Żeby ludzie nie rzucali petów
Stanisław, z wykształcenia technik telekomunikacyjny, z zawodu ogrodnik, z powołania rycerz pasowany. Herb: Dąbrowa. Dowódca chorągwi gończej. Ma 33 lata i żonę, przyszłą lekarkę. Poznali się w bractwie.
Niewierzący. Bez nałogów. Mieszka w Gdańsku.
- O co pan walczy?
- Tu, pod Grunwaldem, to o takie typowe rzeczy dla inscenizacji: czyli na przykład za króla.
- A tak prywatnie?
- O spokojne życie.
- To znaczy?
- Żeby było na właściwym poziomie finansowym.
- A ten właściwy poziom to jaki?
- Zasadniczo teraz mi niczego nie brakuje.
- No, to o co pan walczy?
- Żeby to utrzymać.
- To defensywa, a jeśli chodzi o atak.
- To walczę o różne takie drobne sprawy. Tak drobne, że to nawet trudno nazwać walką. Żeby pani sprzedawczyni, gdy pytam ją o asortyment, wiedziała, co sprzedaje. Żeby ludzie nie mazali po murach, nie palili papierosów na przystankach, nie rzucali petów.
- A jak pan o to walczy?
- Walka to za wielkie słowo. Po prostu zwracam uwagę. A jak widzę, że przeciwnik ma przewagę liczebną, to dzwonię po służby porządkowe.
- A z czym pan w sobie walczy?
- Z lenistwem, gadulstwem i z tym, żeby się zbyt szybko i zbyt mocno nie denerwować.
- Ma pan jakieś zawołanie, które pan wykrzykuje, gdy rusza do walki?
- Mam, ale nie mogę zdradzić, bo ono jest używane tylko w czasie boju i potem musiałbym pana zaatakować w zbroi.
Żeby w Gostyniu się kręciło
Maciej: technik dentystyczny, chorąży krzyżackiej artylerii. Wcześniej był walczącym pieszym, ale stwierdził, że musi uważać na ręce. Są przecież źródłem utrzymania. Ksywka: Papa Knapek
Ma żonę, dwójkę dzieci, psa o imieniu Tekla. Wspólnie tworzą rodzinne bractwo, familię, i tak jeżdżą po imprezach. On występuje jako głowa rodziny.
Katolik, ale tolerancyjny. - Mam kolegę Araba, który jest muzułmaninem, i mnie to nie przeraża - mówi.
Mieszka w Gostyniu.
- O co pan walczy?
- O uczciwość. O to, by ludzie z ludzi nie robili debili.
- To znaczy?
- Po prostu nie cierpię naciągania, opowiadania ludziom głupot, traktowania ich jak jakiś ciemnych, żerowania na ich naiwności.
Powiem panu tak: jak chcę coś komuś wytłumaczyć, to mu mówię od początku do końca, i to tak długo, aż zrozumie, co on będzie miał zrobione, jak to będzie wyglądało, ile zapłaci i za co zapłaci. A nie tak, że mu wciskam kit tylko po to, by wycisnąć więcej.
Przykładowo przychodzi do mnie klient, zostały mu tylko trzy zęby, a ktoś mu proponuje protezę szkieletową. Na to ja mówię, że ten numer nie przejdzie, bo jeden ząb wyleci, to całą tę protezę, kosztującą, dajmy na, to 1500 złotych, trzeba będzie wyrzucić do śmieci.
- O coś jeszcze pan walczy?
- Poza tym to ja sobie mogę co najwyżej w domu powyzywać, że mi się nie podoba to czy tamto.
- A co się nie podoba?
- Że jesteśmy tyle lat po wojnie, a drogi mamy takie, jakie mamy. Albo że zamiast kupować tego zafajdanego F16 mogliśmy mieć grippena.
Albo powiem panu tak: kiedyś próbowałem, myślałem, że można coś zmienić, ale się okazuje, że nie można.
- A jak pan próbował?
- Próbowanie to jest może zbyt daleko idące słowo. Powiedzmy, że myślałem, że można coś zmienić, ale teraz to nawet już nie myślę.
- Co się takiego stało?
- Ja mam taką krzyżacką mentalność, że chciałbym, żeby się kręciło. Założyliśmy więc stowarzyszenie historyczne, chcieliśmy turniej rycerski zrobić, a przy okazji promować powiat, miasto. Niech by to poszło w świat, mamy swoją strefę ekonomiczną, więc może by się coś ruszyło i mniej by młodych z miasteczka uciekało. Zwłaszcza że widziałem, jak to działa. Byliśmy kiedyś w takim jednym niemieckim miasteczku, stowarzyszenie, 1200 osób, robi tam imprezę raz na trzy lata. Dziesięć dni, całe miasto zamknięte, wszyscy poprzebierani, super. Nasze władze są jednak tak oporne, że... no nie będę rzucał mięsem.
Żeby ładnie wyglądać w zbroi
Adrian prawdopodobnie herbu Aksak. I to z XIV wieku, ale pewności nie ma. Śledztwo rodzinne trwa.
Ma 20 lat, studiuje w Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy, zarządzanie nieruchomościami.
Rodzice prowadzą firmę handlującą nieruchomościami.
Ojciec, jak mówi Adrian, rycerstwo kocha, ale się nim czynnie nie zajmuje, bo ma problemy z kręgosłupem i ogólnie jest za stary. To znaczy ma 50 lat.
Ojciec marzy, że jak będzie bogaty, to kupi zamek i w nim zamieszka.
Jeśli chodzi o rodzeństwo, to tylko siostra ma zapał do rycerstwa. Brat woli samochody.
Adrian jest katolikiem i mieszka w Bydgoszczy.
- O co walczysz?
- Nie ukrywam, że o tytuły mistrza turniejów i sławę tego, kto jest dobry z miecza i ładnie wygląda.
- Ładnie wygląda?!
- Ma dobre i estetyczne uzbrojenie.
- Walczysz o coś jeszcze poza sławą i wyglądem?
- O pieniądze i pracę nie walczę, bo po rodzicach odziedziczę firmę. Hmm... może więc o to, by trzymać się własnych, prywatnych zasad.
- A jakie one są?
- One są tak prywatne, że nie chcę o nich mówić.
- Ale jak silniejszy tłamsi słabszego...
- ...to niestety, muszę pomóc. Problem w tym, że jeszcze nie miałem takiej okazji. Po prostu nie zdarzyło mi się, żebym zobaczył taką sytuację.
- Dziś pomocą słabszym zajmują się przeróżne fundacje, stowarzyszenia, nie przyszło więc ci do głowy...
- Moja szkoła fechtunku wspomaga fundację Adopcja Serca. To znaczy co miesiąc dajemy po 5 złotych na naukę jakiegoś bodajże Afrykanina z Nigerii. Azaliż uważam, że każdy powinien mieć równe szanse do szczęścia.
- Masz dziewczynę?
- Jestem kawalerem, romantykiem i wolę raz, a porządnie.
- A co z seksem?
- Jak byłem młodszy, to czasem, okazyjnie, się zdarzało, ale teraz już nie.
- Rozumiem, że walczysz z pokusami?
- Najgorszy jest pierwszy rok, a potem już jakoś idzie.
Żeby mężczyźni mówili: proszę
Kamila, 18 lat, uczennica liceum biochemicznego, po maturze wybiera się na psychologię albo weterynarię.
Rodzice prowadzą restaurację. Serwują kuchnię polską, głównie osiemnastowieczną.
Jedynaczka. Katoliczka. Panna.
Mieszka w Szczecinie.
- O co walczysz?
- O to, żeby czuć się wyjątkowo.
- To znaczy?
- Jestem znudzona codziennością. Tą monotonią: szkoła, dom, obiad, komputer, książka i do łóżka. Zawsze lubiłam z tej rzeczywistości czmychać. Dlatego czytam wiersze, dlatego je piszę.
Jestem też znudzona nowoczesnością. Tą globalizacją. Internet, telewizja, wszystko mamy pod ręką, nawet nie musimy się dostosowywać do pory dnia.
Przez tę nowoczesność nie ma tego, co ja bym chciała. W sensie jakby życia nie ma.
- Kiedyś ludzie nudzili się jeszcze bardziej.
- No tak, ale nie było takich sytuacji, że człowiek zna innego tylko z tekstów rozmów. A w internecie tak jest. Wielu znajomych mam tylko z internetu. Walczę o kontakt z ludźmi. Takimi żywymi.
- Masz coś takiego, z czym u siebie walczysz?
- Lenistwo.
- Lenistwo?! Przecież cały czas coś szyjesz, gotujesz, sprzątasz.
- Zawsze może być lepiej.
- O co jeszcze walczysz?
- O prawa zwierząt. Żeby ludzie myśleli o nich jak o istotach czujących, a nie jak o przedmiotach czy środkach zarobku.
- W średniowieczu zwierząt nie traktowano lepiej.
- To prawda.
- A kobiety?
- To były głównie strażniczki ogniska domowego.
- Czyli?
- Dobrze nakarmić, napoić, oprać, obszyć, posprzątać, zająć się dziećmi.
- Fajnie?
- Wszystko zależy od tego, jak się było traktowanym. Zresztą teraz jest tak samo. Niektórzy traktują kobietę przedmiotowo, a inni jak przyjaciela.
- Przedmiotowo czyli jak?
- Ugotuj, posprzątaj, zszyj. Nie ma słowa proszę.
- A ty walczysz?
- O to słowo proszę. Tylko tyle.
- A o równouprawnienie?
- Mam poczucie wolności, nie czuję żadnych barier.
- No, ale to rycerze walczą, a ty siedzisz i szyjesz.
- Moja rodzina się ze mnie śmieje, że ja to bym tylko szyła. Przecież jesteśmy w XXI wieku i wszystko można kupić. Ale to nie ma tej satysfakcji, jak się samemu zrobi. To po pierwsze. A poza tym: mężczyźni zawsze twierdzą, że wszystko zrobią sami. Że nie będą zależni od kobiety, a tak naprawdę, jak przychodzi co do czego, to czy mogłabyś mi się pomóc ubrać, ugotować, zszyć. Wspaniałe jest to ich uzależnienie od nas.
Żeby kobiety nie walczyły
Andrzej: 57 lat, emerytowany kapitan Wojska Polskiego. Dowodził baterią haubic samobieżnych.
Obecnie przedsiębiorca i prezes fundacji wspierającej wykluczonych.
Od 11 lat w opolskim bractwie rycerskim. Jest jego namiestnikiem.
Ksywka: Efendi
Mieszka w Opolu. To znaczy nocuje tam raz w tygodniu. Resztę czasu spędza na turniejach, imprezach i w byczyńskim grodzie. Jest w nim kasztelanem. - Przez 20 lat służby 13 byłem poza domem i teraz jest tak samo. Zamieniłem tylko karabin na miecz - mówi.
Ma żonę i syna. Oboje nie mają i nie chcą mieć nic wspólnego z rycerstwem.
- Tak to jest, jak synowie są wychowywani przez matki - wyjaśnia.
- O co pan walczy?
- A choćby o to, by te dzieciaki, które w naszym obozie spędzają wakacje, były uśmiechnięte.
- O coś jeszcze?
- Żeby pogodzić te moje rozliczne funkcje i zobowiązania.
- No właśnie! Jak pan daje radę być jednocześnie kasztelanem, namiestnikiem, przedsiębiorcą, prezesem fundacji?
- Praktycznie nie sypiam. Słowo daję.
- O Polskę pan nie walczy?
- Jak poszedłem do wojska, a miałem wtedy 17 lat, to wychowano mnie na janczara. To znaczy takiego, który się popłacze, ale zabije za ojczyznę i sam za nią zginie. Ale teraz, jak patrzę na to z boczku, bo z boczku stoję, to już bym się za ten kraj porąbać nie dał.
Normalnie krew mnie zalewa, jak widzę, kto próbuje nami rządzić.
W średniowieczu było lepiej. Wtedy rządzono jednoosobowo. Mogłem posłuchać doradców, ale potem (wali w stół) koniec. Moja decyzja, mój interes, moja odpowiedzialność. A tu mamy 465 posłów. Demokracja to jest jedna z gorszych rzeczy.
- A pan by wolał?
- Trzy osoby góra.
- Zna pan takie?
- No właśnie nie i tu jest problem.
- Czyli o co pan walczy?
- Żeby u nas w grupie było fajnie.
- A co by trzeba było zrobić, by w Polsce było fajnie?
- My jako młodzi oficerowie mówiliśmy, że jak wymrze stara, wychowana jeszcze przez Rusków kadra, to zrobimy porządek. Stało się tak, że guzik zmieniliśmy, bo przejęliśmy nawyki starych.
- Czyli co trzeba zmienić?
- Kadry. A sytuacja w Sejmie jest taka, że tylko ci odchodzą, co umierają. Tak to jest.
Poza tym nawyki stare trzeba zmienić. Żeby ludzie potrafili coś z siebie dać, a nie tylko, że ty mi dasz 2 złote, to ja za te 2 złote zrobię. Czasami trzeba dać coś i nie brać pieniędzy, do cholery jasnej.
- Pan tak potrafi?
- Kasztelanem jestem honorowo. Tak samo prezesem fundacji.
- A jeśli chodzi o żonę?
- O nią już nie walczę. Żyjemy obok i tyle.
- Ale był czas, że pan walczył?
- Zabrałem ją na dwa turnieje i się skończyło. Trudno wymagać od kobiety, jak ona nie chce, żeby się zajęła zbroją, mieczem, sprzątaniem namiotu.
- Walczy pan z feminizmem?
- W niektórych bractwach kobiety mogą walczyć, u nas nie. I zapowiedziałem, że dopóki ja tu będę, to nie będą mogły. Po pierwsze dlatego, że do cholery one nie są stworzone do walki. A druga sprawa: no jakby to wyglądało, gdyby któraś wygrała z członkiem bractwa. Przecież ten facet życia by już nie miał.
Niemcy mądrze mówili: "Kinder, Küche, Kirche", i tak powinno być.
- Wygląda na to, że jednak się zmienia?
- Na to wygląda.
- No to co pan zrobi?
- Nie mam pojęcia, dlatego zamknąłem się w swoim światku i tak sobię siedzę
Żeby być lepszą w walce
Majka: 30 lat, z wykształcenia prawniczka, z zawodu księgowa. Od trzech lat walczy mieczem.
Ma dziecko i męża. On też jest rycerzem, a poza tym pracuje jako techniczny przy obsłudze koncertów i przeróżnych imprez.
Majka mieszka w Łodzi.
Rzecz charakterystyczna: jest bardzo nieśmiała. Szalenie!
- O co pani walczy?
- O zwycięstwo, sławę i tytuły. Jak każdy.
- Tylko? Przecież pani jest jedną z nielicznych kobiet, które walczą.
- Nie łączę tego z żadną ideologią.
- A jak pani myśli, dlaczego kobiety w zasadzie nie walczą?
- Bo to jest bardzo obciążające fizycznie.
- A dlaczego pani walczy?
- Bo to jest bardzo obciążające fizycznie (śmiech).
- Nie chciała pani robić tego co inne panie?
- Bez szycia i gotowania trudno przeżyć, bo można umrzeć z zimna i głodu, ale ja jestem zafascynowana walką.
- Rozmawiałem z przeróżnymi przybyłymi pod Grunwald mężczyznami i oni twierdzą, że kobieta nie została stworzona do walki.
- Na szczęście trafiłam do grupy, w której mężczyźni myślą inaczej.
- Dali pani wsparcie?
- Po prostu powiedzieli, że będziemy trenować, walczyć i będzie fajnie.
- Inni mężczyźni nie mają problemu, żeby z panią walczyć?
- Zdarza się, że mają. Choć z czasem coraz więcej chcą. Widocznie przyzwyczaili się, biedacy. Przestało im to uwłaczać.
- A jak jakiś nie chce z panią walczyć?
- Nie to nie, jego sprawa.
- Pokonała pani jakiegoś mężczyznę?
- Niestety jeszcze nie.
- Kobieta powinna walczyć?
- Nie tyle, że powinna, ale może. Ja chcę.
- A w życiu prywatnym o coś pani walczy?
- Raczej nie.
- A to równouprawnienie?
- Jeżeli jakaś kobieta czuje się dyskryminowana, to powinna coś w tej sprawie zrobić, a nie tylko o tym gadać. To tak jak z tą moją walką. Samo gadanie, że bym chciała, nic by mi nie dało.
Po prostu mniej trzeba mówić, a więcej robić.
- Czyli można powiedzieć, że pani w jakiś sposób walczy o to, by kobiety mogły robić to, na co mają ochotę, a nie to, co im przypisuje rola.
- To nie w tych kategoriach. Ja po prostu robię to, co chcę, a tamto może się przy okazji dzieje. Ale to nie jest coś, na czym mi zależy.
- A na czym pani zależy?
- By być coraz lepszą w walce.
Żeby ludzie dostrzegli coś dobrego
Andrzej, 37 lat, od dziewięciu prowadzi własną kancelarię adwokacką. Specjalizuje się w sprawach karnych.
W ruchu rycerskim od pięciu lat. Najpierw walczył mieczem, od dwóch lat jest trubadurem. Ksywka: Kakofoniks.
Ma żonę, pracownicę międzynarodowego biura rachunkowego, i dwójkę dzieci.
Mieszka w Warszawie.
- O co pan walczy?
- Jak byłem rycerzem to walczyłem o chwałę. Wyłącznie o chwałę (śmiech). Odkąd jestem trubadurem, walczę o coś więcej.
- O co?
- My współcześnie uważamy, że będziemy żyć bez końca. Natomiast optyka średniowieczna - i to jest właśnie to, co mnie wciągnęło - polegała na tym, że w każdej chwili możemy umrzeć. Zaczepię o coś paluszkiem, zrobi się ranka, wda się gangrena i koniec. W średniowieczu ludzie wiedzieli, że mają bardzo mało czasu, więc muszą wykorzystać go maksymalnie, jak się da.
Siedzę więc sobie, bębnię, śpiewam i walczę o to, żeby ludzie zaczęli myśleć o tym, że ta minuta może być ostatnia. To jest moja misja.
- A tak poza tym?
- O to samo.
Widzi pan, odkąd sam sobie uświadomiłem, że życie jest kruche, zacząłem inaczej żyć. To znaczy rzeczy dla mnie ważne zacząłem robić teraz, a nie odkładać na później.
- Czyli jeśli pan uzna, że praca przeszkadza panu w realizacji tego, co dla pana ważne, to pan ją po prostu rzuci.
- Tak jest, tylko, że ja akurat swoją pracę traktuję jako powołanie. Powołanie do tego, by walczyć o to, by ludzie nawet w zbrodniarzach dostrzegli coś dobrego.
- O coś pan jeszcze walczy?
- O to, by Polacy wyzbyli się kompleksów. By wiedzieli, czuli, potrafili się chwalić przed całym światem naszą historia, naszą wielką chwałą.
Myślę, że ludzie czerpią z przeszłości wiarę w przyszłość. Jak więc śpiewam "Pieśń o Grunwaldzie", to ludzie słyszą ... przecież Polska za Łokietka miała niecałe 100 tysięcy kilometrów kwadratowych i niecały milion mieszkańców, minęło 300 lat nieustannej ekspansji i nagle Polska miała milion kilometrów kwadratowych i 10 milionów ludności. To jest rozwój bez precedensu.
Chcę pokazać ludziom, że kiedyś zdarzyło się coś niebywałego, i teraz może się zdarzyć znowu. No bo skoro naszym przodkom się udało, to dlaczego nam się ma nie udać. Ja w to wierzę.
Źródło: Duży Format