Joshua Bell zagra w Polsce dwa koncerty: 20 października w Filharmonii Częstochowskiej w ramach Festiwalu im. Bronisława Hubermana i następnego dnia w Teatrze Wielkim w Warszawie - koncert na rzecz budowy Muzeum Żydów Polskich
Na zdjęciu: jeden z koncertów danych w Las Vegas, 30 stycznia 2009
Fot. Corbis
Ostatni właściciel zapłacił za niego prawie 4 miliony dolarów
Waszyngton, stacja metra, parę minut przed 8 rano. Białe kołnierzyki biegną do swoich wymalowanych na biało biur. Pucybuci uwijają się jak w ukropie. Przed kioskiem z prasą stoi kolejka zdenerwowanych od rana urzędników.
Tylko facet w dżinsach i czapce z daszkiem spokojnie płaci taksówkarzowi i staje między automatem Lotto a kioskiem z prasą. Z małego pudełka wyjmuje skrzypce, stroi je, zaczyna grać.
Nie byłoby w tym nic ciekawego - tysiące ludzi grają na tysiącach stacji metra na świecie. Ale facet w dżinsach ma w rękach prawdopodobnie najdroższe skrzypce świata. Skrzypce, których historia ściśle wiąże się z dalekim, położonym nad Wisłą krajem.
Mały, szary chłopiec
Długie rozpuszczone włosy i nieco lalusiowata grzywka. Do tego marynarskie ubranko i sznurowane skórzane buty. To Broniś Huberman, cudowne dziecko, które na skrzypkach gra tak pięknie, że publiczność w całej Europie płacze ze wzruszenia i domaga się bisów.
Jego rodzice, niezamożni Żydzi z Częstochowy, chcieli Bronisia kształcić na pianistę. "Ich wyobraźnię pobudziła informacja prasowa o przebywającym wówczas w Europie Wschodniej szachu perskim, który po wysłuchaniu pewnego cudownego dziecka-pianisty w zachwycie obdarował je dożywotnią rentą, tytułem dworskim oraz Orderem Lwa i Słońca. Marzyło im się więc, by Broniś poszedł w jego ślady" - pisze biograf Hubermana Piotr Szalsza. Ponieważ jednak na fortepian nie było ich stać, zdecydowali się na skrzypce.
To był strzał w dziesiątkę. Już kilka lat później Broniś swoją grą utrzymuje całą rodzinę. Ojciec, pomocnik adwokacki Jakub Huberman, załatwia mu najlepszych nauczycieli, najlepsze kontrakty i w 1892 roku przeprowadzkę do Berlina. Broniś gra i gra, coraz więcej i więcej. Widzowie zapamiętują go jako szare, smutne dziecko, zbyt wcześnie dorosłe. - Męczyli go strasznie - mówi mi Piotr Szalsza. - Ojciec zrobił z jego talentu sposób na życie dla całej rodziny. Jeszcze wiele lat później jego bracia oczekiwali, że będzie ich utrzymywał.
Ale kiedy tylko Broniś chwyta za smyczek, wszystkie te sprawy przechodzą na drugi plan. Bo gra jak nikt inny. Zachwycony hrabia Jan Zamoyski funduje chłopcu skrzypce Stradivariusa. To prezent niezwykły. Na skrzypce XVIII-wiecznego włoskiego lutnika niewielu muzyków może sobie pozwolić.
W 1896 roku 14-letni Broniś gra na swoim stradivariusie w Wiedniu koncert Johannesa Brahmsa. Na widowni siedzi sam Brahms i ociera łzę za łzą. Po koncercie sadza sobie Bronisia na kolanach i - wciąż wzruszony - głaszcze chłopca po twarzy.
Gibson ginie i ginie
Bronisław Huberman wyrasta na skrzypka światowej sławy. Stradivarius od hrabiego okazuje się niestety podrabiany. Ale publiczność na jego koncertach i tak wypełnia sale od Nowego Jorku po Irkuck.
- Dziwi mnie, że w Polsce Huberman jest dziś niemal całkiem zapomniany - mówi Piotr Szalsza. - On nie tylko był genialnym skrzypkiem. To dzięki niemu przetrwała Żelazowa Wola - anonimowo wpłacił pieniądze, by restaurować dwór Chopina. Utrzymywał też Szymanowskiego.
Przede wszystkim jednak koncertował - nawet kilkaset razy w roku. W 1911 odłożył wreszcie podrabianego stradivariusa od Zamoyskiego i kupił sobie inny, o niebo lepszy model. Stradivarius ten nosi imię brytyjskiego skrzypka Alfreda Gibsona, który był jego poprzednim właścicielem. Mistrz Stradivarius wykonał go w 1713 roku. Stradivarius, jak wino, ma swoje lepsze i gorsze roczniki. 1713 jest wśród tych najlepszych.
W dniu zakupu podniecony Huberman pisze do żony: "Skrzypce kupione! 63 600 koron! Są piękne i brzmią pięknie (...). Targowanie przeciągnęło się do ostatniej chwili. (...) Stan zdenerwowania spotęgował się, gdy pomyślałem o pechu, jaki dotąd mnie w takich sprawach prześladował. Hrabia Zamoyski kupił mi stradivariusa, który jest w połowie podrobiony, a ja kupiłem guarneriusa, którego lakier był, jak się okazało, nowy. Pocę się więc ze strachu".
Instrument na szczęście okazuje się oryginalny. Jeszcze w tym samym liście podniecony Huberman dopisuje więc: "Alleluja! Wyjąłem go z futerału i jestem zachwycony!".
Ale pech nie przestał go prześladować. W 1919 roku mężczyzna przebrany w oficerski mundur kradnie stradivariusa z hotelowego pokoju w Wiedniu. Pokojówka zeznała, że człowiek ten przez kilka dni z rzędu przychodził do hotelu i pytał o skrzypka, aż obsługa uznała go za jednego z Hubermanowych przyjaciół. Tym razem Huberman ma szczęście: po kilku dniach policja odzyskuje instrument.
W 1936 roku, w trakcie koncertu w słynnej nowojorskiej Carnegie Hall, stradivarius ginie po raz kolejny. Tym razem na dobre. Huberman w następnym roku w katastrofie lotniczej na Sumatrze doznaje kontuzji obu rąk. Do koncertowania może wrócić dopiero tuż przed II wojną, po długiej rekonwalescencji w Szwajcarii. Tam też umiera w 1947 roku.
Kotlet u Nixona
Julian Altman przeżywał ciężkie chwile. Pod żadną szerokością geograficzną więźniowie nie lubią tych, którzy siedzą za molestowanie dzieci. A on siedział za molestowanie wnuczki własnej żony. Koledzy z celi uprzykrzali mu życie, jak tylko umieli.
Kiedy po kilku miesiącach odsiadki, w 1987 roku, dowiedział się, że ma raka żołądka, całkiem się załamał. Nie mógł uwierzyć, że on, król życia, kończy je w taki sposób.