Na Mazurach na tegoroczny sezon turystyczny narzekają niemal wszyscy. Kiepska pogoda w dwóch miesiącach letnich oznacza spadek dochodów mazurskiej turystyki o kilkadziesiąt procent. Mniejsze dochody oznaczają brak inwestycji i polepszenia oferty dla coraz bardziej wymagających gości. To część odpowiedzi na pytanie, czy wykorzystując naturalne walory przyrodnicze, można zbudować przyszłość dla biednego województwa. Na wzór szans, jakie dla Dolnego Śląska stworzył rozwój Wrocławia i Zagłębia Miedziowego lub rozwój Trójmiasta i Kaszub dla całego Pomorza. Czy na ścianie wschodniej (za linią Wisły, która coraz wyraźniej dzieli nasz kraj) mogą powstawać miejsca pracy i związane z tym szanse na lepszą przyszłość dla młodszego pokolenia?
Województwo warmińsko-mazurskie walczy o zdobycie przez Wielkie Jeziora Mazurskie tytułu jednego z Nowych Siedmiu Cudów Natury. Nie chodzi o zabawę, bo to jeden z ważniejszych projektów promocyjnych dla Polski. Test na sprawność działania władz wojewódzkich, zintegrowanie mieszkańców oraz długofalowe myślenie rządu.
Wyspa mało zielona
Warmia i Mazury to wbrew stereotypowi nie same jeziora i lasy, ludność napływowa. Region składa się z kilku krain historycznych - nie tylko Warmii i Mazur, lecz także z części Prus Górnych, ziemi lubawskiej, części Powiśla i Żuław Wiślanych, skrawków Suwalszczyzny oraz jednej gminy należącej do Kurpi. Każda ciekawa i warta promocji.
Region o najwyższym wskaźniku bezrobocia w kraju - nawet w sezonie letnim sięgnęło blisko 21 proc. To o parę punktów procentowych mniej niż w krytycznych latach 90., gdy bez pracy pozostawała blisko jedna trzecia osób w wieku produkcyjnym, ale o kilka punktów więcej niż trzy lata temu. Bezrobocie szybuje w górę, choć z roku na rok zmniejsza się liczba mieszkańców województwa, szczególnie w powiatach północnych, gdzie było najwięcej PGR-ów.
Tutaj zmiany widać najsłabiej, z wyjątkiem Węgorzewa, które rozwija się dzięki imponująco przyrastającej liczbie turystów. Dawne PGR-y pozostały strefami biedy i wykluczenia, ale reforma szkolna z 1999 r. i programy wyrównywania szans przyniosły pewne efekty. Dzieci z terenów popegeerowskich częściej niż w latach 90. idą na studia, głównie w kilku szkołach prywatnych i filiach Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.
Wyjeżdżają głównie młodzi, do Wielkiej Brytanii i Irlandii, do Warszawy i Trójmiasta. Masowych wyjazdów do Niemiec już nie ma. Przybywa osób z wykształceniem wyższym, co jednak nie gwarantuje pracy - o ile na początku wieku wśród bezrobotnych było 2,5 tys. osób z dyplomem szkoły wyższej, o tyle dziś jest ich trzy razy więcej.
Na Warmii i Mazurach polska "zielona wyspa" rozwoju nie wygląda imponująco. Powód to jedna z najsłabszych w Europie infrastruktur transportowych, którą jedynie w niewielkim stopniu udało się poprawić dzięki funduszom unijnym. Inna przyczyna to spadek liczby turystów, głównie zagranicznych.
Województwo dzieli się na kilka podregionów, z osobną pozycją Olsztyna, Elbląga i - do pewnego stopnia - Ełku. Miast niedużych w skali kraju, które muszą odgrywać rolę wojewódzkich centrów rozwoju. Olsztyn, choć należy do najmniejszych miast wojewódzkich (ponad 170 tys. mieszkańców) i - zgodnie z planami rządowymi - nie ma szans na miano jednej z polskich metropolii, rozwija się prężnie. Bezrobocie sięga tutaj jedynie 7,5 proc., przy stale powiększającej się liczbie mieszkańców. W Olsztynie działają największe zakłady przemysłowe z produkującą opony samochodowe francuską firmą Michelin (dawny Stomil) oraz firmami meblarskimi i spożywczymi.
Olsztyn i cały region ogromnie skorzystały na powołaniu Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, na którym studiuje ponad 33 tys. studentów. Uniwersytet ma jeden z najnowocześniejszych kampusów w Polsce i kilka cieszących się bardzo dobrą opinią wydziałów, jak weterynaryjny czy rybactwa śródlądowego. Spełnia ważną funkcję kulturotwórczą: oswaja pruską i niemiecką przeszłość i wpisuje ją w kontekst współczesnej Polski. Prowadzi badania historyczne, wydaje książki i organizuje współpracę z uczelniami niemieckimi. Kontynuje więc działania, którymi zajmowały się i zajmują nadal stowarzyszenia obywatelskie ze znakomitą Borussią na czele.
Pozostałe 16 miast powiatowych nie ma szans, by stać się centrami rozwoju na miarę regionu. Ludzie, szczególnie młodzi, emigrują. Dla przykładu - Szczytno w 1989 r. liczyło 30 tys. mieszkańców, dziś liczy 4 tys. mniej. Te z miast, które mają dogodne położenie, rozwijają się w miarę dobrze, jak Iława, Ostróda czy Giżycko. Przełomu jednak nie wygenerują.
"Warszawka" z boku
Również przemysł drzewny i meblarski (podstawowe gałęzie gospodarki obok przemysłu spożywczego) rozwoju województwa nie pociągną, bo lasy zajmują nieco ponad 30 proc. powierzchni województwa, co daje średnią krajową. Na wielkie inwestycje przemysłowe (jak montownie samochodów czy sprzętu AGD) nie ma szans, bo brak jest odpowiedniej infrastruktury i kadr. Społeczeństwo regionu starzeje się i będzie się starzeć.
Przyszłością nie jest też rolnictwo, bo wielkie gospodarstwa rolne nie dają zbyt wielu miejsc pracy. Wielkimi pracodawcami (na lokalną miarę) są za to administracja, oświata i ochrona zdrowia - w większości zatem budżetówka.
Czy rozwój może zagwarantować turystyka? Nie ma innego wyjścia. Wojewódzkie władze samorządowe, walcząc o zdobycie przez Wielkie Jeziora Mazurskie tytułu jednego z Nowych Siedmiu Cudów Natury, postąpiły lepiej niż słusznie. Bez zbudowania marki regionu nie będzie jego rozwoju.
Pod kilkoma wszelako warunkami. O turystyce na Warmii i Mazurach trzeba myśleć kompleksowo, a nie jedynie przez pryzmat Wielkich Jezior. W dwóch miesiącach letnich każdego dnia na wodzie znajduje się do 60 tys. jachtów i łódek, w których przebywa ok. 200 tys. osób. Z roku na rok liczba ta rośnie, podobnie jak nowoczesnych portów i przystani, z których kilka standardem nie odbiega od poziomu europejskiego.
Szkopuł w tym, że region odwiedza ok. 3 mln turystów, co lokuje go dopiero na siódmym miejscu w kraju, choć potencjał oceniany jest na miejsce trzecie. Żeglarzami więc region nie stanie. Sezon trwa zbyt krótko, żeglowanie zaś ograniczone jest do kilku powiatów. Żeglarze to w większości naród samowystarczalny - z własnym prowiantem, poszukujący tanich przystani.
Turysta najbardziej poszukiwany to korzystający z miejsc noclegowych (najlepiej przez tydzień lub dłużej), przyjeżdżający nie tylko w lipcu i sierpniu, lecz także w pozostałych miesiącach. W tegoroczny Nowy Rok objeździłem kilka pensjonatów i ośrodków, które latem tętnią życiem i mają warunki, by podobnie było również jesienią czy zimą. Były jednak zamknięte na cztery spusty.
Wydłużyć sezon można na dwa sposoby. Przedsięwzięciami takimi jak hotel Gołębiewski w Mikołajkach, do którego tłumnie zjeżdżają turyści nie tylko z Polski, lecz również Rosjanie, Białorusini i Litwini, oraz podwyższeniem standardu hoteli, pensjonatów i kompleksów turystycznych, by spełniały wymagania najwybredniejszej klienteli i stawały się centrami emanującymi na okolicę.
Trzeba liczyć przede wszystkim na klienta krajowego. Szczyt przyjazdów "turystów sentymentalnych" z Niemiec (wysiedleńcy i ich potomkowie zwani w Niemczech wypędzonymi) region ma za sobą. Ich liczba z roku na rok się zmniejsza. Sąsiedzi z północy i wschodu wciąż są zbyt mało zamożni, by ich liczba mogła przejść w finansową jakość.
Zasobem turystycznym wciąż niewykorzystanym jest lawinowo rosnąca liczba nowych mieszkańców Warmii i Mazur - osławionej warszawki, jak zbiorowo określani są właściciele domków letniskowych, całorocznych domów i posesji, często wykupionych od rolników. Dla nich nie ma żadnej oferty integracyjnej. Mieszkają w regionie, a jakby ich nie było. Bo co region ma z tego, że Jerzy Skolimowski mieszka pod Szczytnem?
Miarą jest Sztynort
Sprawa kolejna i być może najważniejsza. Nie samymi Wielkimi Jeziorami region powinien się chwalić. Po zakonie krzyżackim i Prusach Wschodnich pozostało kilkanaście zamków (zakonnych i biskupich) oraz kilkaset pałaców i dworów. Zamki przetrwały i są w niezłej kondycji. Powstał Szlak Zamków Gotyckich, który sławy szlaku turystycznego zamków nad Loarą nie zażył, ale potencjał ma ogromny, bo to unikat na skalę światową.
Gorszy los spotkał pałace i dwory. Część padła ofiarą Sowietów pod koniec wojny, prawdziwy jednak pogrom nastąpił w minionym dwudziestoleciu. Po rozpadzie PGR-ów, które wykorzystywały pałace i dworki dla swoich potrzeb, powstała właścicielska próżnia. Zadaniem Agencji Nieruchomości Rolnych była i jest sprzedaż, a nie gospodarowanie odziedziczonym po PGR-ach mieniem. Wciąż niesprzedane dwory (jest ich kilkadziesiąt) popadają w ruinę.
Prywatni właściciele postępują różnie. Część, jak choćby właściciele pałacu w Galinach niedaleko Bartoszyc, wyremontowali go nakładem ogromnych środków. Część przeliczyła się z siłami, zaniechała remontów i eksploatacji, jak właściciele pałacu w Sorkwitach czy Doroszach. Skandalem jest ruina pałacu rodu von Lehndorffów w Sztynorcie, choć położona opodal przystań żeglarska wyrosła na europejską marinę.
Moją prywatną miarą deklaratywności pojednania polsko-niemieckiego jest właśnie los owych pałaców i dworów. Wśród prywatnych osób w Polsce jest chęć i zapał, by je uratować. Od państwa nie ma jednak pomocy i wspólnie pomyślnych działań. Złowrogi nimb wschodniopruskich junkrów jako ostoi niemieckiego militaryzmu i hitleryzmu wciąż działa, choć lokalne społeczności wiele w tej sprawie zmieniły.
W wydawanych przez władze gmin, powiatów i województwa dziejach poszczególnych wsi, miast, powiatów i województwa żaden z okresów nie jest pomijany. Zmiany w podejściu do przeszłości regionu najlepiej widać w dynamicznie rozwijającym się (dzięki m.in. funduszom europejskim) i z roku na rok tłumniej odwiedzanym Muzeum Budownictwa Ludowego - Parku Etnograficznym w Olsztynku.
Warmia i Mazury, by się rozwijać jako jedno z centrów polskiej turystyki, muszą wymyślić siebie na nowo. Utworzenie województwa samorządowego wiele w tej sprawie zmieniło, ale to dopiero początek drogi. Ważne, by towarzyszyła temu świadomość, że Mazury jako cud natury, który dla tysięcy ludzi stanie się cudem ich przyszłości i dobrobytu, możemy zbudować zasobnością przyjeżdżających tutaj mieszkańców innych regionów Polski oraz pomocą władz centralnych, której zbyt wiele nie widać.