http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tony, syn Miłosza

Donata Subbotko
2011-06-30, ostatnia aktualizacja 2011-07-04 11:52

Rozmowa z Anthonym Oscarem Miłoszem. "Ojciec siedział cały czas tu. W Polsce. Jedną nogą był zawsze w Polsce. Tą, na którą przenosił cały swój ciężar"

Anthony Oscar Miłosz
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Anthony Oscar Miłosz
Miłosz z wnuczką Erin i prawnukiem Devonem. Kraków, 2003 r.
Fot. Judyta Papp/ judytapapp.com
Miłosz z wnuczką Erin i prawnukiem Devonem. Kraków, 2003 r.
Nie mylą pana z Czesławem Miłoszem?

- Nie sądzę, by ktoś nas mylił. Jestem do niego podobny, ale trochę mi sypnęło - szczęśliwie i nieszczęśliwie - także ze strony mamy. Choć może z wiekiem coraz bardziej wchodzę w jego skórę

Jaki pierwszy obraz ojca pan pamięta?

- Jest coś dziwnego w tym, jak technologia zmienia nasze wspomnienia. Pamiętam jakieś obrazy z Waszyngtonu, gdzie się urodziłem, ale mam też z tego okresu zdjęcia, i trudno mi rozróżnić, co pochodzi z moich oczu, a co z soczewki aparatu. Na przykład ojca dobrze pamiętam jako wychodzącego do biura - z teczką, w marynarce, krawacie i kapeluszu, bo wtedy panowie chodzili w kapeluszach. Bardzo mi się podobał ten kapelusz. Ale mam też zdjęcie, na którym jako mały chłopiec idę właśnie w tym jego kapeluszu. Więc skąd ten obraz ojca z teczką, w kapeluszu, czy z fotografii, czy z pamięci, nie wiem.

W 1950 roku, kiedy miał pan trzy latka, wezwano go z Waszyngtonu do Polski

- Wyjechał i nastąpił cały okres - ważny w życiu dziecka - podczas którego ojca nie było. To się odczuwało. Mieszkaliśmy z mamą w Pensylwanii

Urodził się pana brat Piotr, zostaliście w tej Ameryce właściwie sami.

- Mieliśmy znajomych - Hankę i Ignacego Święcickich - i to u nich zamieszkaliśmy. Mama nie była więc całkiem sama. To znaczy nie wiem, jak to przeżywała, ale pamiętam, że Ignacy był dla mnie istotny w utrzymaniu domowej równowagi.

Andrzej Franaszek w biografii Czesława Miłosza przytacza listy pana rodziców, np. taki fragment napisany przez mamę, Janinę: "Dziś wydostałam twoje duże fotografie, bo [Antek] powiedział, że zapomniał, jak wyglądasz. To jest zupełnie heartbreaking dla mnie. O, tak, to nasz tatuś - zawołał. Ponieważ zaczął padać deszcz, musiałam go zapewniać, że jesteś w domu tak jak my i nie zmokniesz".

- Ja pamiętam tylko ten brak, że go nie było.

A Czesław Miłosz pisał do Stanisława Vincenza: "Rączki Antka, o których śnię, że oplatają mi szyję, doprowadzają mnie do stanu poza granicą łez".

- Nie wiedziałem; kiedy tak pisał?

W 1953. Pewnie pan pytał: gdzie jest tata?

- Było wiadomo, że musiał wyjechać. Ojciec i matka zawsze bardzo dbali o to, żeby nie było zbyt wielkiego poczucia przerażenia. I robili to dobrze. Więc ojca nie było, ale mówiono, że będzie. No a potem go pamiętam, jak przyjechaliśmy do Francji, to była wielka rzecz, że znowu był tata.

Po blisko trzech latach przerwy.

- Przypłynęliśmy statkiem do Hawru i on tam czekał. Nie pamiętam, jak wyglądał ani gdzie stał, ale że był. Co się działo potem, to są na tyle złożone sprawy, że nie wiem, czy chcę do tego wracać.

To nie jest nic skomplikowanego, tylko że główne problemy nie były takie, jak pani sobie wyobraża. Największe problemy były językowo-kulturowe. Bo znaleźć się w obcym kraju, gdzie nie rozumie się ani słowa, to jest dla dziecka problem. Miałem sześć lat, a francuski był dla mnie już trzecim językiem, i to było dość trudne.

Jestem oczywiście wdzięczny Francji za to, że udzieliła nam kącika, i czuję głęboką więź z tym krajem, ale wtedy Francuzi nie byli dla obcych zbyt gościnni. Jeszcze dzisiaj zjednoczona Europa trochę się szamocze z tym, jak traktować przybyszów z zewnątrz, a co dopiero 60 lat temu W tamtych czasach ludzie nie poruszali się swobodnie po świecie. Ktoś, kto nie był czystym Francuzem, był inny. W szkole mówili tam na mnie "Amerykanin", używali takiego niemiłego określenia "Ricain", ale równie dobrze mogli mówić Polak czy Marsjanin.

Jak się wam powodziło?

- Nie najlepiej. Przez parę lat mieszkaliśmy w warunkach, które, obiektywnie mówiąc, były bardzo ciężkie. Ja tego nie przeżywałem jako czegoś strasznego. Problem dotyczył właśnie adaptacji, na ile się dostosować do danych obyczajów, wejść w tę nową kulturę. W domu się mówiło wyłącznie po polsku, tata czytał nam, co trzeba

Źródło: Duży Format
  • 94
  • 8
  • 7
  • 28
  • 3
  • 44 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    76 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':