Rocznik 1985, V rok na ASP w Warszawie w pracowni prof. Jarosława Modzelewskiego. Wystawy: Galeria 011, Toruń, 2007, Galeria Młodych Artystów, Warszawa, 2007, Kunstbrücke 2, Berlin, 2008,
"Cztery jelonki i coś", Galeria "Sztukarnia", Warszawa, 2009

Fot. Bartosz Bobkowski
Melania Yerka. Piękno narzędzia do zabijania
Abstrakcja?
- Nie, lotniskowiec.
No, piękny ten pani lotniskowiec.
- Przepiękny. W naturze też. Niewiele jest w świecie przedmiotów równie pięknych jak lotniskowce.
Ale skąd na sztalugach kobiety - lotniskowiec?
- To obraz sprzed dwóch lat. Dostaliśmy wtedy w pracowni zadanie - piękny obraz o wojnie. Przygotowując się, najpierw oglądałam zdjęcia najrozmaitszych machin wojennych. Szybko zrozumiałam, że nie powinnam malować machin z przeszłości, bo jest w nich także inne piękno, piękno starości, upływu czasu, trwania. A mnie chodziło o absolutnie czyste piękno narzędzia zabijania.
Co pięknego dostrzega pani w broni?
- Współczesna broń jest materializacją czystej funkcjonalności. Jest ascetyczna, zredukowana do jednego tylko - zdolności zabijania. Widok nowoczesnej broni coś w nas budzi. Nie wiem, jak to na nas działa - może to kwestia jej wewnętrznej harmonii? Broń jest dziś po ludzku drapieżna, okrutna, ale czysta, bez skazy - gdy jeszcze czeka na zabójcze uderzenie.
Najpierw skupiłam się na samolotach. Malowałam najróżniejsze - myśliwskie, bombowce, rozpoznawcze, zawsze z błyskiem chłodnego metalu, ale ostatecznie z samolotu zrezygnowałam.
Przecież to samoloty, nie zaś okręty, są ideałem funkcjonalności. Aerodynamiki oszukać się nie da. Absolutny funkcjonalizm samolotu jest zarazem absolutną harmonią, napowietrznym pięknem.
- Chciałam namalować sytuację poza czasem i poza rozpoznawalną przestrzenią. Samoloty na moich obrazach były bardzo konkretne, zdecydowanie wpisane w realną przestrzeń, istniejące w realnym czasie.
Zajęłam się lotniskowcem, bo jest w nim wyrafinowana harmonia, skończone, śmiałe piękno, i jest potęga, tak wielka, że sama siebie przenosi poza czas i miejsce. To lotniskowiec jest królem wojennych machin.
Fascynujące jest jego piękno widziane od dziobu - rozłożysta, ogromna góra wznosi się na bardzo wąskiej podstawie. Ten morski olbrzym władający światem, bo zdolny zadać cios w niemal każdym punkcie globu, ma idealne proporcje.
W trakcie pracy nad tym obrazem zrozumiałam, że piękno nie uznaje detalu, nie znosi zdobnego nadmiaru. Dlatego odrzuciłam cały ten gąszcz drobnych sprzętów i urządzeń oblepiający kadłuby realnych lotniskowców. Piękno lotniskowca zredukowałam do paru linii i plam koloru.
Czemu użyła pani takiego zestawienia barw, jakiego na morzu się jednak nie spotyka?
- Połacie jaskrawej bieli to srebrzyste burty intensywnie odbijające światło.
Kolor kadłuba to oczywiście nie jest kolor, na jaki maluje się lotniskowce. Chciałam, żeby ten kolor po prostu wychodził zdecydowanie z obrazu, by nie był płaski, bo wtedy obraz stałby się plakatem albo formą graficzną. Stąd te kolory, od niemal czerni, poprzez mocną czerwień aż do prawie różu.
One zresztą mają zdecydowanie erotyczną wymowę.
Pani wizja lotniskowca nieodparcie przywodzi mi na myśl paleolityczne przedstawienia kobiet - owe Wenus z Willendorfu, Vestonic itp. Linia kadłuba to linia ud tamtych korpulentnych fetyszy kobiecości, bardzo pełnych u góry, ku dołowi nagle smuklejących. U nich także podstawa materialnej obfitości jest nienaturalnie szczupła, wręcz wątła.
Źródło: Duży Format