Płaczą za nas
Włodzimierz Kalicki: Jak znajduje pan tematy do swoich obrazów?
Krzysztof Kolarz: Same mnie znajdują. Nie zastanawiam się nad tym, co chciałbym namalować, ale gdy w naturze trafię na coś ciekawego, zwłaszcza na interesującego człowieka, ręka sama szuka ołówka czy farb. To impuls - wiem, że kogoś chcę namalować, i biorę się do pracy.
Podchodzi pan do interesującego człowieka, przedstawia się, prosi o pozowanie?
- No nie, nie zaczepiam ludzi, jestem na to zbyt nieśmiały. Po prostu wpatruję się w taką osobę i staram się zapamiętać jej sylwetkę, ruch, grymas, światło układające się na twarzy. Potrafię patrzyć intensywnie, tak intensywnie, że to, co najważniejsze, po prostu zostaje w głowie. Potem, malując innego modela, staram się wykorzystać to, co z takich obserwacji mam w pamięci.
Nie robi pan tym anonimowym modelom fotografii?
- Maluję wyłącznie z natury, pomagając sobie pamięcią. Tylko to daje prawdziwą radość tworzenia. W malowaniu z fotografii jest dla mnie coś zniechęcającego.
Mówi pan o radości tworzenia, ale pańskie obrazy zaludniają znużeni, niemłodzi ludzie, o zniekształconych przez czas i niedomagania ciałach. To malarstwo jest głęboko pesymistyczne, dominuje w nim smutek ułomności istnienia.
- Zwykle maluję samotną postać we wnętrzu, zamkniętą w czterech ścianach razem ze swoimi lękami, ze swoją samotnością. Rzeczywiście, z reguły w moich obrazach są takie depresyjne sytuacje, w których jest mało światła, specyficzny, mroczny klimat. Interesuje mnie starość jako stan mentalny, sytuacja coraz większej rezygnacji, odarcia ze złudzeń, z nadziei. Starość jako czyste trwanie w opuszczeniu, w osaczeniu lękami. Fascynuje mnie także starość jako rozpad ciała, rozlewanie się skóry, włóknienie mięśni, tracenie kontroli nad strukturą swego własnego bytu.
Ale takie tematy i klimaty nie wykluczają dla mnie radości malowania. Staram się, żeby wszystko na płótnie było zrobione dobrze, zależy mi na wysmakowanym kolorze, światłocieniu, słowem - na warsztacie. Zmaganie się z materią obrazu, osiąganie adekwatnych do malowanej sytuacji rezultatów warsztatowych daje mi ogromną radość. A że maluję tematy depresyjne, dla niejednego widza zniechęcające, to całkiem inna sprawa. Po prostu tak czuję świat, tylko to wydaje mi się ważne i prawdziwe. Ładne modele w ładnych sytuacjach, w otoczeniu ładnych przedmiotów nie interesują mnie. W tym nie ma prawdy.
Ludzie ładni, szczęśliwi, spełnieni są fałszywi, udają?
- No nie, czasem na przykład maluję ładne kobiety. Gdy mam przed sobą ładną modelkę, to staram się stworzyć jej psychologiczny portret, zinterpretować ją, ale też uchwycić jej piękno, odnaleźć w niej ciepłe momenty, złapać jej kobiecą, erotyczną aurę.
To, że patrząc jako malarz na rzeczywistość, za istotne postrzegam jej ciemne aspekty, nie znaczy przecież, że jestem przypadkiem wymagającym pomocy psychologicznej. Staram się żyć normalnie i cieszę się z tego życia, jakie mam, z każdej dobrej sytuacji, jaka mnie spotyka. Czasem ogarnia mnie beznadzieja, bo życie początkującego malarza jest bardzo trudne, także materialnie. Zwłaszcza wtedy, gdy chce robić to, co wydaje mu się najważniejsze, nie zważając na gusty potencjalnych odbiorców.
A pan ma odbiorów potencjalnych czy całkiem realnych?
- Jest kilka osób, którym moje rzeczy się podobają, trochę obrazów zostało kupionych. To miłe, ale za mało, by po dyplomie móc się utrzymać z malowania. Dziś na rynku sztuki przede wszystkim liczą się zdolności marketingowe, mam czasem nawet wrażenie, że sama twórczość jest mniej ważna niż skuteczne jej promowanie.
Wystawy pomagają wypromować swoją twórczość.
- Nie robiłem wystaw.
Dlaczego?
- Nie chciałem.
Ostatnio maluje pan obrazy dużego formatu przedstawiające niemowlęta. Sprzedał pan już jakiś obraz z tej serii?
- Stworzyłem pięć prac z tego cyklu, trzy sprzedałem. Oglądającym podobają się, choć są ponure, dramatyczne.
Wielkie niemowlęta, płaczące, o czerwonawych ciałach, skąpane w krwawych czerwieniach. Skąd taki pomysł? O co w tym chodzi?
- Niemowlę to człowiek bez doświadczeń, bez odniesień do tego świata, jego reakcje są szczere, niezakłamane. Płaczące niemowlę nie godzi się na zastaną rzeczywistość, w pewien sposób obnaża, demistyfikuje nasz świat.
Niemowlę, przychodząc na świat, płacze zawsze, niezależnie od tego, czy urodzone jest w biedzie, czy bogactwie. To fizjologia.
- Ja to widzę inaczej. Młodzi ludzie w naturalny sposób nie godzą się na zastany porządek świata, jakikolwiek by on był. Płacz niemowlęcia jest protestem najpierwotniejszym, najczystszym z możliwych.
W tle tych obrazów wykorzystuje pan zmieszane z farbą strzępki gazet. Można nawet odczytać prasowe tytuły: "Kolejna porażka", "Polska tonie w bagnie", "Piach, pot i łzy", "Nie wie, co robi", "Grób nie dla każdego".
- Taką papką karmią nas codziennie gazety. To czeka te niemowlaki. Ale proszę nie uważać, że użycie przeze mnie strzępków gazet ma być znakiem mojego prywatnego buntu przeciw systemowi. Nie, nie chcę nikogo pouczać, niczego oprotestowywać. Raczej chcę zapytać widza, dlaczego żyjemy tak, jak żyjemy, dlaczego każdy z nas dokonuje takich wyborów, jakich dokonuje.
Niech ręka nie śpi
Włodzimierz Kalicki: Stolik, na nim skłębione druty, pusta przestrzeń. Pani martwa natura z drutami przesycona jest smutkiem.
Natalia Szymonik: Miałam kiedyś kolegę, robił studia doktoranckie na uniwersytecie. Cierpiał na depresję, chorował. Rzadko wychodził z domu. Kiedyś wysłał mi mailem zdjęcie: stół, na nim książka, kawa, komputer. Poza stołem nie było nic, zupełna pustka. Podpisał je: "Tak wygląda moje życie".
To zdjęcie zapadło mi w pamięć. Chciałam namalować tę sytuację - prosty, ale majestatyczny obraz, czysty formalnie, oszczędnie namalowany, lecz ze szczegółami. Stolik, kable, ściana, pustka. W trakcie tych rozmyślań gdzieś znikł komputer, zostały tylko kable.
Ale gdy o tym obrazie myślałam, sytuacja egzystencjalna ulatniała się coraz bardziej, a coraz mocniej pociągała mnie malarska atrakcyjność tego ujęcia. Mimo wszystko cieszę się, że obraz zachował niewesoły, melancholijny nastrój. Gdy rozmyślałam o malowaniu go, ten nastrój był przecież dla mnie ważny.
Na innym pani obrazie - widoku z okna w kamienicy na krakowskim Podgórzu, pełne roślin podwórko tonie w żywych kolorach, ale w tych barwach, w jasnym, pogodnym świetle, znów czai się smutek.
- Chciałam wyrazić pustkę przestrzeni zorganizowanej przez ciepłe, wręcz krzyczące barwy, pozornie otwartej, przyjaznej.
Obraz ze stolikiem i z kablami też ma w sobie coś z zamknięcia, choć tam gama kolorystyczna jest bardziej stonowana, kontemplacyjna. Dla mnie oba obrazy pokazują klaustrofobię, zmęczenie, rezygnację.
Pani malarstwo jest niewesołe, melancholijne, zgaszone. Nawet drzewa przemieniają się w byty nie z tego świata, niepokojące, groźne.
- Drzewa czasem są piękne, a czasem przerażające. Mają niesamowite kształty, ich korony żyją także w innym, niedostępnym dla nas wymiarze. Te drzewa są straszne, wręcz upiorne, ale magnetycznie przyciągają, tworzą struktury malarsko bardzo pociągające. Namalowałam chyba ze dwanaście obrazów z drzewami.
Smutek w obrazach wynika z mojego sposobu postrzegania i interpretacji rzeczywistości. To nie ma nic wspólnego z niemożnością przebicia się na rynek, raczej z moją osobistą sytuacją. Po prostu miałam potrzebę namalować takie obrazy. Ale poniekąd zawsze tak malowałam. Ciężko jest oddzielić życie od malowania, chyba że robi się coś na zamówienie.
A pani robi?
- Muszę. Trzeba przecież zapłacić rachunki. Prawdę mówiąc, jestem z tego powodu załamana, bo na malowanie nie mam tyle czasu, ile bym chciała. Z braku czasu od dawna nie mogę skończyć ostatniego obrazu.
Co konkretnie robi pani dla zarobku?
- Malowałam akwarelami storyboardy do filmu, czterdzieści akwarel formatu 16 na 9 cm. To historia pary, którą łączą chore relacje. Miałam nakreślone generalne przesłanie filmu, opisane konkretne ujęcia i malowałam. Przez pięć godzin dziennie, bite dwa tygodnie. Własnego obrazu już się wtedy malować nie dało. Była to przysługa koleżeńska.
Zarobkowo wykonuję użytkowe projekty graficzne.
Nie sposób wyżyć ze sprzedaży obrazów?
- A jak? Jestem w stanie namalować dziesięć, dwanaście obrazów rocznie - takich, na jakich mi zależy. Jeśli nawet sprzedać je po trzy, cztery tysiące, co w polskich realiach jest trudne do osiągnięcia, to po odliczeniu kosztów materiałów malarskich, kosztów wynajmu skromnego mieszkania i pracowni na życie nie zostaje niemal nic.
A ze sprzedawaniem prac nie jest wcale tak różowo. Jakiś czas temu dałam pośrednikowi kilka obrazów. Dopiero po roku sprzedał siedem z nich. W Irlandii, bo tam miał jakichś znajomych, którzy je w końcu wzięli. Ale ceny były skromne.
Pocieszam się, że dam radę malować bez sprzedawania swoich prac. Być może trzeba będzie pójść do jakiejś stałej pracy po to, by przeżyć, i wtedy nie da się już malować. Ale zawsze można malować wieczorami akwarele, można robić szkice, które być może zrealizuje się... w lepszych czasach. Najważniejsze, by wbrew wszystkiemu ręka nie spała.
Czy jest coś istotnego artystycznie, co łączy malarzy pani pokolenia?
- To trudne pytanie, bo znam głównie dorobek znajomych z mojego rocznika krakowskiej ASP. Wydaje mi się, że jest dobry klimat dla solidnego rzemiosła. Wygląda na to, że jesteśmy już znużeni eksperymentami z innymi mediami, że często spoza akcji i instalacji wychodzi nicość, pretensjonalność, brak warsztatu. Ja wcześniej sama malowałam bardzo ekspresyjnie, ale wbrew swoim skłonnościom narzuciłam sobie ograniczenia, by ćwiczyć warsztat. Bez doskonałego opanowania rzemiosła dzieło sztuki jest ułomne. Oczywiście, można warsztat upraszczać, nawet negować, ale to musi być świadome wyjście czy raczej odejście od biegłości i wiedzy, jaką się posiada. Skończył się czas na bylejakość w malarstwie, która wynikała z bylejakości rzemiosła.
Źródło: Duży Format