http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jolanta i ogień

Iza Michalewicz
2011-05-01, ostatnia aktualizacja 2011-05-05 17:45

Kamienica, w której przez 62 lata mieszkała Jolanta Brzeska
Kamienica, w której przez 62 lata mieszkała Jolanta Brzeska
Fot. Albert Zawada

Jak emerytowana pracownica Politechniki Warszawskiej zdołała tak szybko i perfekcyjnie przygotować się do makabrycznej zbrodni na sobie samej?

Kamienica przy ul. Nabielaka 9 w Warszawie. Przez 62 lata mieszkała w niej Jolanta Brzeska
Fot. Albert Zawada
Kamienica przy ul. Nabielaka 9 w Warszawie. Przez 62 lata mieszkała w niej...
Zdjęcie Jolanty Brzeskiej przed kamienicą
Fot. Albert Zawada
Zdjęcie Jolanty Brzeskiej przed kamienicą
Jolanta Brzeska: - Czuję się gorzej niż Cygan, bo Cygan ma przynajmniej na wóz, a ja nie mam na nic
Fot. Albert Zawada
Jolanta Brzeska: - Czuję się gorzej niż Cygan, bo Cygan ma przynajmniej na wóz...

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Ogień jeszcze się tli. Jest 1 marca tego roku. Zimno. Mężczyzna idzie z psem brzozową aleją pośród pól. Podchodzi bliżej. Widzi resztki ciała. Wpada w panikę. Policyjni technicy obejrzą potem to, co zostało z człowieka. Żadnych dokumentów. Tylko zegarek, klucze, mały odpustowy aniołek. No i okulary. Niemodne, z charakterystycznymi dużymi szkłami.

Najście

Dzwonek do drzwi. Był 24 kwietnia 2006 roku. Jolanta Brzeska pobiegła otworzyć. W progu około dziesięciu osób. - Dzień dobry, jesteśmy właścicielami tej kamienicy i chcielibyśmy zobaczyć mieszkanie.

Kobieta w pierwszej chwili nie zrozumiała: - Jak to?! Proszę pokazać jakieś dokumenty!

Mąż Brzeskiej był bardziej ugodowy: - Jola, daj spokój, niech wchodzą. Niech oglądają.

Rok 2009. Jolanta Brzeska nerwowo wertuje papiery. Ma astygmatyzm, więc szkła na jej nosie są grube i wyglądają na ciężkie. Mówi podniesionym głosem, akcentując ostatnią sylabę: - Weszli i zaczęli mi ustawiać kuchnię w sypialni. "Tu były kiedyś takie półokrągłe okna - stwierdziła jakaś pani. - Tu kuchnia, tu coś tam". A my jak te cielaki staliśmy i nic. Byliśmy w szoku. "Jaka kuchnia?! - wyjąkałam. - To niemożliwe. Znam ten dom ponad pół wieku!". "Ale to było podczas wojny!", odparowała starsza pani (lat może 70). Pooglądali, powiedzieli: "My się jeszcze z państwem skontaktujemy", i poszli.

Retrospekcja

Rok 1947. Polska Izba Rzemieślnicza, w której pracuje ojciec Jolanty, zawiera umowę z właścicielem budynku przy Nabielaka 9 na warszawskim Mokotowie - którym, na mocy uwłaszczeniowego dekretu Bieruta z 1945 roku, stało się miasto - że wyremontuje go dla swoich pracowników. Kamienica, wydrążona w środku jak oliwka, ledwo stoi na zgliszczach. Nieparzystą stronę ulicy zdmuchnęła wojna. Rzemieślnicy harują przy odbudowie dzień i noc. Jolanta: - Wprowadziliśmy się w 1950 roku. Miałam trzy lata.

Życie wejdzie w zakręt, kiedy ojciec Jolanty umrze na zawał, a matka zostanie z trójką dzieci. Jedną z córek odda na wychowanie szwagierce mieszkającej w Szwecji. Szwagierka przeżyła Ravensbrück. Nie ma własnych dzieci, za to wielką potrzebę kochania.

Gmina w 1971 roku zaproponuje wykup mieszkań, ale rodziny nie będzie stać. Z roczną Magdą (córką Jolanty) i niewielką pensją propozycja, choć z ogromną zniżką, jest nie do przyjęcia. Mieszkanie ma prawie 80 metrów. Postanawiają pozostać przy wynajmie komunalnym. Ta decyzja po latach zrujnuje im życie.

- Wiedziałam, że kamienica była przed wojną własnością państwa Bugajów. Ale nie miałam pojęcia o losach tej rodziny - Jolanta nie okazuje słabości. Ma wewnętrzny gwizdek, który każe jej wciąż stać na baczność. Nie poddaje się. To nie leży w jej naturze. Dlatego bez reszty poświęca się szukaniu odpowiedzi na pytanie: dlaczego ktoś przyszedł zabrać jej dom.

Ze względu na ochronę danych osobowych, w tym wypadku spadkobierców, nigdy nie dowie się o rodzinie Bugajów niczego więcej. Że Tadeusz Bugaj kochał fortepiany. Że produkował je i naprawiał, ale wojny nie przeżył. Do kamienicy wróciła jego żona i dwie córki - Irmina i Bożena. Zamieszkały na jakiś czas w suterenie. Może liczyły, że państwo odda im dom, który dekretowo znacjonalizowało? Ale nie. Minie ponad pół wieku. Kiedy przyjdzie reprywatyzacja, córki producenta fortepianów z czwórką pozostałych spadkobierców przez sześć lat (od 2000 roku) będą upominały się o zwrot ojcowizny. - Administracja budynku zbagatelizowała roszczenia - powiedzą. - A już w żadnym wypadku nie powiadomiła o nich lokatorów.

Przekazanie

Irmina i Bożena o pomoc w walce z miastem poproszą swojego znajomego - Marka Mossakowskiego. Mossakowski pochodzi ze znanej rodziny warszawskich antykwariuszy. Nim media nazwały go katem lokatorów, sprzedawał antyki. Ale dwa antykwariaty zamknął. Przestały przynosić zysk. Po antykwariatach odziedziczy klientów: - Obrazy, meble, srebra sprzedają ludzie mający głębsze, najczęściej arystokratyczne, korzenie. Z nimi rozmawia się powoli, powoli pije kawę i powoli zawiera umowy. Sprzedaż rodowego majątku nigdy nie przychodzi łatwo. Przy okazji dowiadywałem się, że za biurkiem, komodą, biżuterią kryło się poczucie klęski. I tęsknota za utraconym majątkiem. Oni przecież nie kupili tych kamienic ze spekulacji czy hazardu, lecz pracowały na to całe pokolenia. Zacząłem pomagać tym ludziom, bo chodziłem w tych samych butach. Mój ojciec miał kamienice na Powiślu i Nowym Świecie, których nasza rodzina do tej pory nie odzyskała.

W dniu przekazania przez miasto kamienicy na Nabielaka, pamiętnego kwietnia 2006 roku, siostry z radości wystroiły się odświętnie.

Marek Mossakowski (z uśmiechem): - Brakowało tylko fanfar. Tak siostry się cieszyły. "To co teraz robimy?" - zapytała Bożena. "Skoro już mamy ten papier, to pojedźmy zobaczyć kamienicę" - ja na to. I pojechaliśmy w trzy samochody. "Dzień dobry - powiedzieliśmy lokatorom - miasto przekazało nam tę nieruchomość...". Awantura. Ludzie byli w szoku. Nie zrozumieli, co to znaczy, że kamienica jest czyjąś własnością. Zachowywali się różnie. Najczęściej wpadali w panikę albo złorzeczyli. Gdy Bożena, która jest nieformalnie szefową całej grupki spadkobierców, zobaczyła to wszystko, to powiedziała: "Jak się chcesz, Marek, użerać, to się użeraj. Ja się tym zajmować nie zamierzam". Wtedy kupiłem od sióstr udziały za ciężkie pieniądze.

- A skąd miał pan tak wielką sumę? - pytam Mossakowskiego.

- Nie pamiętam. Może pożyczyłem?

Nękanie

Trzy dni po wizycie spadkobierców, 28 kwietnia, do Brzeskich przychodzi pismo z administracji. Wynika z niego, że taką niespodziankę prezydent przygotował lokatorom już trzy miesiące wcześniej, podpisując decyzję o oddaniu kamienicy. Dodał, że decyzja ta nie narusza ich praw.

Źródło: Duży Format
  • 198
  • 15
  • 35
  • 71
  • 17
  • 232 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    208 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':