralizować i osłabiać polski lobbing na rzecz Ukrainy. Aresztowanie i proces Julii Tymoszenko w oczach wielu polityków na Zachodzie noszą wszelkie znamiona aktu politycznego. W krajach demokratycznych za błędne decyzje rządzący politycy, także ci aktualnie niesprawujący władzy, ponoszą odpowiedzialność polityczno-konstytucyjną, a nie karną. Proces karny Tymoszenko, noszący znamiona nękania demokratycznej opozycji, jest niezrozumiały nie tylko w wielu zachodnioeuropejskich stolicach, ale i w
Warszawie.
Pojawia się pytanie, czy władze Ukrainy zdają sobie w pełni sprawę z konsekwencji, jakie ten proces może mieć dla powodzenia projektów o kluczowym znaczeniu dla deklarowanego przez nie pragnienia trwałego związania się z Unią Europejską.
W Warszawie wielką nadzieję wiąże się z perspektywą zakończenia w okresie polskiej półrocznej prezydencji w UE rozmów w sprawie umowy o stowarzyszeniu oraz porozumienia o wolnym handlu. Rozwój sytuacji w Kijowie może związać Polsce ręce w tej sprawie. Górę mogą wziąć argumenty polityków i państw niechętnych przyciąganiu Ukrainy do Unii. Jeśli nie uda nam się tego zrobić do końca 2011 r., rozmowy w sprawie stowarzyszenia mogą przeciągnąć się o kolejne długie miesiące, a nawet znacznie dłużej. Wydaje się, że władze w Kijowie, w szczególności prezydent Wiktor Janukowycz, powinny liczyć się z taką ewentualnością. Byłoby fatalnie, gdyby nad Dnieprem nie doceniono powagi sytuacji.
Związki Ukrainy z Unią Europejską to przede wszystkim sprawa samych Ukraińców. Ich zacieśnianie jest jednak sprawą standardów, które są przestrzegane w samej Unii i o których przestrzeganie Unia zabiega w swoim europejskim sąsiedztwie. To jest interes całej Europy, nie tylko Unii i konkretnego kraju, z którym jej członkowie zacieśniają relacje. To dobrze służy wszystkim mieszkańcom starego kontynentu.
Stawka jest wysoka. Rozumiemy ją dobrze w Warszawie. W grze o europejski status Ukrainy Kijów nie powinien dostarczać argumentów, które podkopują szanse odniesienia sukcesu.