- Proszę tylko nie pytać, na kogo głosowałem.
No, to już pytam.
- Specjalnie na wybory pojechałem do Krakowa. Wtedy byłem tam zameldowany.
I na kogo?
- Na Zbigniewa Ziobro.
Tak?! No to ma pan, co chciał.
- Ależ proszę pani, ja w ogóle nie interesowałem się polityką, proszę mi uwierzyć, nie miałem na to czasu, wielu moich kolegów lekarzy głosowało na PiS, prawdopodobnie nie bardzo orientując się, co wybierają.
Zostawmy. Zatrzymano pana 12 lutego.
- Wpadli z krzykiem: CBA!, powalili na podłogę, przycisnęli twarzą do ziemi, choć wcale się nie broniłem, i skuli ręce z tyłu kajdankami.
Po kolei. To był poniedziałek, przyjechał pan rano do szpitala... Taki szczegółowy opis przydać się może innym.
- Więc jeszcze wcześniej.
W niedzielę operowałem pacjenta ze szpitala w Aninie, czekał na przeszczep serca od Bożego Narodzenia. Do nas na Wołoską z wielu szpitali kierowano bardzo trudnych pacjentów z ekstremalnym ryzykiem operacyjnym. Ale nie mieliśmy serca. I właśnie w niedzielę zawiadomiono, że jest, już przywożą. Natychmiast przyjechałem do szpitala. Nigdy nie odmówiłem wykonania operacji. Nigdy. Czy to była Wigilia, czy sylwester. Ja zresztą lubię operować. W ostatnich kilku latach wykonałem ponad trzy tysiące operacji, może cztery. Wszedłem na salę operacyjną, klatka była otwarta, wykonałem przeszczep, rutynowo, wróciłem do domu, w nocy dzwoniłem jeszcze do lekarza dyżurnego, sprawdzając stan chorego, był stabilny, poszedłem spać i rano przyszedłem do pracy, jak zwykle po siódmej. Zapytałem lekarza dyżurnego, co z chorym, uspokoił mnie, że w porządku, usiadłem za biurkiem i wtedy wpadli.
Ilu?
- Dwóch zamaskowanych w kominiarkach i trzech, czterech po cywilnemu. Wszyscy uzbrojeni po zęby. Skutego posadzili na krześle. Całe zajście, oczywiście, filmowali.
Dostałem przed oczy dokument - nakaz prokuratorski wystawiony dzień wcześniej, w niedzielę, że należy mnie zatrzymać. Artykuł 155.
Chyba 148?
- Nie, to potem. Na początku był zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci.
Czyjej? Wiedział pan?
- Nie wiedziałem. Dopiero potem. Chodziło o operację, po której pacjent zmarł. Takich przypadków było na moim oddziale mniej więcej 5 proc. W 95 proc. moi pacjenci po operacjach kardiochirurgicznych, także transplantacyjnych, nie tylko przeżywali, ale i wychodzili ze szpitala do domu.
Do nakazu prokuratorskiego było jeszcze wpisanych mnóstwo różnych paragrafów dotyczących korupcji.
Źródło: Duży Format