Wypijmy, żeby się lepiej rozmawiało! - Andrzej Bowgird, emerytowany podpułkownik Armii Czerwonej, wznosi toast importowaną brandy otwartą specjalnie "dla gości z Polski". Zakąszamy kanapkami z pastą jajeczną i stajemy przy oknie od niemiłosiernie zagraconego balkonu.
Szare kilkunastopiętrowe bloki-giganty ciągną się po horyzont. Między dwoma najbliższymi przycupnęło maleńkie osiedle nowych domków jednorodzinnych.
- Tu się zaczynała mamusi gospodarka - pułkownik pokazuje niewielki lasek obok domków - a kończyła aż tam, het! - dłoń dzierżąca kieliszek omiata najdalsze, roztapiające się w szarości bloki.
- Oddajcie choć kawałek, mówię. Chociaż te krzaki, co tutaj widzicie. A oni na to, że ludzie muszą mieć gdzie sobaki wyprowadzać. Więc oddać nie mogą. Bo im przepis zabrania dawania terenu, co na cele społeczne potrzebny. Społeczne - tfu! A swoim to mogli działki posprzedawać i osiedle wyrosło, czy nie? Prawdę mówię?
Domki stojące na ojcowiźnie pułkownika nie mają więcej niż 10 lat. A jego podanie o zwrot leży - w kilku urzędach jednocześnie - już 17. rok.
Znaczy: prawdę mówi.
Naczelnik wprost: - Nie dam ziemi Polakowi
- Wypijmy, żeby się wam lepiej słuchało - gospodarz wyciąga teczkę dokumentów.
Jest wśród nich kserokopia pierwszej listy Polaków czekających na zwrot swego kawałka Wilna, czyli - jak się tu na nich mówi - pretendentów. Data: 1991 rok. Miejsce trzecie: Bowgird Andrzej.
- Listę pretendentów zdiełali my sami, a jak przyszło do składania wniosków o ziemię, to podchodzi jakiś człek na korytarzu i mówi: tysiąc dolarów ty mnie dawaj, zaniosę papier od razu komuś z góry. A czy ja go znam? No i nie dałem. Wniosek złożył ja i wsio było choroszo. Ale mija rok jeden, drugi, nic się nie dzieje, aż tu wzywa mnie inny urzędnik. Wy tu na wniosku nie wszystkie dane umieścili, uzupełnić trzeba. Uzupełniłem. Datę postawcie. Postawiłem. Nu i szto? Miejsce pięć tysięcy któreś mam nagle. A było trzecie! - zezłoszczony pułkownik macha kserokopią i ciężko opada na krzesło.
Napełnia kieliszki. - To wypijmy, żeby się nie denerwować.
- Nu, pytam ja: a to czemu miejsce takie dalekie? A urzędnik goworit, szto wniosek poprawiony jest, to się teraz według daty poprawienia liczy. Trzeba było nie być chytry - powiada. Aaaa, to już wiadomo, o co chodzi. Wziatki nie dał, będzie kara. Ja był w powiecie ze sto razy! Raz naczelnik mówi mnie wprost: nie dam ziemi Polakowi, póki tutaj będę władza! A tobie nie dam szczególnie, boś pieniacz! Ja - pieniacz?! Bo sobie kazałem listę nakserować, tak?!
- A kazał pan?
- Oczywiście! Żeby sprawdzić, co to są za ludzie: te całe 5 tysięcy przede mną.
- I co?
- Czytam po datach napłynięcia wniosków. Tu patrzajcie: daty. Sobota, niedziela. A od kiedy to powiat w niedziele wnioski przyjmuje? I za tę ciekawość moją zaraz do sześciotysięcznego miejsca spadłem. Żebym nie podskakiwał. Nu - takaja żyzń... wypijmy, żeby wam się lepiej pisało!
Kto wytłumaczy Litwinowi prawdziwą historię tej ziemi?
Lista Polaków czekających na zwrot gruntu w samym Wilnie to ponad 7 tysięcy osób. Wokół miasta - kolejne 35 tysięcy. Od 1991 roku, gdy powstała niepodległa Litwa, aż do lata ubiegłego roku ogonek praktycznie stał w miejscu - choć w pozostałych rejonach kraju reprywatyzacja dobiegła końca. Powód jest prosty: do 1939 roku Wileńszczyzna leżała w granicach Polski, więc ponad 90 proc. ziemi należało tu do potomków polskich właścicieli i to im trzeba teraz oddawać stolicę.
- Ale jak to tak oddawać bywszym okupantom?! - redaktor Zbigniew Balcewicz prowadzący w Radiu znad Wilii audycję z poradami reprywatyzacyjnymi przyjmuje nas w nowocześnie urządzonym gabinecie. Na ścianie zdjęcia Jana Pawła II i Lecha Wałęsy. Za oknem chowa się w chmurach wieża telewizyjna. Dokładnie 17 lat temu Litwini obronili ją przed sowieckimi czołgami.
Od ogłoszenia tu niepodległości zaczął się rozpad imperium. I reprywatyzacja. I jeszcze - jak mówi Balcewicz - odpolszczanie stolicy. - Tak nas tu wynarodowić chcą, tak o nas mówią i piszą, jakbyśmy ich tu w dwudziestym roku najechali - wzdycha. - Jakby Polacy przyszli z Żeligowskim.
Źródło: Duży Format