Pochodzisz z małej miejscowości. Miałeś kiedyś kompleks prowincjusza?
- No jasne. Moja rodzinna miejscowość nazywa się Szadek. Ładnie, prawie jak Sade. Małe, nudnawe miasteczko w Łódzkiem, dwa tysiące mieszkańców. Najlepszy pomysł życiowy w takiej miejscowości to się z niej wyrwać. Poszedłem do liceum w Zduńskiej Woli, dzieli je od Szadka zaledwie 12 kilometrów, czułem się jakiś gorszy. Później oczywiście też.
Nie był to mój jedyny kompleks. Moja matka była nauczycielką w podstawówce, w dodatku moją wychowawczynią. Miałem przekichane. Nie mogłem być chuliganem, chodzić na wagary. A nie chciałem być kujonem i frajerem.
I kim byłeś?
- Dobrze się uczyłem, ale znałem też miejscowych łobuzów. Szadek był naprawdę głęboką prowincją. Nie było tam młodzieżowych subkultur, hipisów, gitów. Kino Rolnik, knajpa, dwa sklepy. Życie młodzieży koncentrowało się wokół szkoły. Koło niej było boisko. W szkole były prysznice, z których korzystali wszyscy, którzy nie mieli w domach łazienek.
Jaki był twój dom?
- Mój tata był rzeźnikiem, dyrektorem masarni. To był zawód rodziny Niedźwieckich od pokoleń. Dzięki temu nigdy w moim domu nie brakowało mięsa i wędlin, choć żyliśmy bardzo skromnie. Była nas czwórka dzieci. Gdzieś tam obok toczyły się jakieś ważne sprawy, istniał świat, o którym prawie nic nie wiedzieliśmy. Pewnie to brzmi dziwnie; w końcu od dziecka słuchałem radia, m.in. BBC, Wolnej Europy, Luksemburga, Głosu Ameryki. Prawda jest jednak taka, że gdy w radiu zaczynały się wiadomości, szedłem do kuchni zrobić herbatę. W radiu polowałem wyłącznie na muzykę.
W szkolnych czasach była to chyba silna identyfikacja grupowa?
- Czy ja wiem? W moim przypadku było to po prostu hobby. W PRL każdy miał jakieś hobby. W szkole to ja raczej zarażałem muzyką. Namawiałem kolegów do pisania kartek do listy przebojów „Studia »Rytm «” w „Jedynce”. W tych czasach „Trójka” jeszcze nie docierała do takich małych miasteczek jak moje. Wiedziałem tylko, że istnieje, powstała osiem lat po moim urodzeniu, w 1962 roku.
Kupowałem kilkadziesiąt kartek pocztowych po 40 groszy, zanosiłem do szkoły i mówiłem: Piszemy: polska piosenka - Halina Frąckowiak, zagraniczna - dowolna. Raz jeden mi się udało, że Halina Frąckowiak była na 1. i na 2. miejscu na liście, w moje urodziny - 24 marca. To były piosenki "Bawimy się w życie" i "Karolinka". Teraz jestem pewien, że to był kompletny przypadek. Po latach Piotr Kaczkowski mi powiedział, że kartki ode mnie były w radiu rozpoznawane i wszystkie liczono jako jeden głos. Myślałem, że nikt się nie kapnie, bo przecież przychodziły tysiące kartek do radia. Niestety, poczta owijała je nawet jedną gumką. Moje kartki przetrwały w radiu do tej pory. Później ja też przechowywałem pocztówki od niektórych słuchaczy. Poznawałem ich po charakterze pisma. Z niektórymi dotąd koresponduję.
Z czasem ja i moi znajomi zaczęliśmy się jakoś identyfikować przez muzykę, ale nie było w tym powszechnego w Polsce dogmatyzmu. Po prostu wolałem Cliffa Richarda od Elvisa Presleya na przekór mojej siostrze, która zakochała się w Elvisie. Na pewno byłem wtedy wyznawcą radia. Ono wyrywało mnie z otaczającej siermięgi i zaduchu. Radio było magią.
To brzmi jak jakaś trauma PRL-u.
- Ja nie miałem takiej traumy. Okazałem się genialnym produktem PRL-u. Nie buntowałem się, nie chciałem z niego uciekać i miałem dojmujące poczucie, że to się nie skończy, że socjalizm jest w Polsce wieczny, przynajmniej w perspektywie mojego życia. Wszyscy siedzieli w nim po uszy, mieli jednakowe zdanie, wszyscy byli przeciwko, ale jednocześnie nikt nie podnosił głowy. To nie była nawet kwestia braku odwagi, ale totalna niewiara, że można cokolwiek zmienić. Szczególnie jakiś szary chłopak z kompleksami na głębokiej prowincji. Był w tym pewnie też jakiś oportunizm. Chciałem się dopasować, cieszyć się tymi drobiazgami, które miałem. Dlatego w Wolnej Europie słuchałem muzyki, a nie wiadomości.
W moim domu nie rozmawiało się o wydarzeniach 1968 roku czy masakrze na Pomorzu w 1970 roku. Ja przynajmniej tego nie pamiętam. Polska prasa, radio i telewizja nie mówiły o tych rzeczach. Rodzice też nie. Gdy wybuchł Radom '76, byłem już na studiach w Łodzi. Ale z ludźmi, którzy angażowali się w opozycję, właściwie nie miałem kontaktu. Po prostu od pierwszego roku wsiąkłem w radio studenckie.
Nie chciałeś wyemigrować, skoro nie wierzyłeś, że cokolwiek w Polsce się może zmienić?
- Nie. Zawsze na wyjeździe czuję się, jakbym był w więzieniu. Do dzisiaj to mam. Dużo jeżdżę po świecie, bardzo to lubię, ale najbardziej lubię wracać.
W pewnym sensie coś mnie tam jednak ciągnęło. W moim życiu bardzo ważne było pisanie listów. To też takie hobby z początku lat 70. Zdobywało się adresy rówieśników z zagranicy i nawiązywało się korespondencję. Kiedyś w Radiu Luksemburg podali adres chłopaka z Anglii. Napisałem do niego, że chciałbym z nim korespondować. Odpisał, że sorry, ale nie, bo dostaje już tyle listów, że nie jest w stanie. Napisałem do niego jeszcze raz: jeśli masz ze trzy osoby, do których na pewno nie będziesz pisał, to daj adresy. Ja im chętnie coś napiszę. Tak zacząłem korespondować najpierw z Węgrem, później z Holenderką i w końcu z tym Anglikiem, który nie chciał na początku. Te listy były oddechem z zewnątrz. Holenderka przysyłała mi wydruki z listą przebojów w "Billboardzie". Myślałem, że oszaleję ze szczęścia! Do dzisiaj mam te znajomości.
Pierwszy raz wyjechałem na Zachód odwiedzić dziewczynę, którą poznałem listownie. Były to wakacje 1976 roku.
I jakie wrażenia?
- Człowieku! Tata dał mi 50 dolarów. Trzymał je na czarną godzinę między deskami w domu. Banknot trochę przeżarły korniki, więc bałem się, że w Holandii mogą go nie wymienić. Legalnie można było wziąć ze sobą tylko 10 dolarów kupionych po państwowym kursie. W sumie sześć dych, więc myślałem, że jestem panisko. W Peweksie dżinsy kosztowały 7,20 dolara, a wódka 42 centy. Na miejscu okazało się, że mam kasę na obiad i pięć piw. Miałem za to kupić jakieś płyty i przeżyć dwa tygodnie. Było skromnie, choć i tak jak w niebie.
Źródło: Duży Format