http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Duży Format >  Artykuły

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj Duży Format

Pała z wiary

Jacek Kowalski
2007-06-25, ostatnia aktualizacja 2007-06-22 00:00

Ksiądz Kosacz, katecheta z soczystym słownictwem
Ksiądz Kosacz, katecheta z soczystym słownictwem
Fot. Cezary Aszkiełowicz

?Jezus jest zajebisty? - kiedy ojciec Marek Kosacz, katecheta w szczecińskiej szkole, powiedział to uczniom na lekcji, dostał karę od prowincjała

Artur Łuczak, katecheta gadający do bólu
Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz
Artur Łuczak, katecheta gadający do bólu
ZOBACZ TAKŻE
SONDAŻ
Religia w szkole

powinna być obowiązkowa
uczniowie muszą mieć możliwość wyboru
jest zbędna

Ico z tego? - wzrusza ramionami. - Mimo kary zdania nie zmieniłem. Jezus JEST zajebisty. Tylko nie do każdego mogę powiedzieć to tymi prostymi słowami.

- To zabawny tekst, ale zarazem przykład słabego poziomu religii w szkole - mówi Jula, 17-latka z bydgoskiego liceum. - Znam takie wypadki: katecheta skończył co prawda teologię, ale nie umie za cholerę opowiedzieć tego, co wie, nie umie się w ogóle komunikować z ludźmi, nie zna współczesnej kultury, trendów. Zdaje mu się, że jak powie "zajebisty Jezus", to młodzież go kupi.

Ojciec Marek: Rela to dużo rozmów

"Kiedy myślę o katechezie, którą miałam przez te kilka lat szkolnej edukacji, widzę przeważnie małą salkę z kiczowatymi obrazkami-maryjkami gdzieś w podziemiach szkoły. Od podstawówki zmieniali się katecheci, podręczniki, tematy trochę spoważniały, ale zostało jedno: rozleniwienie i obojętność niemal całej klasy, która traktuje katechezę jako przedmiot balansujący na granicy zbędności i archaicznych wymysłów Kościoła" - pisze na religijnym forum Lutownica.dominikanie.pl internautka Gosia.

- Ale przecież religia to nie jest przedmiot! - oburza się ojciec Kosacz. Szczupły 40-letni dominikanin o lekko zarośniętej twarzy już nie uczy w Szczecinie. Prowincja przeniosła go do Rzeszowa. Nie zmienił się jednak. Nadal pozwala swoim licealistom jeść na lekcji bułki, kiedy widzi, że są głodni. Wciąż mogą mówić też do niego "elo, ksiądz". Zabiera ich na kilku-

dniowe wycieczki - w miniony weekend byli w Krynicy Morskiej. Dużo gadali, spacerowali.

- Tak się robi religię - mówi.

Ojciec Marek potrafi wejść do sali, popatrzeć i powiedzieć: "Wyglądacie mi dzisiaj na totalnie zjebanych. Chyba mieliście jakiś ciężki sprawdzian... Dajmy spokój z programem. Pogadajmy o życiu". I gadają.

- Rela to przede wszystkim dużo rozmów - opowiada. - A oprócz tego: wycieczki, wypady wspólne nad morze na wariackich papierach, nocne posiadówy, kawa, windsurfing robiony razem z uczniami. Ale i warknąć trzeba na wyjątkowo wkurzających. Zdarza mi się osadzić krótkim "spierdalaj, jak ci się nie podoba". Tylko jak potem ja mam za to wszystko wystawić im oceny?

Ksiądz Sreberski: To jest przedmiot

Religia została wprowadzona do szkół we wrześniu 1990 roku. Jeszcze w 1991 roku rzecznik praw obywatelskich zaskarżył rozporządzenie ministra edukacji do Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał skargę oddalił. Ostatecznie religia zadomowiła się w szkołach na mocy konstytucji z 1997 roku. Przedmiot podlega ocenie, ale ta - choć trafia na świadectwo - nie liczy się do średniej na koniec roku. Rewolucja proponowana przez Giertycha polega na zaliczeniu stopnia z religii do tzw. średniej.

W praktyce dziś jedynka z religii grozi jedynie laniem od taty, po zmianach wpłynie na szanse dostania się do gimnazjum czy wynik matury.

- Czy religia to w ogóle szkolny przedmiot? - pytam Artura Łuczaka, 33-letniego katechetę z gimnazjum w Kruszwicy.

- Oczywiście, że tak - Łuczak, z wykształcenia teolog po UAM, robi zaskoczoną minę. - Mamy program do zrealizowania, mamy przełożonych, którzy kontrolują jego realizację.

Ks. Artur Sreberski, dyrektor Wydziału Katechizacji i Szkół Katolickich Archidiecezji Gnieźnieńskiej: - Katecheza jest w szkole, więc musi być traktowana jako przedmiot. Ateiści też mogą uczęszczać - to dla nich dobra okazja, by zapoznać się z pewnymi zasadami postępowania: nie kradnij, nie kłam, szanuj innych.

Ojciec Marek: - Kto myśli, że rela to normalny przedmiot, kto wprowadza oceny z niej do średniej na świadectwo, ten morduje religię. W dobrej wierze, ale jednak! Jak będzie możliwość zdawania religii na maturze, to ja muszę realizować program. A więc nie ma mowy o tym, żebym poświęcił czas na spokojne rozmowy, które - na Boga - są istotą katechezy! Według nowej koncepcji przedmiotu ktoś może mi po wszystkim powiedzieć: słuchaj, ksiądz, fajnie się gadało, ale ty nie zrobiłeś tego, co do ciebie należało... Bez sensu. I jeszcze te oceny: jeśli ja przez godzinę rozmawiam z ludźmi o ich problemach i nie mam czasu przepytać ich z materiału, ponieważ rozmowa jest tak ciekawa, że angażuje nas wszystkich, to za co ja mam im postawić potem ocenę? No nie mam po prostu za co. Za poglądy? Ostatecznie mogę za aktywność. Ale to też lipa. Bo ktoś może np. tylko słuchać i to jest jego pełne uczestnictwo w religii. Mam ludzi, którzy od roku się nie odezwali, natomiast bardzo fajnie, uważnie słuchają! I za to im mam postawić ocenę?

Katechetka: Uczniowie lubią oceny

Jolanta Wieczór, katechetka z gimnazjum we Wrocławiu, uważa, że oceny to "świetny pomysł": - Po pierwsze, można dowartościować ucznia. Wbrew powszechnej opinii i temu, co lansują media, uczniowie w szkołach lubią być oceniani. Tak samo rodzice: lubią wiedzieć, ile tak naprawdę warte jest ich dziecko. Religia na świadectwie może uczniowi podnieść średnią.

- Może mu też obniżyć.

- Jeżeli można do średniej policzyć wszystkie inne oceny ze szkoły, dlaczego nie można religii? Mamy podstawy programowe do zrealizowania, wiadomo, czego trzeba się trzymać na lekcjach. Wiadomo, z czego rozliczać ucznia i nauczyciela. Wiemy, co uczeń powinien wiedzieć na bardzo dobry, wiemy, ile na dobry, i tak dalej. Nie oceniamy wiary, nie oceniamy zaangażowania w życie parafii, nie bierzemy pod uwagę obecności na mszy świętej. Mierzymy wiedzę, która da się zobiektywizować, jak każda inna.

- Stopnie z religii w szkole nie są za wiarę, ale właśnie za wiedzę - potwierdza ks. Sreberski. - Przecież jasne jest dla wszystkich, że katecheta, oceniając ucznia, nie bierze pod uwagę tego, na ile on wierzy w Boga, na ile praktykuje coniedzielną mszę świętą, spowiedź wielkanocną i tak dalej. To wszystko jest oczywiście warunkiem bycia dobrym katolikiem, ale przecież my na religii nie to oceniamy. Ocenia się znajomość - powiedzmy to nie najładniej - doktryny katolickiej. Tzn. uczeń musi znać prawdy wiary, musi wiedzieć, kim są np. święci, których wzywa. Znać modlitwy, umieć poruszać się po Piśmie Świętym. Zapewniam pana, że przyjmując takie kryterium, kryterium doktrynalne, można łatwo ocenić uczniów, ich zaangażowanie itp. Katecheci nie powinni mieć z tym żadnych kłopotów. Oczywiście wszystko to trzeba ładnie i umiejętnie opleść na wierze, bo zakładamy, że na katechizację chodzą uczniowie wierzący w Boga, dzieci rodziców także wierzących w Boga

Ojciec Kosacz o "oplataniu": - Wczoraj łaziłem cały dzień po Krynicy Morskiej z młodymi. Szukaliśmy porównania: do czego można przyrównać katechezę? Odpowiedź przyniosło oberwanie chmury. Katecheza jest podobna do parasola. Jest kręgosłup, czyli prawda do przekazania, to rączka w parasolu. Od tej głównej tyczki rozchodzą się w różne strony delikatne pręty: to ludzie. Niektórzy czegoś szukają, nie wierzą, ale przychodzą, inni są szczerze wierzący, ale wciąż nie umieją. Ulotność wiary to materiał pokrywający parasol. Pytanie: jak ten materiał zamocować na drutach, żeby go nie przedziurawić?

Artur:

Będą chwalić Boga dla szóstki

- Ludzie, którzy podejmują teraz decyzje w sprawach reli, zmierzają prostą drogą do sformalizowania cudu katechezy - ciągnie ojciec Marek. - Ale to już nie będzie wymiana myśli, poglądów, emocji. To będzie chwalenie Boga dla szóstki. To nie będzie w ogóle ewangelizacja! Choć oczywiście są i tacy katecheci, którzy przyklasną: nauczyciel czy ksiądz, gdy zaczyna oceniać, a ocena liczy się do średniej - zyskuje prestiż.

Artur i ojciec Marek opowiadają mi o katechetkach bez przygotowania, które skończyły trzymiesięczne kursy katechetyczne, a przedtem były kucharkami na plebaniach: - Teraz, by uczyć w szkole, trzeba mieć licencjat. Dla takiej pani katechetki, eksgosposi, teraz licencjatki, władza nad uczniami, którą dadzą jej oceny, jest nie do przecenienia - mówi Artur.

Teoretycznie spod takiej władzy można umknąć - rodzic musi tylko zadeklarować w szkole: moje dziecko nie będzie chodzić na religię. Jeżeli szkoła zatrudnia etyka, uczeń idzie na etykę "zamiast". Jeśli nauczyciela etyki brakuje, dziecko ma wolną godzinę albo idzie do domu, gdy to ostatnia lekcja.

Etycy pracują w co setnej szkole.

- Co się więc robi z uczniami, którzy nie chodzą na religię? - pytam.

- Jest taka kalka szczególnie ulubiona przez media: dzieci w szkołach czują się gorsze, gdy nie chodzą na religię - odpowiada ojciec Kosacz. - To nieprawda. U mnie, w Szczecinie, było na odwrót: za gorszych uchodzili ci, którzy właśnie chodzili na relę. Zwolnieni przez rodziców szczycili się tym - oni nie muszą siedzieć z frajerami... A gdyby tak cofnąć religię do salek przy kościołach?

Ojciec Marek osiem lat temu, jeszcze w Szczecinie, zrobił eksperyment: wyprowadził religię ze szkoły i za zgodą dyrekcji szkoły nauczał w salce katechetycznej.

- To wtedy, bez szkolnego rygoru, zrodziły się najlepsze pomysły - wspomina. - Na przykład piosenka hiphopowa o aniołach stróżach - wtedy przebój drugoobiegowych list internetowych.

Do dziś mp3 z tym utworem krąży po sieci. Tekst kończy się tak:

Siema ksiądz, tak, siema elo,

"Niech wyszydzają i niech się śmieją.

Kto wierzy, niech waży, bo morze się sparzyć

Słowem, które naprawdę nic nie znaczy.

Ja się nie boję powiedzieć, że wierzę

w anioła stróża, zawsze zmawiam pacierze.

To twoja sprawa, jaką opcję wybierzesz,

Czy pójdziesz z kumplem, czy za naszym pasterzem.

Wiem, gdzie się znajdę, jak opadną drzwi mogiły.

I wiem, dlaczego po śmierci będę szczęśliwy.

Przed Bogiem klękam w mękach, ale nie udrękach,

A na moich rękach różaniec święty,

Dar ducha spada,

więc się nie wykładam

na kolejnym zakręcie,

przecież dobrze będzie.

- To się narodziło, bo zobaczyliśmy, że możemy rozmawiać jak ludzie - opowiada dominikanin. - Uczniowie mogli sobie na zajęciach zrobić kawę, herbatę. Kupiłem 20 kubków i czajnik. Wyobraź sobie takie katechezy - jesienna pora, jest wpół do piątej po południu, za oknem się ściemnia. Siedzimy w półmroku, przy świecach, rozmawiamy. W szkole tego nigdy nie było. I pewnie nigdy nie będzie.

Ksiądz Sreberski: - Wyprowadzenie religii ze szkół do kościołów spowodowałoby, po pierwsze, że świeccy katecheci stracą źródło utrzymania, bo przecież Kościół by im nie płacił. Po drugie, od tego nie przybędzie uczęszczających na katechezy, kto nie chce chodzić, nadal nie pójdzie. Możliwość uzyskania dobrej oceny na świadectwie to lepsza zachęta niż najlepsza nawet salka.

Ojciec Marek: - Wzmacniając pozycję religii w szkołach, Kościół myśli też o księżach katechetach. Za 20 lat katolicy będą w Polsce w mniejszości, z tacy nie utrzyma się rzeszy księży emerytów. A tak przynajmniej katecheci w sutannach będą mieli państwową emeryturę.

Ojciec dziesięciolatka: Katecheta ma uczyć, od wychowania jest rodzina

Dziś nauka religii w Polsce zaczyna się już w przedszkolu: godzina tygodniowo. Maluchy uczą się podstaw - którą ręką wykonać znak krzyża, na które kolano przyklęknąć, kim jest Bóg, aniołowie itp. Potem podstawówka: dwie lekcje religii tygodniowo.

W klasach I-III rozwinięcie treści z przedszkola plus kilka opowieści biblijnych do przyswojenia: potop, stworzenie świata, Adam i Ewa, Kain i Abel itd. W klasach IV-VI dochodzą ewangelie i życiorysy niektórych świętych, ważnych np. dla kraju - św. Wojciech, św. Andrzej Bobola.

W gimnazjum i liceum przerabia się m.in. dalszy ciąg Nowego Testamentu: Listy i Dzieje Apostolskie, Apokalipsę. Potem kurs przedmałżeński. Do tego wiedza o innych religiach - wspomina się uczniom o buddyzmie, islamie.

Podstawy programowe - od 1999 roku - są opracowywane i zatwierdzane przez Kościół, potem przedstawiane ministrowi "do wiadomości". Podręczniki zatwierdza przewodniczący Komisji Wychowania Katolickiego Episkopatu.

- Program jest aż za gęsty - mówi Artur. - Nie zostawia miejsca na rozmowy z uczniami. Miałem taką sprawę: w bloku na osiedlu powiesił się młody chłopak, kolega moich uczniów. Przychodzę na lekcję - zwarzone miny, wzrok gdzieś w podłodze. Mam konspekt, mam przygotowaną lekcję i wiem, że muszę ją zrealizować, bo będzie słabo. Ale mam też tę świadomość, że trzeba z nimi o tym pogadać. I co ja robię? Gadam z nimi. Do bólu z nimi gadam. A potem w dziennik wpisuję "dyskusja".

- Ja bym tak się nie odważyła z tym dziennikiem, bo wizytator z kurii by mi głowę urwał - mówi Jolanta Wieczór. - Muszę wpisywać fikcyjne tematy, nawet jak całą lekcję gadam o nawróceniu któregoś z ich kolegów.

- Ja tam wolę, żeby na religii syn uczył się tego, co w Biblii, niż żeby jakiś katecheta mu "o życiu" opowiadał - mówi Marcin Michałek z Bydgoszczy, ojciec dziesięciolatka. - Od wychowania i poruszania trudnych tematów jest dom rodzinny. Szkoła ma uczyć i oceniać. Nie chcę, by syna wychowywał jakiś katecheta, chłopak bez studiów, który był za słaby, żeby zostać nauczycielem matematyki.

Dziś katecheci to albo duchowni, albo świeccy absolwenci teologii - na poziomie przynajmniej bakałarza. W praktyce nie podlegają żadnej ocenie. Kuratorium ich nie kontroluje, nominalnie sprawdzają ich typowani przez proboszczów "wizytatorzy" z parafii. Zwykle to znajomi księdza. Nominalnie kuratorium akceptuje takie osoby lub nie. Faktycznie nikogo poleconego przez plebana się nie odrzuca.

Ojciec Marek: Dobry katecheta to przemytnik

- Jaki powinien być katecheta idealny? - pytam ojca Kosacza.

- Musi mieć dwie cechy: być pasjonatem i mieć wiarę. To fundament. Chociaż znam wielu niewierzących katechetów, tak jak niewierzących księży.

Dominikanin zamyśla się głęboko: - Wiesz, jak się tak zastanowić, to dobry katecheta musi być przemytnikiem. Nie nachalnym sprzedawcą wartości, nie tłokiem wtłaczającym do głów naukę, ale przemytnikiem. Żeby tak co drugie zdanie, co trzecie słowo przemycić tym młodym gdzieś te porządne wartości. No i wiarę w Boga. Tak, ja nawet teraz, na wycieczce, kiedy z nimi rozmawiam po nocach, czuję się jak stary, porządny, wypróbowany przemytnik Pana Boga.

Źródło: Duży Format

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów