Donata Subbotko: Co się stało, że po sześciu latach dostał pan od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej pieniądze na inspirowany tragedią w Jedwabnem film "Kadisz"? Zmienił się tytuł - na "Pokłosie", ale czy scenariusz również? Władysław Pasikowski: To niemal ten sam scenariusz, no, tytuł ma inny. Najdziwniejsze jest to, że nic się nie zmieniło. Widocznie projekt czekał w bardzo, bardzo długiej kolejce na możliwości finansowe PISF. Chyba że tytuł zdecydował? W takim razie wystarczyło mi o tym powiedzieć sześć lat temu, zmieniłbym go na "Ranczo wyje" albo "Plac Unii Lubelskiej".
A co właściwie znaczy tytuł "Pokłosie"? Rezultat czegoś? - Wszyscy wcześniej czy później odpowiemy za to, co zrobiliśmy. Albo, mówiąc bardziej patetycznie, co uwielbiam, echo naszych czynów będzie brzmieć przez nieskończoność.
Złożył pan ten projekt pod pseudonimem "Koko i Friko", jak parę lat temu radził panu syn, czy jako Władysław Pasikowski? Skończył się "zapis" na pana? - Musiałbym się zdać na domysły, a nie mam żadnych przesłanek do ich snucia. Po fiasku skierowania filmu "Kadisz" do produkcji przed sześcioma laty zająłem się wyłącznie pisaniem scenariuszy, ale producent filmu, Dariusz Jabłoński z firmy
Apple Film, nie zrezygnował. Szukał wsparcia chyba wszędzie poza Niemcami i Austrią, no i Urugwajem, i nie ustawał w dialogu z dyrekcją PISF. Mówiłem mu z tysiąc razy, żeby dał sobie z nimi spokój, ale on był uparty i święcie przekonany, że jest dobra wola w PISF do nakręcenia tego filmu, tylko Coś stoi na przeszkodzie.
Nie wiem, czym było to Coś, chyba czymś na kształt tego Czegoś z filmu Carpentera, Czymś, co zdrowy organizm łapie z powietrza, a potem to Coś rośnie w nim, aż mu łeb rozsadzi. Aż tu nagle, wreszcie i niespodziewanie, przeszkody zniknęły i dialog z panią dyrektor PISF zaczął się toczyć zupełnie normalnie. Co prawda powoli, ale gładko i, co najważniejsze, skutecznie. To fenomenalne, że się udało, bo na początku było nam dalej niż chłopakom Platformy do tych tam, tych innych... Nawiasem mówiąc, film "Kadisz/Pokłosie" jest przykładem, że porozumienie narodowe jest możliwe i konieczne. Trzeba mieć tylko cierpliwość, dobrą wolę i czekać, aż to Coś z filmu Carpentera zniknie.
Kilka lat temu mówił pan wprost - że jest dowodem istnienia cenzury w Polsce - Im dłużej o tym myślę, a nie myślę o tym za często, bo i po co, to wydaje mi się, że stałem się maleńką, przypadkową ofiarą jakiejś zagmatwanej polityki kulturalnej państwa. Polegała ona - i chyba nadal polega - na tym, żeby Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Gdy już Agnieszka Holland nakręci film, że ratowaliśmy sąsiadów, to ja mogę nakręcić film, że nie wszyscy i nie wszystkich. Państwo i tak liczy na to, że film Agnieszki będzie lepszy. Jeśli mi jeszcze do tego puszczą do realizacji film o Nangar Khel, to wszystko, co powiedziałem złego o cenzurze państwowej, odwołam.
Naprawdę, nie jestem konformistą, tylko daję państwu szansę, żeby wyciągnęło wnioski ze swoich błędów. Film "Kadisz" był na cenzurowanym, a teraz już nie jest. Brawo! Dziękuję za to pani dyrektor i tym urzędnikom, którzy zmienili swoją decyzję. Każdy się może pomylić, nikt nie powinien się upierać przy swoich błędach, bo można tragicznie wylądować
Ale jak pan to sobie tłumaczy? Dlaczego teraz można, a wtedy nie wolno było nakręcić filmu o człowieku, który - nękany wyrzutami sumienia za to, co zrobili jego przodkowie - chce w swojej wsi postawić w pionie żydowskie pomniki nagrobne? - Tak jak powiedziałem - nie myślę o tym za dużo, boby mi nie starczyło czasu na rozważania o kosmosie i miejscu człowieka w nieskończoności. Mogę jedynie odpowiedzieć anegdotą. Gdy jeszcze myślałem, że kręcę "Kadisz", zadzwoniłem do jednego z największych polskich gwiazdorów z propozycją zagrania w tym filmie i wysłałem mu scenariusz. Oddzwonił po kilku godzinach oburzony po lekturze z taką oto uwagą: "Może byś najpierw nakręcił film o tych wszystkich Polakach, którzy ratowali Żydów, narażając się na śmierć, a dopiero potem o tych, którzy ich mordowali!".
Do tej pory nie mogę wyjść ze zdumienia, że gwiazdor okazał się endekiem. Może jeszcze gdzieś w Polsce, gdzieś na pewno, straszą duchy endecji karmione strachem przed sąsiadami, którym urządzaliśmy złote żniwa.
"Pokłosie" to kłosy pozostałe na polu po żniwach? Po "Złotych żniwach"? - Żeby nie było nieporozumień: scenariusz z nowym tytułem producent złożył do PISF, zanim pojawiły się zapowiedzi książki prof. Grossa. Zbliżona poetyka tytułów to czysta koincydencja, bo nie sądzę, żeby prof. Gross znał mój script, gdy tytułował własną książkę.
Z pani interpretacji tytułu "rezultat czegoś" jest najbliższy moim intencjom. Powstaje jednak pytanie, dlaczego zmieniłem tytuł. Zmieniłem go na żądanie producenta, który w swoich podróżach po świecie, w poszukiwaniu pieniędzy na "Kadisz", narażony był za każdym razem na nieporozumienia, że to jakiś film z Izraela, robiony przez Żydów, dla Żydów. Zmęczony tłumaczeniami postanowił zmienić tytuł, co zrobiliśmy wspólnie i w porozumieniu.
Skoro zagrania w filmie odmówił panu "wielki gwiazdor", to kogo zobaczymy w "Pokłosiu", do którego zdjęcia właśnie ruszyły? - Zagra Maciej Stuhr, Ireneusz Czop, Zuzanna Fialowa, Jerzy Radziwiłowicz, pani Danuta Szaflarska i Zbigniew Zamachowski. Nie zagrają Borys Szyc, Tomasz Karolak i Piotr Adamczyk.
Tadeusz Słobodzianek napisał o wydarzeniach w Jedwabnem dramat "Nasza klasa", który jest wystawiany w teatrze - dla wykształciuchów można, ale czy popcornowy widz multipleksów jest gotowy na katharsis? - Nie. Myślę, że polscy kibole nie są gotowi na mistrzostwa Europy, a kierowcy polscy do włączenia się do ruchu drogowego w Europie. Ale to nas nie powstrzymuje od organizacji mistrzostw i wyjazdów za granicę. Trzeba robić filmy, bo być może to pomoże, a już na pewno nie zaszkodzi.