Nie dorwiecie mnie! I tak wam ucieknę! - krzyczy Jan Fabre i kuli się za etruskim sarkofagiem w Galerie Daru w Luwrze. Śledzące go ekipy telewizyjne i przypadkowi widzowie próbują wcisnąć się do tej kryjówki za nim. Fabre opędza się od kamer, zrzuca marynarkę, wciska się w golf, dokleja wąsy, wkłada okulary i perukę. Odmieniony wystrzela nagle z ukrycia i pędzi w stronę posągu Nike z Samotraki z wrzaskiem: "Sztuka trzymała mnie z dala od więzienia! Sztuka trzymała mnie...!".
To samo hasło ("Art kept me out of jail") wypisze na każdej z limitowanej serii filiżanek espresso zaprojektowanych specjalnie dla marki Illy.
Doda na spodeczku "...i z dala od muzeów". Bieganina i przebieranki w Galerie Daru trwały pięć godzin. Kolekcja gadżetów do kawy rozeszła się błyskawicznie. Performance i handel filiżankami towarzyszyły wystawie "L'ange de la métamorphose", jaką w 2008 roku artysta przygotował dla paryskiego muzeum.
Według Jana Fabre'a nie ma w tym projekcie sprzeczności. Można zamknąć się w najlepiej strzeżonym muzeum świata i krzyczeć: "Jestem niezależny, jestem poza systemem". Można projektować komercyjne produkty i nadal twierdzić: "Należę tylko do siebie, a projektując piękne rzeczy, potwierdzam, że jestem wojownikiem piękna".
W rozmowie, jaką odbyliśmy przy okazji otwarcia jego wystawy w Muzeum Sztuki w Łodzi (prezentacja nagrań trzech performance'ów z ostatniej dekady: "Art kept me out of jail", "Virgin/Warrior", "Sanguis/Mantis"), odpierał wszelkie zarzuty uwikłania w komercję. Zarzut wydawał się o tyle na miejscu, że MS stanowi część handlowo-usługowego kompleksu Manufaktura. Fabre zżymał się.
- Po co miałbym udawać, że nie zarabiam na swojej pracy? Pochodzę z kraju, gdzie sztuka i kapitalizm zawsze szły ręka w rękę. Niby dlaczego w maleńkiej Brugii tworzyli Jan van Eyck, Hugo van der Goes, Hans Memling? Bo działała tam najlepiej rozwinięta giełda ówczesnego świata! A ja jestem wierny tej tradycji.
To coś jeszcze żyje Urodzony w 1958 roku w Antwerpii flamandzki performer, reżyser, rysownik, twórca instalacji i artysta wizualny na każdym kroku podkreśla swoje związki z przeszłością. Założony w Belgii kolektyw teatralny Troubleyn nazwał na cześć Heleny Troubleyn - schizofreniczki, którą poznał w młodości osobiście. Jej urojenia i opowieści o wyimaginowanej córce zaszczepiły mu przekonanie o nieograniczonej mocy ludzkiego umysłu. Jej nazwisko, które w dawnym języku flamandzkim można odczytać "trou bleyn" - "pozostać wiernym" - przyjął za swoje motto.
Prywatną mitologię zbudował wokół postaci swojego domniemanego przodka Jean-Henri Fabre'a, działającego pod koniec XIX wieku przyrodnika i humanisty. Jako dziecko otrzymał zeszyty z rysunkami i notatkami tego francuskiego badacza, którego największą fascynacją była entomologia. Odtąd w wyobraźni Jana zaroiło się od modliszek, chrabąszczy, skarabeuszy, poruszających się mechanicznie odnóży i połyskujących pancerzy chitynowych. Śledził fazy rozwoju owadów, obserwował, jak przeobrażają się z bezkształtnych larw w żywe klejnoty. Z pełzających grudek tłuszczu w skrzydlate witraże. Z istot budzących odrazę w obiekty zachwytu, a nawet kultu. "Metamorfoza" stała się jego obsesją. Owady - inspiracją, modelem do naśladowania i materiałem rzeźbiarskim.
W produkcjach, jakie stworzył z Troubleyn, aktorzy często wydają się wyzwoleni nie tylko z granic swojej płci czy wieku, ale też swojego gatunku. Ich kończyny poruszają się niepokojąco. W spektaklu "Requiem for Metamorphosis" ciała wiły się i traciły ludzką formę, wpadały w siatkę eleganckiego i metodycznego łowcy motyli. Kopulowały z maskotami pająków, pozwalały się kroić na laboratoryjnych stołach. Szkielet przestawał być przeszkodą, ale nie dawał też oparcia. Gdy na scenie następowała erupcja najbardziej trzewnej, biologicznej energii, artyści zbijali się w bezkształtną masę, o której można było powiedzieć z pewnością tylko jedno: to coś jeszcze żyje.
Wielokrotnie sam próbował dokonać metamorfozy. Odnaleźć w sobie instynkt i czystą energię insekta. W czterogodzinnym performansie "Virgin/Warrior" (2004, Palais de Tokyo, Paryż) wystąpił w zbroi wzorowanej na pancerzu żuka rohatyńca. Partnerująca mu legendarna performerka Marina Abramović miała na sobie blachy imitujące kształty osy pospolitej.
Niebo rozkoszy Jan Fabre nie tylko zmienia ludzkie ciała na podobieństwo owadów, ale też dla ciał owadów wynajduje nowe zastosowania.
Pancerzykami szmaragdowych skarabeuszy udekorował sufit i żyrandole Sali Luster w Royal Palace w Brukseli. Z pomocą 29 młodych artystów stworzył opalizujący fresk "Heaven of Delight". Tysiące żuków sprowadził z Tajlandii, gdzie ten gatunek nie jest chroniony, ale powszechnie spożywany jako delikates. Tytuł "Niebo rozkoszy" nabiera drapieżnej dwuznaczności. Stoimy wpatrzeni w grobowiec istot, które ktoś dla naszej przyjemności zamordował, a przy okazji zjadł ze smakiem. A jednak nie sposób nie zatrzymać się pod nimi w olśnieniu.
Z owadów komponuje obrazy, które można zaliczyć do sztuki krytycznej i naiwnej. Swoją "usługę" dekoratorską dla pary królewskiej skontrował natychmiast kolejną pracą - "I had to demolish a part of the celling of the Royal Palace because there was something growing out of it" (Musiałem zedrzeć część sufitu Pałacu Królewskiego, bo coś z niego wyrastało) (2008). Z olbrzymiej powierzchni pokrytej pancerzykami wystrzela pionowo odwrócony żyrandol. Na jednym z mniej poszarpanych brzegów pozostał kawałek gzymsu. Jednak to nie te obiekty-narośle zmusiły go do demolki królewskiego sufitu. Na uniesionej lekko platformie widać też rozpłaszczone nagie ciało czarnoskórego mężczyzny. Twarz wbita w "wysadzany" skarabeuszami fresk, na plecach blizny.
Belgia to piękny kraj pięknego wzornictwa, szkoda, by wnętrza psuło wspomnienie o niewolnikach z
Kongo. Usunąć to z sufitu, usunąć.
Fabre bawi się wszelkimi żyjątkami jak okrutne dziecko. Chrząszcze gnojowe ustawia jak żołnierzy na makietach historycznych bitew ("Strategy Field - Waterloo", 1998), do których tłem stają się spreparowane ekskrementy bądź marmur.
- Myślicie, że jesteście lepsi od owadów? Ale to pretensjonalne! - powtarza w wywiadach.
Jego cykl "Tribute to Belgian Congo" (2010-2011) zwierał ułożone z żuczków portrety króla Leopolda II, wizerunki papug, diamentów, kości słoniowej czy logo belgijskiego producenta czekolady. Na potrzeby kompozycji "Gravetomb - swords, sculls and crosses" (2000, Kröller-Müller Museum w Otterlo) ulepił z owadów ostrza i przyprawił je do krzyży, tworząc przedziwne miecze. Użył interesujących kształtów w taki sposób, jakby kompletnie nie zdawał sobie sprawy z ich symbolicznego czy pierwotnego znaczenia. "Coś" w kształcie krzyża nadaje się na trzonek, "coś" połyskującego nadaje się na klingę i już. Stąd o sztuce Fabre'a częściej mówi się nie tyle obrazoburcza czy bluźniercza, co przedchrześcijańska.
Spalam żarłoczniej Artysta twierdzi, że pochodzi ze świata nieskażonego ideologią. Z religią zetknął się późno. Choć jest katolikiem, a jego matka pochodziła z bogatej praktykującej burżuazji, ojciec komunista zabronił jakichkolwiek kontaktów z Kościołem. W niedzielę zabierał Jana do domu Rubensa, do zoo.
Fabre powtarza do dziś, że pierwszy raz poszedł do kościoła w Katowicach w 1983 roku.