http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie przeszliśmy testu na działanie państwa

Rozmawiał Marcin Wojciechowski
2011-08-03, ostatnia aktualizacja 2011-08-02 16:48

Prezentacja raportu Millera
Prezentacja raportu Millera
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Raport Millera opisuje sekwencję zdarzeń z 10 kwietnia 2010 r. Ale za mało jest konkluzji, co państwo powinno zrobić, by takie katastrofy nie zdarzyły się więcej - mówi Paweł Kowal*, przewodniczący PJN

Marcin Wojciechowski: Był pan blisko związany z nieżyjącym prezydentem Lechem Kaczyńskim. Co z tego punktu widzenia jest dla pana najważniejsze w raporcie komisji Millera?

Paweł Kowal: Zabrakło mi w tym dokumencie szerszej refleksji, co trzeba zrobić, by do takich tragedii nie doszło w przyszłości.

Przecież wskazano w raporcie 45 zaleceń w konkluzji.

- Ale są one mocno techniczne i dotyczą głównie lotnictwa oraz sił powietrznych, powielają zresztą niezrealizowane zalecenia po wypadku CAS-y. A mi chodzi o wymiar stricte państwowy. Także o stworzenie procedur, jak służby państwa powinny reagować w czasie tak dramatycznych sytuacji kryzysowych. To normalne, że w chwili takiej tragedii politycy czy rządzący jadą na miejsce, by okazać solidarność. Ale musi być jasne, jaki jest podział ról poszczególnych służb, jakie procedury i akty prawne stosuje się do załatwienia konkretnych spraw, jaką pomoc i kto powinien udzielić rodzinom zmarłych, w jaki sposób zabezpieczać sekcje zwłok, transport, pomoc konsularną, czyli kto koordynuje działania w Warszawie, kto na miejscu, kto dowodzi sztabem prawników służących pomocą premierowi i rodzinom ofiar. Minister zdrowia Ewa Kopacz była w Moskwie przy sporządzaniu sekcji i identyfikacji zwłok, a mimo to w dokumentacji jest sporo poważnych błędów. Potrzebne jest stworzenie procedur państwowych, co kto robi w takiej sytuacji i na jakiej podstawie prawnej.

Ale jaki ma to związek z przyczynami katastrofy?

- Mówię o stworzeniu jasnych procedur, jak państwo powinno działać w takich sytuacjach jak 10 kwietnia, gdy już do nich dojdzie. W wielu dziedzinach mogło być lepiej. Z powodu złego moim zdaniem wyboru ścieżki prawnej do rozwiązania tej sprawy mamy do dziś kłopoty z uzyskaniem niektórych dokumentów z Rosji albo są one przekazywane późno, mimo rzekomej poprawy stosunków polsko-rosyjskich. W raporcie powinno być jasno powiedziane o konieczności kupna nowych samolotów dla naszych VIP-ów, nie jest bowiem moim zdaniem dostatecznie wyjaśniona kwestia sprawności samolotu, a tak czy owak, awaryjność rządowej floty jest wysoka od kilkunastu lat. Moi rozmówcy na Zachodzie nie są w stanie zrozumieć, dlaczego Polska kilkanaście lat po wejściu do NATO oddawała co pół roku na przeglądy do Rosji swoje samoloty do przewozu najważniejszych osób w państwie.

Politycy powtarzają od kilku dni, że główną przyczyną katastrofy smoleńskiej było to, że zawiodło państwo. Podpisałbym się pan pod tym zdaniem?

- Tak. Taki jest też odbiór znaczenia tej tragedii na poziomie przeciętnego człowieka. Ludzie pytają po przeczytaniu tez raportu Millera, czy możemy czuć się bezpiecznie we własnym kraju. Czy taki sam bałagan jak w 36. specpułku panuje w naszych elektrowniach, kopalniach, na kolei czy innych obiektach strategicznych. Obowiązkiem polityków jest odpowiedzieć na te pytania. Jesteśmy trochę w takiej sytuacji jak w latach 30. Decydenci sami siebie chwalą, mówią, że nie zawiedli, spoglądają na nas zza szyb rządowych limuzyn. Ale kiedy padło tragiczne sprawdzam w czasie katastrofy i po niej, to nie wygląda to różowo i fantastycznie. A moim zdaniem nie przeszliśmy testu na działanie państwa. Nie wystarczy powiedzieć, że państwo stanęło na wysokości zadania, bo zorganizowało piękne pogrzeby ofiarom. To trochę jak u Szymborskiej: "Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono". I ten test wypadł źle.

Używa pan często słowa "państwo", ale państwo to także, a może nawet przede wszystkim politycy, w tym także pan. Może klasie politycznej było na rękę, by 36. specpułk woził ich jak radio taxi, nie przestrzegając surowych procedur. Raport Millera pokazał to jak na dłoni.

- "Państwo jako politycy na urzędach" to orientalna wizja, niestety, rozpowszechniona w Polsce i bardzo szkodliwa. Państwo to przede wszystkim instytucje i procedury. Politycy je tworzą, mają na nie wpływ, ale nie są państwem, choć często między politykami i państwem stawia się znak równości. Słabe świadectwo polskim politykom wystawia np. fakt, że przez lata zwlekali z kupnem nowych maszyn rządowych ze względu na strach przed reakcją opinii publicznej. Politycy powinni w tej sprawie kierować się interesem państwa, a nie troską o popularność.

Ucieka pan od odpowiedzi. Czy politycy nie naciskali na wojsko w sprawie łamania procedur, by lecieć o każdej porze dnia i nocy, na każde zawołanie, w dowolne miejsce, w każdych warunkach i najlepiej jak najszybciej?

- Pewnie były taki przypadki. I pewnie były też ze strony wojska przypadki omijania procedur, by przypodobać się politykom. Przy lotach specjalnych powinna obowiązywać jedna żelazna zasada: polityk mówi, dokąd lecieć, a 36. specpułk realizuje to zadanie, opierając się wyłącznie na procedurach i zasadach bezpieczeństwa lotu. To znaczy, że politycy nie mają wpływu na wybór lotniska, czas dotarcia, rodzaj trasy, ale realizują to odpowiednie służby oraz instytucje, kierując się procedurami, w które politycy nie powinni mieć prawa ingerować. To pewnie najważniejsza lekcja z zeszłorocznej tragedii.

Czy raport Millera daje gwarancję, że takie procedury powstaną i podróże VIP-ów nie będą organizowane ad hoc, ale zgodnie z procedurami?

- Chciałbym w to wierzyć. Ważne jest także, by politycy nie wykorzystywali procedur do własnych rozgrywek politycznych. O ile można przyznać, że kancelaria prezydenta Kaczyńskiego chciała od pilotów, by polecieli do Tbilisi w czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej, to tak samo kancelaria premiera Tuska próbowała użyć procedury, że jest formalnie dysponentem samolotu rządowego, by prezydent Lech Kaczyński nie mógł polecieć na szczyt UE w Brukseli, czyli wypełniać urzędu w suwerenny sposób. To inna strona tego samego medalu. Jeśli procedury mają działać i nas chronić, nie można ich używać do rozgrywek politycznych.

A same konkluzje raportu? Wzbudzają pana wątpliwości, czy ufa im pan?

- Każdy raport z najbardziej tragicznego wydarzenia można napisać jako ciąg wydarzeń, opisać kolejne sytuacje, które przyczyniły się do katastrofy, jedna po drugiej, sekunda po sekundzie. To moim zdaniem, na ile dostarczono materiały rosyjskie polskiej komisji, zrobiono rzetelnie, ale to nie wyczerpuje sprawy. Nie ma żadnych dowodów na tajemną rozmowę braci Kaczyńskich przez telefon, interwencje prezydenta podczas lotu, negatywną rolę gen. Błasika - dziwię się, że PiS nie zwraca na to uwagi, bo w podanych przez komisję ciągach faktów ukrywa się wiele konkluzji pokazujących, że powtarzanie tych rzeczy jako pewnych chociażby przez polskie media było prawdopodobnie elementem czyjejś celowej dezinformacji. Widać, jak przed samą wizytą dyplomacja polska była poddawana ciśnieniu politycznemu pomiędzy dwoma pałacami. Ten rodzaj chorej konkurencji na szczeblu międzynarodowym wynika m.in. z konstytucyjnego podziału władzy pomiędzy premiera i prezydenta i pamiętam go jeszcze z czasów, gdy zaczynałem pracę dla premiera Buzka, a prezydentem był Aleksander Kwaśniewski. Zabrakło bardziej ogólnych wniosków dla państwa. A na takie wnioski i propozycje konkretnych zmian Polacy oczekują. Choćby kwestia nieprzetłumaczenia instrukcji do samolotu Tu-154. Każdy człowiek wie, że w Unii Europejskiej jest obowiązek tłumaczenia instrukcji do każdego urządzenia, jak pralka czy ekspres do kawy, ze względu na elementarne bezpieczeństwo użytkowników. To ważne, by w sytuacjach stresu, pośpiechu móc odczytywać techniczne teksty w języku, który zna się najlepiej. Dlaczego przez tyle lat nie zrobiono tego samego z instrukcją obsługi samolotu rządowego? To niby kwestie szczegółowe, ale w swej masie fundamentalne dla państwa.

Polityczną odpowiedzialność za katastrofę poniósł szef MON Bogdan Klich. Słusznie? I czy to zamyka sprawę?

- Ktoś powiedział, że dymisja Klicha to polityczne szamaństwo. Od miesiąca krążyły plotki, że ktoś - jak widać, padło na Klicha - poda się do dymisji, bo po zapoznaniu się z raportem zażyczy sobie tego premier Tusk. Zarazem Klich będzie kandydował do Senatu z list PO. Obywatele mają naturalną potrzebę sprawiedliwości: albo zatem Klich czuje się winny, albo to dymisja pro forma, której drugie dno polega na tym, że innym włos z głowy nie spadnie, bo reszta zaniedbań obciąży ofiary katastrofy. Coś tu nie gra. Ktoś odpowiada za szkolenia pilotów, ktoś odpowiada za nadzorowanie pułku itd. Dymisji Klicha towarzyszy poczucie nieautentyczności.

A jak raport Millera wpłynie na kampanię wyborczą? Pomoże rządowi, opozycji, czy nie odegra żadnej roli?

- Raport został zredagowany tak, by nawet stwierdzając różnice ze stanowiskiem rosyjskim zawartym w styczniowym dokumencie MAK, nie wyrażać ich w sposób kontrowersyjny, nie narażać się na rosyjską odpowiedź w trakcie kampanii wyborczej. Podobnie jest z wnioskami krajowymi. Tu znowu mamy sprzeczność z oczywistą intencją PO i PiS, by na podstawie badania katastrofy sformułować linię podziału w kampanii wyborczej. Po stronie rządu wyraziło się to m.in. przeciekami z raportu, przeciąganiu terminu publikacji. Ale to samo próbuje robić PiS. Nie przez przypadek "białą księgę" Macierewicza ogłoszono na progu kampanii. Nie przez przypadek autorzy jednego dokumentu całkowicie dezawuują autorów drugiego, chociaż w sferze faktografii raporty trochę się uzupełniają, a w pewnych momentach powinny zostać nawzajem uznane, jeśli poważnie traktować intencje wyrażane przez obie strony sporu. Czyli duch partyjny nawet w takiej sprawie zagórował nad pragmatyką państwa. "Partia górą", bo zbliżają się wybory i żadne racje oprócz słupków nie uzasadniłyby w tej logice innego sposobu działania, współdziałania w Sejmie np. w ramach komisji nadzwyczajnej. Obywatele zostaną bez poważnych generalnych konkluzji. Jeśli popadną w kłopoty np. na Haiti, przyleci po nich samolot, który w każdej chwili może ulec awarii, winę jakby co zwali się "na Ruskich", a partie pozostaną ze swoimi racjami.

Czy z raportu komisji Millera wynika, kto może dostać zarzuty w śledztwie prowadzonym przez prokuraturę?

- To sprawa prokuratorów i ich śledztwa. Niestety, mogą mieć z tym kłopot, bo nie dysponują wszystkimi materiałami z Rosji albo otrzymują je z opóźnieniem. To kolejny problem naszego państwa, który jest przemilczany, by nie pogorszyć stosunków z Rosją, a zarazem nie dać paliwa do wewnętrznej walki politycznej. Nawet dziennikarze przestali wyjaśniać, na jakiej podstawie prawnej prowadzone były działania wyjaśniające i śledztwo. Dobrze, że raport nie pozostawia złudzeń co do niektórych błędów strony rosyjskiej, np. naprowadzania samolotu czy karygodnych zaniedbań na lotnisku w Smoleńsku i brak profesjonalizmu jego obsługi. Jest to zapisane w taki sposób, by nie wchodzić w polemikę z raportem Anodiny, a tu jednak jakaś odpowiedź powinna była nastąpić. Polska opinia publiczna na to czekała, chociażby z ust premiera. Z drugiej strony coraz bardziej powtarza się stary schemat, który przed wiekami decydująco osłabił Rzeczpospolitą. Rodzime elity nie wykonują tego, co do nich należy, i w momentach próby chętnie zwalają na obcych także te sprawy, które można było samodzielnie załatwić. Każdy niemal polityk spośród tych najważniejszych uważa, że państwo to on lub jego partia, nie przyjmują nawet najmniejszych zarzutów. Jeszcze raz powtarzam: "Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono". Ten sprawdzian najlepiej nie wypadł.

*Paweł Kowal, eurodeputowany, przewodniczący Polska Jest Najważniejsza, do grudnia zeszłego roku polityk PiS

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':