Od jakiegoś czasu boję się wakacji. Czy to normalne?
- Niech zgadnę: ma pan małe dziecko, którym na co dzień opiekuje się niania. A pan zmęczony i pragnie spokoju. Chce poczytać książkę, pomyśleć. A dziecka trzeba będzie pilnować: by zjadło, nie zsiusiało się, nie połknęło muszelki.
Na wakacjach jest się tatą od rana do wieczora. Z ostatnich wakacji wróciłem zmęczony. Czy teraz będzie lepiej? Dwoje trzylatków to chaos i decybele. Boję się, że stracę cierpliwość. Że zamiast ukochanym i wyczekiwanym, stanę się tatą surowym i skwaszonym.
- Już choćby to, że ma pan takie refleksje, dobrze wróży. Jest pan dobrym przykładem ojca angażującego się w wychowanie dzieci.
Pełnym obaw, niestety. Wychowywanie jest dla mnie jak stąpanie po polu minowym. Obawiam się, że pozornie drobny błąd może mieć poważne konsekwencje. Mam przykłady w rodzinie: zaradna mama cały czas stawiała za wzór córce jej starszą kuzynkę, która niby wszystko robiła lepiej - jadła, myła ręce, wiązała buty itd. Wiadomo, chodziło o to, by dziecko kogoś naśladowało. Tylko że ta, dziś już dorosła, kobieta wciąż czuje, że jest gorsza od innych. I nic nie może z tym zrobić. Marzy, by chociaż jej dzieci szły przez życie z podniesioną głową.
- Niestety. Mama nieświadomie założyła jej okulary, które wypaczają rzeczywistość. Co przez nie widziała? Że jest gorsza, że jest głupia. Że cokolwiek zrobi, nie zadowoli innych. A skoro tak, to znaczy, że świat jest niechętny, nieobliczalny i nie sposób go zmienić. W takim niechętnym świecie najlepiej się skulić, by nikomu nie wadzić i nie prowokować krytyki.
Mając taką nauczkę, nie ufa sobie jako matka. Teraz wszystko robi pod dyktando poradników. Tych na szczęście nie brakuje.
- Na szczęście? Mnie ich mnogość niepokoi. One często wyłączają samodzielne myślenie. Rodzice dają się uwieść jakiejś koncepcji, ślepo podążają za radami specjalistów i wpadają w trwogę, gdy ich dziecko odbiega od poradnikowego wzorca. Powinno już gaworzyć - nie gaworzy. Raczkować - nie raczkuje. Mówić - nie mówi. Albo więc z moim dzieckiem jest źle, albo ja coś robię nie tak.
Jesteśmy zalatani, szukamy dróg na skróty. Tak jest ze wszystkim. Kupujemy auto? Patrzymy na rankingi. Wychowujemy dziecko? Chcemy jasnych wytycznych.
- I gwarancji sukcesu. A w wychowaniu nie ma o tym mowy. Dlaczego? Bo każde dziecko jest inne. A gdy zaczyna odstawać od wzorca, podnosimy lament. Niepotrzebnie. Ono rozwija się w nieco innym rytmie, bo jest np. bardziej utalentowane, wrażliwe, ciekawskie lub ma trudny charakter po przodkach. Wystarczyło spytać babcię, ciocię, sąsiadkę - kogoś, kto ma więcej dzieci lub więcej dystansu. My jednak wolimy zaufać specjaliście z telewizji czy pisemka, bo cokolwiek poradzi, na pewno ma rację.
A często nie ma?
- Sporo jest publikacji stricte psychologicznych, rzetelnych, ale trudnych. Te łatwe powstają głównie po to, by dobrze się sprzedać. Są jak książki kucharskie z receptami. Generalizują i upraszczają. Raczej nie dowie się pan z nich, że np. wielu bardzo ruchliwych chłopców później zaczyna mówić. Najbardziej boję się łatwości, z jaką rodzice budują sobie obraz idealnego dziecka. A przyrównywanie do niedościgłych wzorców może być destrukcyjne i dla dziecka, i dla rodziców.
Na tym tle od lat wyróżnia się "Wychowanie" Benjamina Spocka - książka znana i mądra. Jej główne przesłanie - matko, uspokój się, zacznij myśleć, a dasz sobie radę - zawsze będzie aktualne.
Nawiasem mówiąc, jak śledzę wolty dotyczące choćby niemowląt, w rodzaju dawać marchewkę czy nie dawać, karmić piersią czy z butelki, o stałych porach czy na żądanie, to widzę, że nie ma i nie będzie żadnego złotego środka, skoro dzieci wychowane według sprzecznych recept żyją i mają się dobrze.
Może rodzice są zagubieni i kupują wszystkie te pisemka, książki i poradniki, by pomóc nie dziecku, lecz sobie? Bo po raz pierwszy w historii nie wystarczy proste naśladowanie metod wychowawczych naszych rodziców. To były jednak całkiem inne czasy. Zwłaszcza w tej części Europy.
- Skoro mnie tak wychowywano - mawiał ojciec, karząc syna, i 20 lat temu mogło to mieć sens. Dziś nie. Świat kręci się szybciej. Nasi dziadkowie i rodzice uformowani w tamtej epoce byli kompletnie innymi dziećmi wtedy niż nasze dzieci teraz. Wtedy problemem było zdobyć. Zdobywało się wędliny, pralki, kolorowy zeszyt dla dziecka. Teraz problemem jest wybrać. Tyle wszystkiego. Zalew rzeczy, informacji i atrakcji. Nie mieliśmy tego, więc łakniemy. To jest neoficki okres nasycania się dobrami.
Moi rodzice musieli główkować, bym się nie nudził. Dziś maluchy trzeba odciągać od komputera, konsoli, telewizora. Mają dzieciństwo przesycone elektroniką. Niemalże wrzuciliśmy je do sklepu z zabawkami.
- I dzieci przyjmują to za oczywistość. Także te z uboższych rodzin. Nawet jeśli zabawki stoją na zbyt wysokiej półce, to wiedzą, że są i że inni mogą się nimi bawić. Widzą je w telewizji albo w mieście na wycieczce. Potem mają pretensje do swoich rodziców.
Inna sprawa, że ilość nie zawsze przechodzi w jakość. Teraz dzieci rzadko mają ukochane zabawki, z którymi nie rozstają się latami. Za duży wybór, za dużo podniet, za blisko granicy percepcji. Jak to jest, przekonałam się w Muzeum Watykańskim. By zdążyć na samolot, musiałam zwiedzać je biegiem. Na wyciągnięcie ręki obrazy Leonarda, freski Botticellego i tysiące innych eksponatów, a ja zapamiętałam co? Wieczne pióro. Bez sensu. I tak jest dziś z dziećmi. Bywa, że od nadmiaru obojętnieją. Widziałam to w hojnie wyposażonym przedszkolu. Wokół pełno zabawek, a one się nudzą. Poprosiłam panie, by ruszyły głową. Wzięły klocki, nakryły czarodziejską chustką i wyciągały po jednym, mówiąc: "Ciekawe, co teraz wylosuję". I zaraz się maluchy zbiegły. To samo w domu. Mądry rodzic operuje paroma zabawkami, tylko umiejętnie chowa je i odkrywa. Przedmiot jest pretekstem, istotą - wyobraźnia. Bez niej nie ma dobrej zabawy.
Źródło: Duży Format