http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Duży Format >  Artykuły

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Duży Format

Urodzę za 12 tysięcy dolarów

Karolina Domagalska
2009-05-15, ostatnia aktualizacja 2009-05-15 10:50

Ze zdjęcia bardziej spodobała mi się Irina. Mojemu mężowi Maria, bo jest z zawodu pielęgniarką. On nie mógł ze mną przyjechać. I będę musiała zdecydować sama. Pewnie, że zdjęcie to za mało. Taki ktoś musi mieć serce w oczach. Duże serce. Skrycie liczę, że może kontakt z nią przerodzi się w przyjaźń. Choć wiem, że takich rzeczy nie da się wymusić

Co myślicie o "wynajmowaniu brzucha"? Piszcie: listydogazety@gazeta.pl



Isabelle wygląda, jakby była w ciąży.

Nie jest.

Do Kijowa przyjechała wybrać kobietę, która urodzi dla niej dziecko.

- W ciągu trzech dni będę musiała podjąć decyzję. Po ostatniej ciąży zostało mi 30 kg nadwagi i okrągły brzuch. Ludzie ustępują mi miejsca w autobusie, dziwią się, gdy zamawiam piwo. Przecież nie będę im tłumaczyć, że nie mogę mieć dzieci. Próbowałam cztery razy. Za każdym razem kończyło się katastrofą. Ale nie zaakceptowałam faktu, że nigdy nie będę mieć dziecka.

We wtorek poznam Irinę. 28 lat. W środę Marię. 32 lata. Wieczorem będę musiała podjąć decyzję, z którą podpiszę umowę.

Kontrakt

12 tysięcy dolarów - za urodzenie dziecka (jeśli kobieta jest w wieku od 20 do 33 lat, przedział 33--37 lat to 1,5 tysiąca mniej);

300 dolarów co miesiąc dla ciężarnej - na jedzenie, witaminy, kieszonkowe;

600 dolarów - na ubrania ciążowe (jednorazowo);

3 tysiące dolarów - dodatkowa opłata, gdy ciąża okaże się mnoga.

Przedmiotem kontraktu jest zajście w ciążę oraz urodzenie dziecka przez matkę zastępczą na rzecz rodziców biologicznych, którzy dostarczą materiał genetyczny.

Metoda: in vitro. Liczba prób: 3.

Matka zastępcza zobowiązuje się do: ujawnienia wszelkich informacji na temat stanu zdrowia teraz i w przeszłości, poddania się zabiegowi implementacji zarodka w jej ciele, konsultowania z lekarzami kwestii żywieniowych i pożycia seksualnego oraz zrzeczenia się praw do dziecka w terminie trzech dni od porodu.

Rodzice zobowiązują się do pokrycia wszelkich kosztów dotyczących spraw medycznych.

W przypadku trzech nieudanych prób, które kończą umowę, rodzice płacą matce zastępczej 1000 dolarów.

W przypadku przerwania ciąży na skutek działań matki zastępczej nie dostaje ona żadnej zapłaty oraz zwraca comiesięczną wypłatę.

Pieniądze, czyli miłość

- To, co ta kobieta zrobi dla mnie, jest tak ważne, że nie potrafię tego wyrazić. Rekompensata finansowa? Tutaj ceny są trochę niższe, ale ogólnie uważam, że zapłata to naturalna sprawa. Gdybym była bogata, dałabym więcej. Myślę, że obecnie w wielu przypadkach pieniądze oznaczają miłość. Gdy kogoś kochasz i dajesz mu pieniądze, dajesz mu również wolność, bezpieczeństwo, wygodę. A za taki dar nie ma ceny. Gdybym tylko mogła, dałabym jej coś więcej, coś innego. Ale co?

Farbowane blond włosy, kocie czarne kreski na powiekach, rubaszny śmiech. Isabelle wygląda o dziesięć lat młodziej niż 42, które deklaruje. Do Kijowa przyjechała ze Szwajcarii. - Tutaj prawo jest jasne, w przypadku implementacji embrionu w ciele innej kobiety rodzicami są właściciele materiału genetycznego. W Szwajcarii jest to ściśle zabronione - tłumaczy.

Podobnie jest we Włoszech, Niemczech i Austrii. W innych państwach Europy prawo albo tych praktyk nie reguluje (Belgia, Finlandia), albo je utrudnia. Na przykład w Wielkiej Brytanii, Danii i Hiszpanii zastępcze macierzyństwo jest dozwolone, ale tylko gdy jest nieodpłatne. W Polsce brak regulacji prawnych, istniejące prawo stanowi natomiast, że matką jest kobieta, która urodziła.

- Na Ukrainie, żeby zarejestrować dziecko jako swoje, wystarczy pójść do urzędu z zaświadczeniem, że surogatka zrzeka się praw do dziecka. Matką biologiczną zgodnie z tutejszym prawem być nie może, zapłodnienie w wyniku stosunku lub inseminacji jest wykluczone. W Szwajcarii akt urodzenia z ukraińskiego urzędu nie wystarczy. Będę musiała zrobić test DNA, żeby udowodnić, że to moje dziecko.

Dwa pogrzeby

- To okropne uczucie dać życie dzieciom, które nie mogą przetrwać. Opowiem ci o tym od razu, żebyśmy miały to już za sobą.

Problem ze mną polega na tym, że jestem bardzo płodna, ale nie mogę donosić ciąży. Mam mechaniczny defekt szyjki macicy. Po trzech miesiącach już się otwiera. Pierwszą dziewczynkę urodziłam w szóstym miesiącu. Była bardzo słaba. Lekarze powiedzieli mi, że może umrzeć naturalnie albo mogą jej podać zastrzyk. Wzięłam ją, żeby umarła przy mnie, ale bałam się, że cierpi, lekarze zaprzeczali, ale w końcu poprosiłam o zastrzyk.

Rok później znowu zaszłam w ciążę. Od czwartego miesiąca nie mogłam wstać z łóżka, nawet do toalety. Co tydzień sprawdzali, czy nie mam infekcji, która niestety się pojawiła. Dopiero gdy miałam 40 stopni gorączki, a infekcja zaczęła się rozprzestrzeniać, wywołano skurcze. Urodziłam piękną dziewczynkę. Mówiłam o niej rosyjska księżniczka, bo miała wielkie oczy w kształcie migdałów. Była na intensywnej terapii przez kilka dni. Jeździłam z gorączką na wózku, aby wziąć ją na ręce i patrzeć, jak bezgłośnie krzyczy.

Po trzech dniach lekarze powiedzieli, że mała jest w stanie śmierci mózgowej. Powiedz nam, kiedy będziesz gotowa, żebyśmy wyłączyli maszyny - usłyszałam. Zaczęłam krzyczeć. Zapytali, czy chcemy być obecni podczas jej śmierci. Wzięliśmy ją z mężem w ramiona.

Nazwałam ją Shanna. Kochałam ją tak bardzo. Myślę, że dlatego to wszystko robię. Mam jej zdjęcie w komórce. Nie chciałam stracić jej obrazu - zanim poda mi telefon, ostrzega, że zdjęcie zrobiła po śmierci dziewczynki.

- To było dwa lata temu - mówi po chwili. - Wciąż w pewnym sensie nie mogę w to uwierzyć. Dlatego robię wszystko, żeby mi się udało. Ale potrzebuję pomocy. Dla mnie urodzić komuś dziecko to najpiękniejsza rzecz, jaką człowiek może zrobić dla drugiego człowieka. Jeśli wszystko odbędzie się w ludzki sposób, będzie to dla mnie piękne doświadczenie. Może nawet bogatsze niż zwykła ciąża.

Indie, Kamerun czy Ukraina?

Zarodki Isabelle i Zafera czekają na surogatkę (od angielskiego słowa "surrogate" - zastępczy) w kijowskiej klinice Nadija od ponad roku.

- Gdy przyjechaliśmy rok temu z mężem, mieliśmy nadzieję, że uda nam się załatwić wszystko za jednym razem. Oddać komórki, które lekarze połączą w zarodki i zamrożą, znaleźć dla nich zastępczą matkę i podpisać umowę. Zarodków powstało siedem, z resztą poszło gorzej. Okazało się, że agencje pośredniczące w znalezieniu "surmamy" nastawione na klienta z zagranicy są za drogie. A my żyjemy bardzo skromnie. Mąż jest obywatelem USA, teoretycznie moglibyśmy próbować tam, ale w Stanach koszty dochodzą do 100 tysięcy dolarów. Tutaj, jeśli ominiemy pośrednika, całość może zamknąć się w 20-30 tysiącach.

Po trzech tygodniach poszukiwań Isabelle i Zafer wyjechali z Ukrainy. Nie znaleźli matki zastępczej. Isa była zrozpaczona.

Zarejestrowała się na stronie, która za 100 funtów oferuje dostęp do ogłoszeń surogatek z całego świata. Oprócz surogatek można znaleźć tam dawczynie i dawców komórek rozrodczych oraz rodziców w potrzebie.

- Bardzo dużo było ofert z Indii i Kamerunu. Początkowo chciałam jechać do Indii. To największe centrum macierzyństwa zastępczego, legalne i najtańsze na całym świecie. Niestety, Zafer jest bezglutenowcem i byłby to dla niego ogromny problem. Napisałam wiele e-maili, ale nikt nie chciał zgodzić się na to, aby pojechać na Ukrainę, gdzie zostawiłam moje zamrożone dzieciaki.

Aż w końcu natrafiłam w internecie na Lanę.

W oczach Lany błyszczy duma

Wysoka, duża, rozłożyste ramiona, które przygarną wszystkich. Tak Lanę opisała Isabelle. Bardzo precyzyjnie. Od razu ją rozpoznaję, gdy spotykamy się w pizzerii w jej rodzinnym Kremienczuku (cztery godziny busem z Kijowa). Jej bezpośredniość budzi zaufanie. Zamiast twardej negocjatorki, którą była, gdy mailowo umawiałyś-my się na spotkanie, widzę przejętą swoją rolą łagodną blondynkę.

- Pytałam jeszcze raz moje dziewczyny, żadna nie zgodziła się z tobą spotkać bez zapłaty - mówi na początku. - Wiesz, ja też uważam, że dopiero jak dziennikarz zapłaci, to się przyłoży, a nie napisze byle co. Dla ciebie zrobiłam wyjątek, bo lubię Polaków - śmieje się.

Lana ma 32 lata, dwójkę swoich dzieci i dwójkę, które urodziła dla innych. Ma też Pogotovie - firmę pośrednictwa między surogatkami i niepłodnymi parami.

- Myślę, że w tym roku liczba dziewczyn, które mam w bazie, przekroczy setkę. Rocznie moje dziewczyny rodzą mniej więcej piętnaścioro dzieci, większości nie widzę, bo rodzone są w Rosji, Czechach, Polsce. Wiele rodzin woli wziąć dziewczynę do siebie. Zapewniają mieszkanie, wyżywienie, opiekę i mają ją na oku. Ja sama jedno dziecko urodziłam dla Rosjan, w 2002. Potem rok spędziłam w Polsce, próbując zajść w ciążę dla Polaków. Niestety, nic z tego nie wyszło, ponieważ zarodki były za słabe. Ale w Polsce znalazłam inną parę twoich rodaków, z którą urodziliśmy w Moskwie - w oczach Lany błyszczy duma.

Druga cesarka, którą zrobiono w Moskwie, zabrała Lanie szanse na kolejne ciąże. Po dwóch cesarkach prawdopodobieństwo powikłań roś-nie, kliniki wolą się zabezpieczyć. Niektóre nie biorą już po pierwszej. - Poczułam się pusta, nikomu niepotrzebna. W tym czasie byłam bardzo aktywna na forach internetowych o surogatkach, byłam jedną z pierwszych mam, która urodziła dla obcokrajowców. Ludzie tam poznani pytali mnie, czy nie znalazłabym im kogoś na Ukrainie. W końcu, gdy wróciłam do domu, dałam w lokalnych gazetach ogłoszenie: poszukiwana mama zastępcza, zdrowa, do 35 lat, z dzieckiem.

- Brałaś od tych dziewczyn pieniądze?

- Od dziewczyn nigdy nic nie brałam i nie będę. Płacą mi tylko rodzice. Ale na początku nawet od nich nic nie chciałam.

- Dlaczego?

- Nie wiem, nie przychodziło mi to do głowy. Od pierwszych par dostawałam perfumy albo słodycze. To rodzice uświadomili mi, że takie usługi są potrzebne. Żeby ktoś dopilnował badań, spotkań, terminów. Był skrzynką kontaktową. Dziś to ja płacę za badania surogatek, dojazdy i ewentualne leczenie. Cena wynosi 1500 euro od kontraktu, z czego 300-400 euro to zwrot moich kosztów.

Zgłoszeń było sporo, wiele kandydatek na matki dzwoniło z ciekawości. Pytały o różne rzeczy:

Czy dziecko na pewno nie będzie z nimi powiązane biologicznie?

Czy będą mogły mieszkać w innym mieście, żeby rodzina się nie dowiedziała? (To częsta praktyka).

Czy dostaną rekompensatę, jeśli ciąża spowoduje problemy zdrowotne?

Tata nie wie

- Dzisiaj poznałam Irinę - po spotkaniu z pierwszą kandydatką Isabelle nie może usiedzieć na miejscu - tę, która mi się bardziej podobała. Była cicha, trochę spłoszona, zadała mi tylko jedno pytanie: jak długo jestem mężatką. Może bała się, że sama nie dam rady.

Jej mąż jest strażnikiem w więzieniu, mają jedno dziecko. Wiem, powinnam myśleć o moim dziecku, a nie o tym, żeby jej pomóc. Ale ona jest taka chuda. Ma czarne zęby i bardzo jej zależy.

Dzisiaj poczułam, że wszystko jest możliwe. Jedyne, co mnie boli, to konieczność wyboru. Myślałam, że decyzja będzie leżała bardziej w rękach lekarzy. Ale niestety to ja muszę odrzucić jedną z nich.

- Dlaczego Zafer nie przyjechał z tobą?

- Pojechał do Stanów zarabiać. Projektuje zastawy stołowe i różne dziwne urządzenia. Z wykształcenia jest malarzem. Gdyby nie pomoc moich rodziców, nie byłoby nas stać na matkę zastępczą. Poznaliśmy się w Nowym Jorku, gdy miałam 29 lat. Z wykształcenia jestem śpiewaczką, nagrałam płytę, komponowałam, ale na życie zarabiałam pracami po 8 dolarów za godzinę. Na dziecko zdecydowaliśmy się dopiero po powrocie do Szwajcarii, gdy miałam już 38 lat.

Rodzice nigdy nie zaakceptowali tego, że wyszłam za mąż za Turka. Mimo że był ze Stanów. Nigdy nam nie pomagali. Ojciec pytał: czemu nie wyszłaś za kogoś lepszego, bogatszego? W głębi serca nie chciał, żebym miała z Zaferem dziecko. Dopiero po śmierci mojej ostatniej córeczki mama postanowiła mi pomóc.

Tata nie wie nawet o tym, że pojechałam na Ukrainę, do Lany.

Ucieczka z Kremienczuka

- Gdy byłam mała, marzyłam, żeby mieć jedno dziecko - dziewczynkę - i nie mieć męża - śmieje się Lana. - Pewnie dlatego, że moi rodzice wiecznie się kłócili, wrzeszczeli, a potem tata wychodził z domu. Całe szczęście dziś, gdy są już starsi, żyją w zgodzie.

- Męża poznałam, gdy miałam 18 lat. Chciałam skończyć studia, planowaliśmy z tatą, że zajmę się w jego nowej firmie kontaktami z klientami, marzyły mi się podróże. Ale gdy rok później zaszłam w ciążę, postanowiliśmy się pobrać.

Mieszkali w rozpadającym się domku po babci na obrzeżach Kremienczuka. Niby dwa pokoje, ale bez wody, gazu, toalety. - Zamiast kuchenki i ogrzewania mieliśmy piec, wodę brałam z ulicy, gdzie robiło się też pranie. Ale byłam szczęśliwa. To musiała być miłość! - śmieje się Lana. - Po trzech latach musiałam przerwać studia, bo urodziłam drugie dziecko. Mąż pracował w fabryce torów, dobrze zarabiał, ale starczało tylko na potrzeby bieżące. Po pięciu latach odszedł do innej kobiety.

Sama z dwójką dzieci, bez pracy, Lana zaczęła szukać ofert w internecie. Już wcześniej widziała oferty surogatek. Dosyć szybko znalazła ogłoszenie Olgi i Siergieja z Moskwy. Zabrała swoje dzieci oraz kota i wynajęła się w Moskwie do urodzenia dziecka.

Lekarka doradza wykraść

- Na początku myślałam tylko o pieniądzach. Kontrakt podpisałam na 6 tysięcy dolarów, płatne po porodzie. Olga nie miała jednej nerki, problemy z sercem, lekarz wykluczył ciążę. Siergiej dużo pracował i dużo zarabiał. Cieszyłam się, że chociaż przez dziewięć miesięcy będę miała porządne mieszkanie i parę groszy, bo dostawałam małe kieszonkowe. Pierwszy raz coś we mnie drgnęło po wizycie w klinice ginekologicznej. To było siedem lat temu. Nie było jeszcze takich warunków jak teraz, na korytarzach kłębiły się tłumy, co chwila ktoś wychodził z gabinetu z płaczem.

Lana mieszkała w Moskwie pół godziny drogi od Olgi. Obydwie miały po 25 lat, szybko się zaprzyjaźniły. Gdy pierwsza próba okazała się porażką, Olga przez dwa miesiące nie odzywała się do Lany, nawet nie zadzwoniła. - Siedziałam w domu i płakałam. Gdy za drugim razem się udało, bałam się śmiać lub płakać, żeby nic się nie stało - wspomina z uśmiechem.

- Wszystko szło dobrze do USG, które zrobiliśmy w piątym tygodniu. Lekarz powiedział, że dziecko nie urosło, i że możliwe, że ciąża zamiera. Przez ten tydzień Olga codziennie przywoziła mi świeczki z cerkwi i dobre jedzenie, zazwyczaj mięso. Ja tego mięsa nie mogłam jeść, od razu robiło mi się niedobrze, ale musiałam.

Dalsza ciąża i poród odbyły się bezproblemowo. Jedynym kłopotem okazała się lekarka przyjmująca poród. - To była starsza kobieta i nie mogła pojąć, kim jest matka zastępcza. Oskarżała mnie o seks z żonatym mężczyzną, potem wmawiała, że dziecko jest do mnie stuprocentowo podobne i że nie powinnam go oddawać. Zakazała Oldze przychodzić do szpitala, wpuszczała tylko tatę. Na koniec zaproponowała, że pomoże mi wykraść dziecko w nocy i uciec - wspomina Lana. - Było to trochę nieprzyjemne, ale uczucia miałam jasne, to nie jest moje dziecko, nie mam do niego żadnych praw. Interesowałam się nim tak, jakby chodziło o dziecko brata, że takie maleńkie, takie śliczne. Byłam też duma, że to ja donosiłam i urodziłam. Gdy przynoszono mi je co dwie godziny do karmienia, wszyscy się dziwili, że karmię butelką, a ja specjalnie brałam tabletki, żeby nie mieć pokarmu. Trochę dziwne było tylko dla mnie to, że swoje dzieci zawsze nazywałam rudziki, bo miały rudawe włosy. A tu urodziłam dziecko naprawdę rude, prawie pomarańczowe. Rude, ale nie moje.

Komu ja to dziecko oddałam?

- Po tygodniu nas wypuścili. Z Olgą spotkałam się w samochodzie. Po roku znajomości nie ma się już obaw, czy wezmą dziecko. Bo ja na początku jak każda matka zastępcza bałam się. Co będzie, jak w ogóle nie odbiorą? Czy dadzą pieniądze? Olga zapłaciła mi od razu. Wzięli dziecko, wsadzili do taksówki i pojechałam do siebie. Dopiero jak weszłam do mieszkania, zaczęła się histeria.

Mój były mąż, który przyjechał, żeby zająć się naszymi dziećmi w czasie porodu, próbował dowiedzieć się, co mi jest. Czy żal mi dziecka? Czy coś boli? Ale ja sama nie miałam pojęcia. Zanosiłam się od płaczu i nie potrafiłam wydusić słowa. W końcu kupił mi kilka drinków w puszce, wziął dzieci na spacer, a ja zostałam i ryczałam.

Wieczorem zadzwoniła Olga i powiedziała, jak minął dzień. Ile mały spał, co jadł i ile, jak go kąpali, jak nasmarowali oliwką, ile pampersów wymienili. I nagle zrozumiałam, skąd wzięła się moja histeria. Olga miała wtedy 26 lat, nigdy wcześniej nie opiekowała się maleńkim dzieckiem. Na lalce córki uczyłam ją zakładać pampersy. I w głowie mi zostało, że ona nie będzie potrafiła się tym dzieckiem zająć. Więc jak usłyszałam, że dziecko je, śpi i jest bezpieczne, natychmiast się uspokoiłam.

W Moskwie byłam jeszcze miesiąc i ani razu nie płakałam. Byłam tylko ciekawa, ale nie chciałam sama dzwonić. Bałam się, że może pomyślą, że zapłacili mi, więc moja rola się skończyła. Jak wyjeżdżałam, wszystko było w porządku. Dziś Aleksander, nawet ładne imię mu dali, ma pięć lat. Trochę mi żal, że nigdy się potem nie odezwali. Myślałam, że się zaprzyjaźniliśmy.

Niedawno znalazłam ich na jednym portalu internetowym. Na żadnym zdjęciu Olgi nie było Aleksandra. Strasznie się zdenerwowałam. Może tak jak Olga miał słabe serce? Szperałam w tym internecie i szperałam, aż w końcu znalazłam. Istnieje! To była wielka ulga. Teraz zaglądam

tam raz na rok. Nie więcej. Nie myślę o nim często. Ale myśl, że mógłby nie żyć, była paraliżująca.

Jak to robiłam w Polsce

Po powrocie z Moskwy Lana ponownie ogłosiła się w internecie. - Odezwali się Polacy. Miesiąc później zjawiłam się we Wrocławiu. Byłam taka pewna siebie. Poprzednia surogatka, Polka, nie zaszła w ciążę trzy razy, ale mnie się na pewno uda, u mnie będzie od pierwszego razu, przecież jedno dziecko już tak urodziłam.

Procent powodzenia techniki in vitro wynosi około 40 procent. W przypadku matki zastępczej szanse rosną nawet do 50 procent, ponieważ kobieta jest zdrowa, zdolna do rodzenia. Problemem może się okazać materiał

genetyczny. Jeśli zarodki są za słabe, nic nie

pomoże.

- Nie byłam przygotowana na porażkę. Nawet czułam, że jestem w ciąży. Kolejne dwa razy też się nie powiodły. Lekarz w Białymstoku najpierw powiedział, że mu psujemy statystyki, a na koniec stwierdził, że wina musiała być w zarodkach. Kobieta miała 37 lat i wyciętą macicę, to osłabia pracę jajników.

Spędziłam u nich rok. To byli zwykli ludzie, on menedżer, ona agentka ubezpieczeniowa. Ich rodzice byli chyba bardziej zdenerwowani niż oni. Zawsze u nich zostawiałam dzieci, gdy z rodzicami jechaliśmy z Wrocławia do kliniki w Białymstoku. W ciągu dnia uczyłam córkę, bo była już w wieku szkolnym, i siedziałam na forach internetowych dla surogatek.

Na koniec dostałam bilet powrotny i to wszystko. I jeszcze wróciłam z deportacją, bo wizę miałam na trzy miesiące. Myślałam, że jak zarobię, to uda mi się wszystko załatwić na granicy. Teraz moje dziewczyny mają w kon-trakcie zagwarantowane 300 dolarów miesięcznie i jak po pół roku, po trzech próbach, nic się nie uda, to dostają tysiąc dolarów wynagrodzenia.

Pod koniec pobytu w Polsce znowu dałam ogłoszenie. To też byli Polacy, ale zaproponowałam im Moskwę. Nie chciałam już pracować z polskimi klinikami, w Moskwie obsługa wydawała mi się bardziej profesjonalna. Ta mama nie miała macicy i jajników, skorzystała z anonimowej dawczyni. Raz przyjechali, żeby mąż oddał nasienie. Zapłacili i odlecieli. Dalej wszystko robiłam sama. Sama chodziłam na badania, brałam zastrzyki przygotowujące do transferu zarodka, przechodziłam transfery.

Gdy za drugim razem dowiedziałam się, że jestem w ciąży, zadzwoniłam do polskiej mamy i 40 minut płakałyśmy do słuchawki. Wspaniała chwila.

Narkotyk

Lana wzdycha i opada na krzesło.

- To jest jak narkotyk, uzależnienie. Pamiętam, że po drugim dziecku myślałam, że już nikomu nie jestem potrzebna, muszę odejść, a przecież nie chcę, nie mogę bez tego żyć. Wiele surogatek mówi to samo. To nie jest taka praca, że tylko otrzymujesz pieniądze i działasz jak automat. Zawsze dostajesz tyle wdzięczności, tyle emocji, nerwów. Masz poczucie, że robisz coś, co naprawdę jest potrzebne.

Wiem, że będę z tym sama

Wieczorem przed środą, kiedy Isabelle ma poznać drugą surogatkę i podjąć decyzję, przychodzi na spotkanie podcięta.

- Wybrałam się dzisiaj na zwiedzanie ławry, spotkałam Anglików z mojego hostelu i poszliś-my na kilka piw. O mały włos nie powiedziałam im, po co tu przyjechałam. Nigdy nie wiadomo, jak ludzie zareagują.

O tym, że w Szwajcarii jest to temat tabu, dowiedziała się w szpitalu.

- Po śmierci Shanny lekarze wysłali mnie do psychiatry. Wspomniałam jej o matkach zastępczych. Podczas trzeciej wizyty przez całą godzinę tłumaczyła mi, że macierzyństwo zastępcze to prostytucja. Strasznie mnie to zabolało. Napisałam jej list, że oceniła coś, o czym nie ma pojęcia, relację opartą na szacunku, wsparciu, i że poczułam się obrażona. Największe zastrzeżenie miała do wyrazu praca. Ale tutaj go używają. Pytam te kobiety: czemu chcesz być mamą, a one odpowiadają: bo to dobra praca. Oczywiście, że to praca, nawet gdy jesteś matką swojego dziecka, to wykonujesz pracę. We francuskim o porodzie mówi się "travail d'ac-

couchement", czyli praca rodzenia. To jest praca. Ale nie jest to zwykła umowa handlowa. To niezwykła ludzka przygoda. Ta kobieta będzie jak siostra, stanie się częścią rodziny, kimś, kogo nigdy nie zapomnę. Poglądy Kościoła również nie robią na mnie wrażenia. Bóg jest tam, gdzie jest życie, a to jest krok w kierunku afirmacji życia. Jestem gotowa na to, że w moim kraju będę z tym sama - mówi zdecydowanie.

Tyle już nakłamałam

Lana również żyje w ukryciu. I również usłyszała argument o prostytucji. Były mąż jest jedyną osoba, która wie, czym się zajmuje. - Gdy jechałam do Moskwy, powiedziałam, że mam kontrakt jako korektorka w piśmie, rzeczywiście miałam tam małe zlecenia. Dzieciom też nie powiedziałam, zawsze byłam gruba, więc się nie zorientowały. Pod koniec tylko narzekałam - oj, jak przytyłam, kiedy ja wreszcie schudnę.

Największy kłopot mam z rodzicami. Blisko jesteśmy ze sobą, a ja ich okłamuję. Tata jest biznesmenem i kiedy siedzimy razem z bratem, a rozmowa schodzi na pracę, ja zawsze coś zmyślam. Mam taki poboczny biznes, wydawnictwo, jestem wiceprezeską, ale to tylko przykrywka. Tyle już nakłamałam, że nie wiem, jak miałabym teraz się przyznać.

Kiedyś, na początku, gdy nie miałam swojego komputera, sprawdzałam u taty informacje na temat surogatek. Nie wiedziałam, że jest taka funkcja, która pozwala sprawdzić historię przeglądanych stron. Gdy mój tata zobaczył, o czym czytałam, zrobił straszną awanturę i zabronił korzystać z komputera. Podczas awantury powiedział, że matka zastępcza jest gorsza od prostytutki. I tak mi w głowie zostało.

Czym tu się chwalić?

Lana nie jest odosobniona w obawach przed upublicznieniem swojej działalności. Mimo że macierzyństwo zastępcze jest na Ukrainie całkowicie legalne, nie jest dobrze widziane. Kliniki leczenia niepłodności, które nie tylko wykonują odpowiednie zabiegi, ale mają własne bazy matek zastępczych, na zainteresowanie mediów reagują alergicznie. Odmawiają spotkania lub odpowiadają wymijająco. Boją się kontrowersji i atmosfery skandalu, szczególnie po aferze sprzed dwóch lat, kiedy pewna Amerykanka, która zawarła kontrakt z surogatką, przyjechała na Ukrainę kilka dni po porodzie. Gdy zjawiła się w konsulacie z aktem urodzenia, daty przekroczenia granicy oraz porodu zostały skojarzone i kobieta trafiła do aresztu pod zarzutem handlu ludźmi. Sprawę skomplikowało wykorzystanie komórek dawczyni. Ostatecznie ją zwolniono, ale dziecko zostało na Ukrainie, oddano je do adopcji.

- Nie chcemy promować macierzyństwa zastępczego, ten, kto potrzebuje pomocy, przychodzi i ją otrzymuje, ale nie chcemy zamieniać się w ekspertów wyłącznie w tej dziedzinie. Przede wszystkim jest to forma leczenia proponowana, gdy wszystkie inne metody zawiodą. Zgodnie z prawem surogatka może pomóc tylko parze, która nie może urodzić swojego dziecka z udokumentowanych powodów medycznych - mówi Walerij Zukin, szef kliniki Nadija oraz wiceprezes Ukraińskiego Stowarzyszenia Medycyny Reprodukcyjnej. - Nie podoba mi się robienie z Ukrainy mekki macierzyństwa zastępczego. Zasadniczy jest tu aspekt moralny. Dlaczego mamy się reklamować jako centrum surogatek? Bo jesteśmy tańsi? My nie chcemy z nikim konkurować, bo w tym temacie nie może być mowy o konkurowaniu.

W całej Ukrainie funkcjonują 22 kliniki leczące niepłodność. Według Ukraińskiego Stowarzyszenia Medycyny Reprodukcyjnej w 2007 roku surogatki urodziły 32 dzieci, z czego pięcioro dla obcokrajowców. To jedyne dostępne liczby. Sami autorzy przyznają, że dane te są zaniżone. Internet przepełniony jest stronami oferującymi matki w języku angielskim, rosyjskim, włoskim, niemieckim, hiszpańskim, francuskim. Pośrednictwem zajmują się też prawnicy.

Mnóstwo jest również ogłoszeń prywatnych.

Szukam surogatki dla siostry

"Surogatka z doświadczeniem, wiek 35 lat, dwójka dzieci, zamieszkała w Kijowie".

Kijów okazuje się Festowem, oddalonym o godzinę drogi pociągiem podmiejskim. Natasza nie chce rozmawiać przez telefon, zaprasza do siebie. Pod szkołę, gdzie się umówiłyśmy, przychodzi pomarańczowa od solarium, cała w cętkach i złocie mama z córką i rasowym cocker-spanielem. Kamienica to ruina, mieszkanie Nataszy jest klitką, ale wyposażoną w dwa telewizory, komputer i odnowioną łazienkę z prysznicem. Pijemy herbatę, siedmioletnia córka Nataszy siedzi z nami przy stole. Tłumaczę, że szukam surogatki dla siostry.

- Czy rodziłaś już dla kogoś? - pytam.

- Tak, dwa lata temu dla pary Szwedów, mieli po 50 lat - Natasza wyciąga z szafy kontrakt, który potwierdza informacje. - Na umowie jest kwota 12 tysięcy dolarów, ale zapłacili 16, tacy byli szczęśliwi. Byli tu dwa razy, a ostatni miesiąc mieszkali w Kijowie. Dziecko było takie podobne do mamy. Po porodzie oni z nim siedzieli, karmili.

- Nie było ci smutno?

- Nie. Od początku byłam nastawiona na to, że to nie moje dziecko. Nie przywiązałam się.

- Dlaczego to robisz?

- Całe życie byłam kucharką, ciężka praca, mało pieniędzy. Starszego syna oddałam do Kijowa, do rodziców, bo się tu nie mieścimy. Koleżanka pracuje w klinice, powiedziała mi, że mogłabym spróbować, że dobrze płatne i można komuś pomóc przy okazji.

- A co mąż na to?

- Podoba mu się. Zresztą cała rodzina mnie wspiera. Gdy byłam w ciąży, teściowa nawet wiadra z wodą mi nie pozwoliła podnieść. Lekarz mówił, że o taką ciążę to trzeba bardziej dbać niż o swoją.

- Gdzie można by zrobić zabieg?

- Współpracuję z jedną kliniką w Kijowie, mają moje wyniki badań. Jak pójdziemy tam razem, to będzie taniej, niż gdybyś sama do nich zadzwoniła.

- Jakie są twoje warunki?

Natasza błądzi wzrokiem po obitych kilimami ścianach. - Co do ceny możemy się dogadać, 12 tysięcy dolarów powinno być OK.

Cząstka siebie

- Lana, czy w ciąży tym dzieciom nie przekazujesz cząstki siebie?

- Kiedyś o tym dużo myślałam. Z jednej strony dziecko wie, co lubisz, czego słuchasz, co mówisz, ale z drugiej strony nikt nie wie, jakie to ma znaczenie. Pewne jest jedno. Wykluczona jest sytuacja, żeby matka miała negatywne emocje wobec przyszłych rodziców, żeby czekała, aż urodzi i pozbędzie się bagażu. Żadna kobieta nie będzie pracować z parą, której nie chce pomóc. Szuka, dopóki nie będzie pewna, że będzie mogła tej parze oddać dziecko w spokoju, bezpieczna o jego los. Chodzi o poczucie szczęścia, że tej parze pomogłaś. Jeśli tego nie ma, nie można pracować.

Wpływ macierzyństwa zastępczego na psychikę kobiety nie jest jeszcze dokładnie poznany. Dotychczasowe, niezbyt liczne, badania pokazują, że nie stanowi ono zagrożenia dla integralności psychiki. Rozmowy z 34 surogatkami, średnio po roku od urodzenia dziecka, przeprowadzone przez grupę brytyjskich badaczy?z londyńskiego City University wykazały, że nie poniosły one żadnych psychicznych

kosztów.

Wiktoria!

Czwartek wieczór. Isabelle jest wykończona. - Podpisałam. Ale imię matki nie jest jeszcze wpisane, bo okazało się, że badania miała robione pół roku temu, a klinika wymaga badań sprzed maksimum dwóch miesięcy - mówi i wyciąga stosy dokumentów w języku ukraińskim. Jest umowa z Laną, umowa z kliniką i z matką zastępczą. Załączono nawet zaświadczenie o niezaleganiu z podatkami matki zastępczej.

- Skąd wiedziałaś, co podpisujesz?

- Tłumaczka, która z nami była, trochę mi przeczytała. Kontrakt z surogatką widziałam już wcześ-niej, Lana przesłała mi mailem. Przetłumaczyłam sobie w internecie, wyglądało OK. Musiałam zaryzykować. Wszystko tu opiera się przecież na zaufaniu. Gdy tylko kobieta przedstawi badania, klinika uzupełni jej imię w kontrakcie.

Wczoraj okazało się, że Maria, ta, która bardziej podobała się Zaferowi, nie mogła przyjechać. Zamiast niej Lana przyprowadziła Wiktorię. - Z wyglądu mogłaby uchodzić nawet za Turczynkę, ma bardzo ciemne włosy, jej mama pochodzi z Uzbekistanu. Jest otwarta, wesoła, ma 32 lata i dwójkę dzieci. Jej mąż prowadzi firmę przewozową i wspiera ją w tym przedsięwzięciu. Nie była jeszcze matką zastępczą, ale jej przyjaciółka była, więc dużo wie na ten temat - opowiada Isabelle, nieprzytomna od wrażeń i stresu, który teraz powoli zamienia się w otumanienie. - Irina miała za dużo smutku i niezdrowy wygląd, który zaczął mnie martwić. Wybrałam Wiktorię, bo wiem, że od niej dziecko dostanie pozytywną energię. Myślę, że między nami zaiskrzyło.

* Na prośbę bohaterów wszystkie imiona, oprócz Lany, zostały zmienione.

**Najnowsze wieści od Isabelle: "Wiktoria zachorowała na zapalenie płuc, wszystko opóźni się o jakieś trzy miesiące. Lana proponowała mi inne kobiety, ale postanowiłam poczekać. Nie mam już siły, no i nie mogę zawieść Wiktorii"

Źródło: Duży Format

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4.7

3 głosy

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne