Jeden z tutejszych kupił za żydowskie złoto hurtownię w Warszawie - opowiada Tadeusz Kiryluk, były kierownik muzeum-obozu w Treblince.
- Szwagier znalazł brylant jak pół paznokcia od dużego palca - wspomina jego sąsiad z Wólki Okrąglik. - I przepił. Nawet stodoły nie postawił. A inni domy stawiali i nie tylko: całe gospodarstwa wyrosły.
- Jeden z tutejszych wysiał łubin - opowiada Kiryluk. - Poszedł w pole, a na roślinie wisi złota obrączka. Zaraz poszedł z rodziną i pole przekopali. Ryli ziemię ojcowie, matki, potem dzieci kopały i wnuki, na koniec to już aparaty mieli, wykrywacze metalu. Jeden chciał mnie zabić, milicjant z Warszawy, się okazało.
- Kopali i być może dalej kopią - mówi Martyna Rusiniak, autorka pracy "Obóz Zagłady Treblinka II w pamięci społecznej".
Chodzimy po treblińskim lesie. Doły faktycznie są, ale już stare, rosną w nich krzaki. Ostatnia oficjalna informacja o hienach pochodzi z 2002 roku, kiedy wykopano siedem dołów. W latach 90. - kilkadziesiąt dziur. Jeszcze wcześniej - kilkaset. Im głębiej wstecz, tym więcej hien.
W błocie leżały wielkie brylanty i miliony
Gorączka złota wybuchła w 1942 roku.
Od końca lipca pociągi przywoziły do obozu i biednych, i tych najbogatszych przedstawicieli żydowskiej diaspory. Do gazu szli - pod okiem ukraińskich i rosyjskich strażników - adwokaci, bankierzy, kamienicznicy. „Wolno zabrać złoto i walutę” - głosiły plakaty w warszawskim getcie. „Oznaczały one mniej więcej tyle: »nie zapomnijcie zabrać ze sobą pieniędzy i złota «” - pisze Rachela Auerbach, autorka pierwszej polskiej książki o obozie (1947).
Żydzi brali: wieczne pióra ze złotymi stalówkami wypełnione brylantami, złote dolary, cenniejsze od złota zabytkowe numizmaty... A gdy już pociąg wyładowany majątkiem stawał na peronie, wystarczyło półtorej godziny, by ludzie płonęli na wielkim ruszcie z kolejowych szyn. W tym czasie więźniowie z Sonderkommanda rozpruwali ich ciepłe jeszcze płaszcze, segregując kosztowności. W pośpiechu nikt nie dbał o drobne.
- Deptano często złote monety i nikt nie nachylał się, żeby je podnieść - relacjonował jeden z garstki ocalonych. Inny - Samuel Willenberg - napisał: "Poniewierały się codziennie kilogramy brylantów, tysiące złotych zegarków, miliony monet narodów całego świata. Nawet chińskie. Papiery wartościowe, jakieś akcje różnych towarzystw całego świata razem ze zdjęciami szły na spalenie".
Kolejna relacja: "W piasku i błocie leżały kilogramy złota, wielkie brylanty, masa przedmiotów wartości dosłownie miliardów złotych i nikt tego nie brał, bo na co trupom pieniądze?".
Trupom na nic.
Chłopi nosili kosze zegarków, baby - futra wiadomego pochodzenia
Łańcuszek wyglądał tak: zatrudnieni przy eksterminacji więźniowie odbierali uśmiercanym walutę, złoto, kamienie i zegarki, które - w tajemnicy przed nadzorującymi obóz esesmanami - przekazywali ukraińskim wachmanom. Ukraińcy szli na wieś, gdzie wymieniali dobra na wódkę, usługi prostytutek i jedzenie. Po powrocie do obozu za jedzenie kupowali od Żydów z Sonderkommanda kolejne kosztowności. Za drutami bułki, kiełbasa i butelka były warte już 300 dolarów albo więcej.
Kółko się domykało, bogactwo rosło, Ukraińcy nie wiedzieli już, co zrobić z pieniędzmi. Po służbie nie trzeźwieli, a na szyjach prostytutek wieszali złote kolie.
Opowiedzmy jeszcze: skąd prostytutki w podlaskiej głuszy?
Józef Górski, ziemianin z odległego o 10 km Ceranowa, działacz Narodowej Demokracji, napisał we wspomnieniach:
"Gospodarze tej wsi [Wólki] wysyłali swe żony i córki do ukraińskich strażników zatrudnionych w obozie i nie posiadali się z oburzenia, gdy te kobiety przynosiły za mało pierścionków i innych kosztowności pożydowskich, uzyskanych w zapłatę za osobiste usługi (...). Strzechy znikły zastąpione blachą, a cała wieś robiła wrażenie Europy przeniesionej do tego zapadłego zakątka Podlasia".
Prócz bab cichodajek zjawiły się i prostytutki profesjonalistki. Te przyjeżdżały do Wólki, Poniatowa, Grądów i Prostynia aż ze stolicy.
- Wynajmowały pokoje, mieszkając nieraz po dwie. I trzy dni z rzędu przyjmowały Ukraińców, a na trzy dni jechały do Warszawy odpocząć - z Tadeuszem Kirylukiem rozmawiamy w jego domu, w Wólce. Gospodarz pochodzi z Mazowsza, kierownikiem i lokatorem obozu-muzeum był od 1963 do 1996 roku. Po przejściu na emeryturę został na wsi.
Źródło: Duży Format