http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Duży Format >  Artykuły

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Duży Format

Krzysztof Komeda. Chłopiec to był

Donata Subbotko
2009-05-01, ostatnia aktualizacja 2009-04-29 12:36

Potrafiłam walizkę mu wystawić, wypchnąć go i zamknąć drzwi. Ale jak się wykrzyczałam ze 40 minut, to mi się go żal robiło. Otwieram drzwi, walizka stoi i on. Bez słowa. To ja walizkę z powrotem i mówię: "Chodź. Już mi przeszło". Rozmowa z Zofią Komedą-Trzcińską

Imieniny projektantki mody Barbary Hoff. Na zdjęciu po prawej stronie Barabary Hoff - Krzysztof Komeda. Warszawa, 1969 r.
Fot. Tadeusz Rolke
Imieniny projektantki mody Barbary Hoff. Na zdjęciu po prawej stronie Barabary...
ZOBACZ TAKŻE
Dwa miesiące temu zadzwoniła do mnie chrześnica Komedy, córka kontrabasisty Jasia Byrczka, która mieszka w Nowym Jorku i jest słynnym medium. Depardieu przyjeżdża do niej z Paryża i ona mu wróży, czy ma zagrać w filmie. Więc zadzwoniła o dziewiątej rano naszego czasu z pretensjami: "Ja już przez tego twojego Krzysia trzy noce nie śpię. Jest druga godzina, a on przychodzi do mnie i każe do ciebie dzwonić, że on cię nadal kocha i stale jest z wami". Powiedziała: "z wami". Czyli ze mną i z Tomkiem, moim synem.

A pani on się śni?

- Nie, mnie nie.

23 kwietnia minęło 40 lat od jego śmierci. W fatalnym 1969 roku tragicznie zginęli pani mąż Krzysztof Komeda, po nim Bogumił Kobiela, Marek Hłasko

- To był czas śmierci, przychodziły jedna po drugiej. Agnieszka Osiecka powiedziała, że teraz trzeba się pilnować, bo wszyscy umierają. Musiało być jakieś fatum, bo przecież nie szaleli aż tak bardzo. Cybulski, który zginął przed nimi, potwornie się bał wskakiwania do pociągu, a w końcu pod niego wpadł. Na jego pogrzebie w Katowicach przemawiał Kobiela. Powiedział: "Ciekawy jestem, kto następny z tego grona odejdzie". I zginął niedługo potem. Chyba dlatego te słowa zapamiętałam. A Krzysiu od dzieciństwa bał się widoku popękanej, wysuszonej ziemi. Mówił, że nie może na nią patrzeć, bo ma gęsią skórkę na rękach. I na taką ziemię potem spadł.

Tu, w Polsce, ludzie mają teorię spiskową. Przyszła pani, która chce zrobić film o Komedzie, i pyta mojego syna, czy przy kręceniu "Dziecka Rosemary" ukazał się szatan, czy śmierć Komedy, Hłaski i morderstwo Sharon Tate to jakaś kara. Zresztą Marek Niziński - poeta, który w Ameryce był sekretarzem Krzysia - też sobie życie odebrał. Ludzie szukają w tym siły diabła. To, że Krzysiowi tam się udało, schodzi na drugi plan. A przecież był niewiarygodnie pracowity. Tu, w Warszawie, całe dnie siedzieliśmy cicho w kuchni, bo on pracował w pokoju. Napisał muzykę do 65 filmów, wszystko w pokojowej wnęce. Nieraz wyciągałam go do SPATiF-u, patrzyliśmy, gdzie kto siedzi, i dołączaliśmy do najmilszego stolika. Czasem do Tadzia Konwickiego, z którym się przyjaźniłam, czasem do innych. "Ty komunistyczny chuju złamany" - mówiłam Tadziowi, bo w partii był. Wszystko znosił. Bardzo go kocham do tej pory.

I upijaliśmy się. Świadomie Komedę upijałam. Żeby się odprężył - tyle pracował. Ale i tak następnego ranka siadał przy pianinie.

A Krzysztof z kim się przyjaźnił?

- On nie miał przyjaciół, on miał znajomych. Bardzo zam-knięty w sobie, rzadko się ujawniał. A uczucia to w ogóle. Chyba raz tylko. Kiedyś na Festiwal Jazzowy w Sopocie przyjechał z RFN taki piękny puzonista Alfred Mangelsdorff. Byłam wtedy impresario Sekstetu Komedy i codziennie rano jeździłam tramwajem do biura festiwalowego, a on na jednym z przystanków dosiadał się do mnie. No i Komeda się o tym dowiedział. Potem jechaliśmy z Sopotu do Warszawy pociągiem w wagonie sypialnym. Ja leżę na górze, on na dole. I jakieś takie wzdychanie słyszę. Zeszłam, macam, a on cały we łzach. Był przekonany, że go rzucę, bo ten puzonista przyszedł do niego i powiedział: "Ja się w twojej Zosi zakochałem i będę się starał, żeby wyszła za mnie za mąż". Dla Komedy to było nie do pomyś-lenia, że po czasach stalinizmu ja z tego nie skorzystam i nie wyjadę do Frankfurtu. A ja przecież odmówiłam. Nawet potem, jak już Krzysiu umarł, drugi raz zaproponował mi małżeństwo. Ale też się nie zgodziłam.

Niedługo minie 50 lat od waszego ślubu.

- Coś mi świta, że to był koniec października, bo wszyscy mieli pretensje: święto zmarłych, a wy ślub bierzecie. A my specjalnie to wtedy urządziliśmy, bo muzycy z całej Polski zjeżdżali się do Krakowa na Zaduszki Jazzowe. Ślub braliś-my w dwie pary, z Trzaskowskimi. "Przekrój" pisał wtedy: "Obaj panowie po raz pierwszy, obie panie po raz drugi". Kurylewicz zaaranżował nam Mendelssohna na cztery saksofony. Jak szliśmy w pochodzie przez Rynek do Jazz Clubu, to grali nam tego marsza. Wesoło było. W klubie pełno ludzi. Najbardziej pamiętam Dorotę Terakowską, matkę Szumowskiej. Przyczepiła się do Andrzeja Trzaskowskiego, który mimo że się żenił, zawsze był łasy na wdzięki kobiece. Strasznie jej dokuczałam, ale córkę ma wspaniałą.

Miałam na sobie sukienkę z materiału bouclé kupionego w komisie, sama ją sobie uszyłam. Dużo wtedy szyłam - maturę zrobiłam w liceum przemysłu odzieżowego w Krakowie, stąd ta umiejętność. Nie utrzymalibyśmy się z jego muzyki. Komeda zaczął zarabiać dopiero przed śmiercią. Właściwie jak zaczął zarabiać, to umarł. A przedtem to ja utrzymywałam dom. Szyłam dzień i noc. Także dla Krzysia. Jak go poznałam, był blady i szary. Matka mu wszystko beżowe kupowała, a on taki świński blondyn, rudawy właściwie, więc nie było kontrastu. Ja zaczęłam ubierać go w zgniłe zielenie i ciemny brąz. Wszystko przy nim robiłam. Jakbym go nie ostrzygła, toby do fryzjera nie poszedł. Zaczęła się moda na dłuższe włosy, a fryzjerzy jeszcze nie umieli takich strzyc, to ja żyletką mu ścinałam włosy, tak ukosem.

Na ślub przyjechała moja mama z ciotką, ale je odprawiłam. Powiedziałam, że będą się źle czuły, bo sami młodzi ludzie będą. Teraz mi przykro, że nie pozwoliłam mamie zostać. Patrzę na zdjęcia i widzę, że rodzice Krzysia byli.

Długo przed ślubem byliście razem?

- Dwa czy trzy lata. Pierwszy raz zobaczyłam go w Krakowie na Zaduszkach Jazzowych, wtedy jeszcze nieoficjalnych, sami wtajemniczeni przychodzili. Siedziałam pod fortepianem, jak on grał. Chłopiec to był. Ale poznaliś-my się rok później. Znowu przyjechał na Zaduszki, z zespołem Jurka Grzewińskiego z Poznania, jeszcze grał z nimi tradycyjny jazz. Ja byłam już wtedy prezesem krakowskiego Jazz Clubu, bo od początków, od jazzu katakumbowego, byłam w tym środowisku. Muzycy przychodzili więc do mnie prosto z pociągu po bony na hotel i obiady. No i przyszedł Krzysztof. Mówię: "O, to pan jest ten słynny Trzciński", bo jeszcze nie używał pseudonimu, a on: "A pani jest ta słynna Lachowa" - miałam wtedy nazwisko po pierwszym mężu. Wieczorem byliśmy na jamie i tak zajęliśmy się rozmową, że wszyscy zaczęli nam przeszkadzać. Przesiedliśmy się do stolika obok z niedopitą butelką wina, a w nocy poszliśmy na Wawel. Staliśmy oparci o mur, patrzyliśmy na Wisłę i rozmawialiśmy do rana. I on mi się zwierzył, że chce stworzyć zespół i szuka muzyków, którzy by mogli grać modern jazz. Powiedziałam: "Ja ci pomogę w tym wszystkim". Od tego czasu wiedzieliśmy, że będziemy razem. To zaskoczyło nas oboje. Był zamknięty w sobie, a wszystko mi opowiedział tej nocy.

Na początku pracowałam z nimi bezpłatnie, jeździłam po estradach, załatwiałam, żeby grali. Pierwsi muzycy, jakich Krzysiu ściągnął do zespołu, to byli Jurek Milian z Poznania i Janek Wróblewski z Kalisza. Potem, jak Sekstet zaczął być ważny, to funkcjonowałam już jako impresario i dostawałam taką stawkę jak muzycy.

Komeda był wtedy jeszcze praktykującym laryngologiem.

- Uwolniłam go od tego. Miał problemy, żeby się zwalniać na koncerty, szukać zastępstwa. Kiedyś przyszedł załamany, bo prof. Zakrzewski, jego szef w klinice w Poznaniu, oświadczył: "Spotkało pana szczęście, bo wytypowałem was do Pragi na drugi stopień specjalizacji". Lekarze marzyli o takiej szansie, jego kolega, któremu nie złożono tej propozycji, wieszał się wtedy. Nie pozwoliłam Krzysiowi na tę Pragę ze względu na koncerty.

Lubił chociaż tę medycynę?

- Wybrał laryngologię, bo chciał się dokształcić w fonetyce. Myślał, że na całe życie zostanie lekarzem, a jazz tylko z doskoku będzie uprawiał. Dopiero ja mu powiedziałam, że może być tylko muzykiem. Namówiłam go, żeby odszedł ze szpitala. Poszłam z nim w południe do kliniki i czekałam, aż załatwi sprawę, a po południu, kiedy już jego ojciec wrócił z banku, powiedział rodzicom. Straszna była awantura. Oświadczyli, że nie jest już ich synem. Odpowiedział, że dobrze, i wyszedł z domu. Po pościel już ja poszłam. Matka wystawiła dla niego przed drzwi kołdrę i sześć ręczników. I pojechaliśmy do mnie, do Krakowa. Miałam 18-metrową kawalerkę, z wilgocią, mokrymi ścianami. Tam zamieszkaliś-my. Potem to się wydało przed moją matką, bo ukrywałam, że mieszkam z chłopem bez ślubu. No, ale musiało się wydać, bo na każde wakacje zabierałam do siebie swego synka, który miał wtedy cztery lata i wychowywał się u mamy ze względu na moją pracę. Kiedy więc po wakacjach Tomek wrócił do babci, to powiedział jej, że "najbardziej mu się podobał starszy kolega Krzyś".

Źródło: Duży Format

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

5

4 głosy

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne