W szkolnej auli trudno o intymność. Po wejściu zachowują się jak psy zamknięte przez hycla w zakratowanej ciężarówce. Ich oczy łapczywie szukają bezpiecznego kąta, ich ręce budują barykady. Szurają krzesła i ławki. Nie chcą usiąść w kole. Koło im nie wychodzi, przećwiczyli to z psychologiem szkolnym na warsztatach zastępowania agresji. Zamiast mówić - milczeli. Zamiast patrzeć na siebie - spuszczali oczy.
- Lubicie szkołę? - Lubimy.
- Co lubicie? - Wszystko.
- Czego nie lubicie? - Wszystkiego.
Dzwonek na przerwę ich uwalnia.
Maciek E., Łukasz Z., Rafał P., Bartosz L. Uczniowie gimnazjum nr 73 w Krakowie.
Na osiedlu jest inaczej. Na osiedlu nie muszą udawać szatana z siódmej klasy, nie muszą udawać Misia Uszatka, który zawsze złom oddaje na złom, a makulaturę na makulaturę. Tutaj wiadomo: Maciek to Maciąg, Łukasz to Ping, Rafał to Pong, Bartosz - Xerox. Tu jest się ziomem, swojakiem, jest się u siebie.
- Puszkę po piwie mogę wyjebać tam, gdzie mi się podoba - mówi Maciąg.
- Czelo, Ping, czelo, Pong, czelo, wszyscy matkojebcy! - krzyczy na całe gardło do chłopaków siedzących na ławce pod murem śmietnika na ulicy Półkole. Krzyczy tak głośno jak sąsiedzi z drugiego piętra, którzy kłócą się co noc, jak matki na dzieci w zasikanej piaskownicy obok. Krakowskie osiedle Dąbie to jego raj i piekło, to ziemia i księżyc, to cały świat i wszechświat nawet.
- Tutaj nie walę karpia - krzyczy do dyktafonu Maciąg. - Mówię ludzkim głosem: "Dlaczego nie lubię szkoły? Bo szkoła nie lubi mnie!".
Nie mam genów do naukiSzkoła nie lubi Maciąga za to, że w czasie lekcji polskiego położył nogi w obuwiu sportowym na swojej ławce.
- Ściągnij! - powiedziała polonistka, która dyktowała właśnie listę lektur.
- Mnie trzeba poprosić, rozkazywać może pani mężowi - odpowiedział Maciąg.
- Ściągnij! - mówiła. - Bo wezwę dyrektora!
- Ciekawe jak? - pytał Maciąg. - Prawo zabrania nauczycielowi opuszczania uczniów w czasie lekcji.
Pały z zachowania nie robią na nim wrażenia: - Mi to tito! - mówi, kiedy go straszą, że nie zda do następnej klasy. - To ich problem! Nie mam genów do nauki. Klonowanie nie zaszkodzi. Ostatnią dostał za papieża. W czasie klasówki z matmy odebrał telefon od swojej dziewczyny: "Jak to nie wiesz, gdzie jestem? Targam głazy w kamieniołomach. Jak papież!" - żartował.
- Matematyczka ma inne poczucie humoru, nie skumała ściemy. Ma w mózgu zamontowany nadajnik Radia Maryja. Ojciec dyrektor włączy zasilanie, ona nadaje: "Jeszcze niedawno paliłeś świeczki pod oknem na Franciszkańskiej, a dziś takie obelgi!". "Obelgi? - pytam. - Papież za to świętym zostanie!". Moje świeczki, moja sprawa.
Szkoła nie lubi też Pinga. Za podpalanie książek na lekcji, wyrzucanie krzeseł przez okno, za zasypianie w pierwszej ławce na matmie.
- Gdyby mnie ta pizda nie przesadziła - mówi - zasypiałbym w ostatniej i mogłaby se prowadzić lekcję. Nie mogę się powstrzymać, oczy same lecą. Jak prezydentowi Kwaśniewskiemu na akademii z okazji wybuchu drugiej wojny światowej. Widziałem kiedyś w TV. Przemawia prymas i kombatant, przemawia więzień, bohater przemawia. A do tego muza z pogrzebu w podkładzie. Każdy siedzi jak zawoskowany, a Kwach się kiwa. I tak z pół godziny. Kamerzysta co chwila go łapał, laliśmy z chłopakami w majty. Jemu za to spanie grosza z pensji nie potrącili, a o mnie na apelu dowiedziała się cała szkoła.
ŹRÓDŁO: |  |
Nagana jednak na Pinga nie działa. Podobnie jak na Xeroksa, który dostał właśnie dziewiątą jedynkę z polskiego za brak podręcznika.
- Nie mam - tłumaczy nauczycielce za każdym razem. - Nie stać mnie.
- Na papierosy cię stać - powtarza za każdym razem nauczycielka.
- I dlatego na podręcznik mi brakuje - odpowiada niezmiennie Xerox.
- Sam nie wiem, jak ona mnie z tego wyciągnie - śmieje się Xerox. - Bo czego ja musiałbym się teraz nauczyć, żeby wyjść na tróję? Chyba całego internetu na pamięć.
Xeroksa szkoła nie lubi za pyskowanie, za nakręcanie na komórkę nauczycieli, którzy się denerwują, za głupie podpuchy.
- Kiedyś dosrałem wychowawcy - opowiada Xerox. - Po ramieniu mnie poklepał. Przy całej klasie. W nagrodę za to, że w pierwszym semestrze nie opuściłem ani jednej godziny. Po głowie by mnie jeszcze pogłaskał, ale krzyknąłem: "Pedał! Widzicie, jaki pedał!". Chłopaki w ryk. Cofnął rękę jak poparzony. Dziś, kiedy ktoś chce nam podskoczyć, robimy mu trzodę. Chce pani zobaczyć jak?
Chłopcy wyciągają komórki.
Xerox: - Pedałujesz, stary?
Pong: - Jeszcze jak! Odciski mi się porobiły od ciurlania dropsa!
Ping: - Jeśli chcesz się zabawić, zadzwoń: "Miły Kamil, 0-800...".
Maciąg: - Dlaczego Kamil? Kamil to mój młodszy brat!
Ping: - A co, ma być Wiesław?
Xerox: - Proszę o ciszę. Proszę zapisać temat lekcji.
Xerox: - To wersja na nauczycieli. Na nauczycielki mamy wisty w stylu: "Patrz, jaka dojara" albo "starszym paniom nie dogodzisz nawet w łóżku".
- Dlaczego to robicie? - pytam.
Odpowiadają: Z nudów. Z wrodzonego kurewstwa. Z lenistwa. Z dobrodziejstw dzisiejszego świata. Przez hipermarkety, przez MTV, przez internet. Za dobrze nam.
Tak mówią. Tak myślą. To mają.
Zasysamy z całego miastaOsiedle Dąbie, Czyżyny, Nowa Huta - robotnicze dzielnice Krakowa. Komunistyczne blokowiska. - Domy z betonu, ludzie z betonu - tak mówi Maciąg o swojej dzielnicy. - Nasza szkoła jest dla betoniarzy - dodaje Xerox. - Chyba dla śmieci - śmieje się Ping. - To zsyp.
ŹRÓDŁO: |  |
Zespół Szkół nr 1 na ulicy Ułanów - technikum komunikacyjne, gimnazjum, szkoła zawodowa. Budynek z lat 60. Zadbany, osłonięty iglakami sadzonymi w czasie czynów społecznych, wielkie boisko. Tysiąc uczniów, stu nauczycieli.
Jeszcze sześć lat temu mieściło się tu tylko technikum kolejowe. Jedno z trzech w Polsce. Sponsorowane przez Ministerstwo Transportu, zawsze miało fundusze na kolejarskie mundurki uczniowskie, na obiady w stołówce, wyposażenie pracowni zawodowych, książki w bibliotece, wycieczki zagraniczne. Więkkszość absolwentów znajdowała pracę w PKP. Dziś koleje zwalniają pracowników.
Szkoła zaczęła więc uczyć nowych zawodów: logistyki w transporcie, telekomunikacji, elektroniki, elektryki, mechaniki, marketingu.
- Awuesowska reforma oświaty z 1999 roku zdegradowała szkolnictwo zawodowe - mówi Andrzej Cichoń, dyrektor. - Minister Handke wyśmiał technika, że zacofane, że niepotrzebne. Tak jakby społeczeństwu nie byli potrzebni dobrze wykształceni elektrycy i mechanicy. Ze szkoły pięcioletniej staliśmy się czteroletnią. Nauczycielom groziły zwolnienia. Nie umiałem ich zwolnić, to dobry zespół.
Postanowiłem, że przyjmiemy gimnazjum dla uczniów, którzy od kilku lat siedzieli w siódmej albo ósmej klasie. Nikt w Krakowie nie chciał się nimi zająć. "To ciężki interes - mówiłem nauczycielom - ale mamy nóż na gardle. Bierzemy?". "Jasne!" - odpowiedzieli.
Na początku gimnazjum miało tylko dwie klasy. Dziś ma ich 13 (połowa to gimnazjum dla dorosłych).
- Trudnych uczniów jest coraz więcej - mówi dyrektor. - Nawet w technikum. Kiedyś w klasie nie uczyło się trzech, czterech - dziś zaledwie tylu się uczy. W polskim szkolnictwie nie ma miejsca na drugą i trzecią ligę. Liczy się tylko reprezentacja. Młodzież słabsza wykrusza się jak tynk w mieszkaniu przed remontem. My zasysamy ją z całego miasta.
Zassani to między innymi:
Maciąg, rocznik 1988, przeniesiony z gimnazjum na Litewskiej, dwa lata w plecy.
Ping, rocznik 1989, wyrzucony z gimnazjum na nowohuckim Osiedlu Zgody, rok do tyłu.
Pong, rocznik 1989, jak wyżej.
Xerox, rocznik 1992, przyjęty od razu tutaj.
W tym roku szkole przybędzie kolejnych trzystu uczniów. Jedna trzecia ma wyznaczonych kuratorów za nierealizowanie obowiązku szkolnego.
To zoo, prawdziwe zooW pokoju nauczycielskim trudno o wyciszenie. Nie pomagają nawet specjalnie obite skajem drzwi, które grono zamówiło u dyrektora. Przez ściany przeciska się wrzask, huk, dudnienie. Długa przerwa. Powoli przybywa nauczycieli. Polonistka, matematyczka, germanistka, rusycystka, historyczka. Większość to kobiety z kilkudziesięcioletnim stażem.
Mężczyźni gubią się jak rodzynki w wielkanocnej babie: geograf, pedagog, informatyk, ksiądz. Parzą kawę, wyciągają kanapki, uzupełniają dzienniki.
"Kto ma dyżur na korytarzu? Kto przy wejściu?", "Wysłali mi SMS-a z pogróżkami", "Nie chciał się gówniarz przesiąść na klasówce", "To zoo, prawdziwe zoo".
- Człowiek przyzwyczajony był do innych standardów - mówi Maria Szeląk, germanistka. - Mówiło się: podkreśl temat, podkreślali, przynieś kredę, przynosili. Teraz nauczyciel dla nich zupełnie się nie liczy. Przezroczysty jest.
- Nic się nie liczy! Miałam ich uczyć analizy dramatów Szekspira, pisania wypracowań, dyskusji nad wierszami - mówi Krystyna Firlej-Kępa, polonistka. - Przez lata opracowałam sobie konspekt każdej lekcji. Teraz wszystko mogę wyrzucić do kosza, bo jak wygląda moja lekcja? Wchodzę do klasy, a tam Ku-Klux-Klan - trzydziestu chłopa w kapturach naciągniętych do połowy twarzy. Mówię: "Dzień dobry" - milczą. Sprawdzam obecność - nie odpowiadają. Mówię Romeo, mówię Julia - zaczynają chodzić po klasie: "Muka, Karczycho. Słuchacie mnie?" - pytam. Cisza. "To po co przyszliście do szkoły?". Tupanie. O Szekspirze można zapomnieć.
Maria Gąsienica, historyczka: - Nie umieliśmy utrzymać dyscypliny, nie umieliśmy niczego nauczyć. Początkowo każdy gotował się jak imbryk ze złości i siedział cicho. Wstydził się przyznać, że jest bezradny. Przełom nastąpił, kiedy młodszej koleżance opluli klamkę. Nie wytrzymała. Poszła na skargę do dyrektora: "Pan nie zabezpiecza mojego miejsca pracy! - krzyczała. - Pan nas naraża! Takich uczniów powinno się kierować do szkoły specjalnej, nie powszechnej".
ŹRÓDŁO: |  |
Trzeba sobie radzić albo się zwolnićW gabinecie dyrektora trudno o spokój. Przychodzą uczniowie, przychodzą nauczyciele, rodzice przychodzą, władze gminne przychodzą. Z tłumaczeniem, z pretensją, ze sprawą, ze skargą. Dyrektor musi zreperować spłuczkę w damskiej toalecie, zorganizować bilety do teatru, puchary dla najlepszych biegaczy, papier do ksero, tusz do drukarki.
- Kto był, kto czeka? - pyta.
- Była matka chłopaka z drugiej gimnazjalnej. Tłumaczyła, że syn od trzech miesięcy chory - mówi sekretarka. - Dzwonił urząd miasta, pytał, dlaczego pieniądze na opał wykorzystaliśmy na okna. Nie rozumieją, że dzięki temu oszczędzamy 2 mln rocznie na ogrzewaniu. Przyślą kontrolę.
Dyrektor Andrzej Cichoń jest szarmancki i zdystansowany, dyrektor jest dyrektorem ponad dwadzieścia lat. Lubi swoją pracę, zna się na szkole. Pracował z młodzieżą już w latach 70. Uważa, że uczniowie są tacy jak społeczeństwo, w którym żyją. - Jeżeli dorośli nie radzą sobie z rzeczywistością, to jak mają sobie radzić dzieci? - zapytałem wtedy tę młodą nauczycielkę. - Bo co się stało? Napluli na klamkę? To trzeba rękę wytrzeć. Jak za przeproszeniem kupę, w którą pani wejdzie. Wychodzi was po dzwonku setka, nie mogę wysłać za każdym ochroniarza. Trzeba sobie radzić albo się zwolnić.
Grono pedagogiczne na dyrektora się oburzyło: "Nie umiemy sobie radzić! W żadnej szkole pedagogicznej tego nie uczą. Boimy się ich! To cyrk jest! Tu trzeba treserów!" - krzyczeli.
- "Nie umiemy, musimy się nauczyć" - powiedziałem im wtedy. - Zrozumiemy sytuację, a znajdą się rozwiązania. Gdy córka dorastała, też się burzyłem. Zakazywałem, kontrolowałem, sprawdzałem. Bez efektu. Żona mi powiedziała: "Jeżeli ciebie tak boli jej odrywanie się od nas, pomyśl, jak jej jest ciężko się oderwać". Wczułem się w jej sytuację i automatycznie zrobiła się inna rozmowa. Krytykując, odtrącając - daleko nie zajdziemy.
Dyrektor zamówił u współpracującej ze szkołą poradni psychologiczno-pedagogicznej kursy komunikacji interpersonalnej dla całego personelu. Była teoria, były warsztaty. Pomagała Edyta Mierucka, szkolny psycholog.
"Napiszcie, dlaczego boli, gdy uczniowie wyzywają?" - prosiła nauczycieli.
Pisali: "chamstwo mnie obraża", "mam ochotę uderzyć ucznia", "czuję się: bezradny, poniżony, wściekły, agresywny, czuję, że jestem złym nauczycielem, że świat, który mnie otacza, schodzi na psy".
- Nie potrafili określić swoich granic - mówi Mierucka. - Swoje emocje, doświadczenia, kompleksy przekładali na sytuacje, w których stawiali ich uczniowie. Czuli się atakowani, podczas gdy byli sprawdzani, czy warci są zaufania. Czuli się poniżeni, podczas gdy sami poniżali. Z błahych spraw robili tsunami. A wystarczyło ich zrozumieć.
"Jak myślicie, dlaczego oni to robią?" - pytała.
Odpowiadali: Są źli, zepsuci, leniwi, zdemoralizowani, interesowni, nieodpowiedzialni, głupi".
"Wymieńcie pozytywne cechy uczniów".
Nie potrafili.
"Spróbujcie się wczuć w ich sytuację".
Nie znali tych sytuacji.
"Nie wiecie, kim są wasi uczniowie? - pytała. - Co jedzą na obiad? Co robią z czasem wolnym, o czym rozmawiają z rodzicami?".
Nie wiedzieli.
Kursy wyeliminowały tych, którzy nie chcieli uczyć się nowej rzeczywistości. Kilkanaście osób odeszło: na wcześniejszą emeryturę, do szkół o lepszej reputacji, do firm, gdzie można zarobić dwa razy więcej.
ŹRÓDŁO: |  |
- Nikogo nie zatrzymywałem - mówi dyrektor. - Jeżeli ktoś nie ma powołania, nie wytrzyma. Będzie szkodził. Nauczyciel to zawód wymagający predyspozycji psychicznych. Dziwię się, że nikt nie robi im testów jak policjantom przy przyjmowaniu na służbę.
Nie chciała się marnowaćEwa D. ma 32 lata, dyplom z filologii angielskiej na UJ (wpływy europejskie w prozie Hemingwaya) i duże ambicje. Chciałaby być tłumaczem literatury, ale z tego nie da się utrzymać. Dlatego postanowiła uczyć. Skończyła kilka kursów z metodyki nauczania języka. Odeszła ze szkoły przy Ułanów trzy lata temu. Nie chciała się marnować.
Kiedy nadarzyła się okazja, przeniosła się do jednego z renomowanych liceów Krakowa. Właśnie skończyła zajęcia, pędzi do domu, bo ma jeszcze do sprawdzenia kartkówki, w których uczniowie poprawiają swoje oceny na koniec roku.
- Walczą o szóstki, piątki - mówi. - Mają aspiracje. Na lekcji można z nimi przerobić nawet dwa rozdziały, można porozmawiać o karierze Madonny, o globalizacji. W ubiegłym tygodniu oglądaliśmy na DVD "Capote" w oryginale. A na Ułanów przez semestr nie mogłam wyjść poza dialogi typu:
"What is your name? My name is Paul. Where are you come from? I coming from Cracow. What is your second name? My name is Cracow?". - Nie żartuję, oni nic nie rozumieli. Nie odróżniali orzeczenia od podmiotu.
"Napisz temat na tablicy - poprosiła kiedyś polonistka najbardziej agresywnego chłopaka w klasie. - Nie! - mówi. - To ja ci napiszę na kartce, ty go tylko przepiszesz" - prosi dalej. I co się okazało? Ledwo pisał. Psycholog mówi: był agresywny, bo chciał odwrócić uwagę od swoich słabości. Ale ja mam to gdzieś. Przyszłam tu uczyć w gimnazjum. Nie chciałam zejść do poziomu przedszkolaka.
„Napiszcie list do przyjaciela o swojej podróży wakacyjnej. Minimum trzy strony”. Za tydzień nikt nie miał ani wersu. „Dlaczego?” - pytam. Odpowiadają: „Nie byłem w podróży”, „Nie mam przyjaciela”, „Po co mam pisać list, skoro mogę napisać SMS-a? Oszczędzam czas, oszczędzam pieniądze na znaczek”. U nich liczy się konkret. Kiedy im się nie opłaca, nie zrobią. Człowiek się łudzi - jak mi się uda poprowadzić lekcję na 200 proc., jak się dobrze przygotuję, to ich zainteresuje. Koleżanka polonistka przyszła kiedyś do pokoju nauczycielskiego dumna jak paw. „Ale lekcję miałam w II g! - mówi. - Przerabiałam »Romeo i Julię «. Podzieliłam ich na grupy. Jedni pisali reportaż z Werony, inni scenę balkonową na śmiesznie. Powymyślali fajne historie. Romeo na pożegnanie: To ja idę do innej. Na co Julia, zapalając papierosa: »Marlboro, papierosy, które zastąpią prawdziwego mężczyznę «. Postawiłam same dobre oceny. Coś w nich obudziłam”. I co? Na następnej lekcji miała już tylko pięciu uczniów. „Co z resztą? - pyta. - Mają już oceny, nie muszą się więcej starać”.
Im fajniejsza lekcja, tym mniej się muszą uczyć w domu, bo wszystko zapamiętali. Jedyne, co ich motywuje, to kasa. Jeden z wychowawców organizuje wycieczki po Krakowie, pokazuje im muzea, zabytki. Jeżeli nie weźmie od nich po pięć złotych na bilety, w umówionym miejscu nie ma nazajutrz nikogo. A jak zapłacą - przychodzą, bo zainwestowali.
- Spotykamy się pod Wawelem! - zaproponowała jedna z polonistek. - Gdzie? - zapytał któryś. - Pod wzgórzem, od strony Grodzkiej. - A gdzie to jest? Myślała, że sobie jaja z niej robi. Mieszkać w Krakowie i nie wiedzieć, gdzie Wawel? A on naprawdę nie wiedział. Całe jego życie to osiedle i tramwaj do szkoły.
W nowej szkole Ewa D. rozwija skrzydła. Dyrektor docenia ją. W wakacje wyjeżdża z uczniami na dwutygodniowy obóz językowy na Mazury.
Nowa szkoła ma zasady. Wyrzuca każdego, kto włoży zapałkę do zamka w drzwiach, kogo przyłapią na seksie w toalecie, kto pyskuje. Dyrektor nie chce, by szkoła straciła reputację. Dyrektor dba o swoje dobre imię, bo chce startować w kolejnym konkursie na dyrektora organizowanym przez miejski wydział oświaty.
- Ilu uczniów wyleciało w ubiegłym roku z pani nowej szkoły? - pytam Ewę D.?
- Osiemnastu.
- Gdzie odeszli?
- Przestało mnie to obchodzić.
- Jeżeli nikt ich nie zechce uczyć, to co z nimi będzie?
- Nie wiem. Każdy odpowiada za siebie. Sami sobie są winni.
Ty skąd? Z Auschwitzu?Czerwcowy wieczór. Godzina 21.30. Ławka przy ulicy Półkole pustoszeje. Rozpętała się nagła burza. Chłopcy schowali się w pobliżu. Śmietnik, klatka schodowa, przystanek autobusowy. Żaden nie wrócił do domu.
ŹRÓDŁO: |  |
"Ławka, ulica to moja kamienica" - zrymował kiedyś Ping, który nieustannie słucha hip--hopu. Najchętniej Molesty i Paktofoniki. Teraz też siedzi obok kontenera z czadofonem pod kurtką. Sam nie śpiewa, bo jak twierdzi, żyje zgodnie z naturą. A natura jego ciała buntuje się, gdy musi się męczyć. Szczególnie buntuje się jego mózg, który za nic nie chce rano podnieść się z łóżka. - Wyłącz to, kurwa! - krzyczy Pong. - Jeszcze pioruna na nas ściągniesz! - Odjebało ci? - burzy się Ping. - Z wioski jesteś? O strzechę się boisz? - Słyszałem, kurwa, w Eremefie, że piorun wpadł do obory, a rolnik akurat rozmawiał przez komórkę i pierdolnął walonkami do góry. - Dziennikarze to mendy. Wczoraj mówili, że nie będzie padać, i co? Gdyby mi płacili tyle co im, to powiedziałbym nawet, że jestem obrzezany.
Ping i Pong. Awers i rewers. Pierwszy szczupły blondyn, drugi brunet z nadwagą. Mieszkają od urodzenia na tej samej klatce schodowej. Obydwaj kończyli przedszkole na ulicy Widok i podstawówkę na ulicy Francesco Nullo. Kiedyś byli nieźli w ping-pongu (stąd ksywki), ale w gimnazjum odechciało im się ćwiczyć. Wszystkiego im się odechciało.
Ping: - Ojciec umarł wtedy na raka płuc (pracował na taśmie w zakładach tytoniowych), skończyły się pieniądze i matka złapała doła. Nigdy wcześniej nie pracowała, więc jak zaczęła szukać roboty, miała już z pięć dych. Gdy nawet hipermarket nie zechciał jej na sprzątaczkę, zaczęła się modlić. Teraz siedzi całe dnie na wersalce i mamrocze. Na każdej ścianie święty obrazek, na telewizorze Matka Boska i świece. Aż mnie ciarki przechodzą, gdy na to patrzę. Pytam: "Jest coś do żarcia?". "Nie" - mówi. Tyle gadki. Wygląda jak anorektyczka, bo jak jej czegoś nie wcisnę, nie zje. Kupuję za rentę, którą mam po ojcu. Za mieszkanie nie płacę, bo brakuje. Zresztą w domu tylko śpię. Jadam w szkolnej stołówce. Pedagog załatwił mi dofinansowanie w Caritasie.
- Gdzie się uczysz? Gdzie odrabiasz lekcje?
- Nie odrabiam. Umiem tyle, ile nauczą mnie w szkole. Osiem godzin dziennie wystarczy. Kumpel, który dostał się na politechnikę, zapieprzał całe noce i dnie, matka tylko mu kanapki donosiła do biurka. Zupełnie nie dbał o swoje zdrowie. A ksiądz mówił przed pierwszą komunią, że to niezgodne z piątym przykazaniem. Widzę go kiedyś: oczy spuchnięte, ramionka okrąglutkie, taki gałganek. Pytam: "A ty skąd? Z Auschwitzu?". "Z korków - mówi - wracam. Pała z matmy mi grozi. Matematyczka zaproponowała mi pomoc". "Za ile?" - pytam, bo znam te klimaty. "Pięć dych za 45 minut". "Nie daj się, ziomal, mówię, w poprzedniej budzie też tak miałem. Polonistka posadziła mnie w pierwszej ławce i dawaj - pytanie na każdej lekcji: co to fraszki, dupaszki, wierszyki, pstryki. Ktoś nie wiedział, proszę bardzo, Łukasz powie. Potem tylko za drzwi weszła, już się rozglądała: - Gdzie Łukasz, nasz orzeł, nasz sokół?. Cała klasa ryczała. Nikt mnie nie bronił, bo gdy mnie pytała, to oni mieli spokój. Kiedy nie zdałem, kumpel doradził: "Idź do niej na korki. Połowa klasy korkuje u niej i ma dobrze". Nie miałem za co - dalej mnie łachała. Kiedyś rozsiadła się za biurkiem i żuje toffi. Jak się jej skończyły, mówi: "Idźże, Łukasz do sklepiku, kup mi jeszcze paczkę". A ja jej głośno: "Niech mnie pani w dupę pocałuje!". Pozwała mnie do sądu o obrazę. Sprawa do dziś się ciągnie. Jej włos z głowy nie spadł, a ja musiałem szukać nowej szkoły.
Lubią, jak się boiszPong: - "Chodź na Ułanów - powiedział mi Ping pod blokiem (byłem jeszcze w gimnazjum na Osiedlu Zgody) - tam można być homo sapiens, nie ścierą". W poprzedniej szkole miałem kłopoty z fizyką i chemią. Stałem pod tablicą i udawałem zdenerwowanego, by nie wyszła moja ciemnota. Wytrzeszcz oczu, kreda mi z rąk leciała, jąkanie - jakby mi się ze strachu wszystko pomieszało. Zazwyczaj odpuszczali. Nauczyciele lubią, jak się boisz.
- Nie tłumaczyli tego, czego nie umiałeś?
- "Niech ci rodzice pomogą - poradziła fizyczka. - Za nadgodziny mi nikt nie płaci". Albo wyzwiskami od razu.
- Wyzywali?
- Od debili, bandy idiotów, upośledzonych bydląt, tępaków. Zresztą nie tylko mnie. Inni też tak mają, tylko boją się wychylić. Siedzą jak trusie i liczą czas do dzwonka, żeby ich nikt nie zauważył. Czasem na przerwie jarało się gandzię, czasem strzeliło piwko i było lżej. Koleżanka łykała relanium, inaczej rzygała w kiblu ze strachu. Wołaliśmy na nią Lionel Richie, bo ryczała wtedy jak lew.
- A rodzice? Nie pomogli?
- Kiedy? Ojciec pracuje jako kierowca tirów. W domu jest trzy dni w miesiącu. Śpi.
"W szkole dobrze?" - pyta. "Dobrze!" - odpowiadam. "No to dobrze!" - mówi i znowu kimka. Budzi się na żarcie: "Ile jest 6 razy 7?" - ciągnie. "42!" - odpowiadam. "A nie 56?" - nie wierzy. "Dawaj kalkulator!". Sprawdzamy. Wychodzi na moje. Stary się nadyma jak purchawka. Nie odzywa się do wyjazdu. Mama sprzedaje w kiosku ruchu. Wychodzi o szóstej, wraca o osiemnastej, kiedy zaliczy wszystkie hurtownie spożywcze, gdzie jajka są po
30 gr, a majonez tuż przed końcem terminu ważności można kupić za 1,50 zł.
Zrobi obiad i zaśnie przy "M jak miłość". Pracuje też w soboty i niedziele do czternastej. "Znów nie byłaś na wywiadówce?" - pyta siora. "Mam się pokazać ludziom z siwymi włosami? - krzyczy matka. - Czasu nie mam odrostów zrobić". Siora potem kłamie, że matka chora była, że zadzwoni. Ja mam z matką układ: "Uczysz się synu dla siebie - powiedziała mi kiedyś. - Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Ja w to palców nie wkładam".
Ping: - Na osiedlu większość rodziców nie ma czasu. Zajęci są sobą, jak nie pracują, to kombinują, skąd by tu wziąć na prąd, na czynsz, na kablówkę.
Pong: - Albo ich nie ma. Siedzą w Dublinie, Londynie. W mojej klasie chyba z dziesięciu ma starych za granicą. Co miesiąc dostają od nich kasę na życie. Chata wolna. Jak nie chcą rano wstawać, nie wstają. Pogrzebią w internecie, obejrzą telewizję, pojadą do Carrefoura czy Galerii Kazimierz. Zaliczą galeriankę. Robią tam laskę za perfumy z
Sephory. Wchodzi się w kilku, ktoś prosi te panny w mundurkach o radę: "Poszukuję perfum dla dziewczyny". "Jakie mają być?" - pyta. Zbliżasz się do niej i szepczesz do ucha: "Delikatne jak pani". Ona się rumieni, gotuje, psika ci na karteczki, a kolega wypakowuje flaszkę z pudełeczka i w długą.
Maciąg: - Wychowujemy się sami. I dobrze, bo czego moglibyśmy się od nich nauczyć? Chodzenia w butach ze skaju? Życia na kredycie? Sąsiedzi żyli. Od trzech lat chowają się przed komornikiem. Puk, puk, stuk, stuk, trzeba znać szyfr, żeby otworzyli. Skrobią jak szczury!
ŹRÓDŁO: |  |
Habemus mu papaMama Maciąga Halina właśnie wróciła z pracy. - Nie posprzątałeś! - żali się, przedzierając się przez przedpokój gierkowskiego M-4 do kuchni. Porozrzucane buty, oderwana wykładzina, ściany wymagające remontu. - Gdzie Kamil? - U sąsiadów. - Dobrze, chociaż coś zjadł. Jutro ja ugotuję, to ich mały będzie mógł u nas zjeść.
Pracuje jako ankieterka. Od ankiety ma
5 zł. Na tysiąc pięćset miesięcznie musi pracować dziesięć, dwanaście godzin. Ostatnio rozdawała wszystkim znajomym, którzy mają psy, karmę i codziennie sprawdzała, jak się te czworonogi po niej czują. Sama - bo ludziom raczej nie zależy i wpisują do ankiety, co popadnie, na odwal się. A ona potem ma kłopoty, bo firma wmawia jej, że sama je sobie wypełniła, i nie płaci ani grosza. Jak rozpoznają, że sama?
- CHGW! - mówi Maciąg. - Ściemniają, żeby miała się na baczności i sama nie zaczęła ściemniać.
Pani Halina: - Moje dzieci muszą być samodzielne. Nie będę z nimi odrabiała lekcji, bo kiedy? Dziewiąta godzina, a ja dopiero w domu. Jak się rodziły, to nosiłam na rękach. Sześć lat temu mąż się wyprowadził do innej kobiety. O, widzi pani tę dziurę w ścianie? Liczniki przyszedł mi wyrwać, nie chciał płacić na darmozjadów. Zabrał wszystkie wartościowe rzeczy: kanapę skórzaną, mikser, mikrofalówkę. Wezwałam policję - powiedzieli, że ma prawo, bo dopóki nie ma rozwodu, to jest jego własnością. Kiedyś do niego pojechałam, by go prosić, żeby wrócił. Bałam się, że nie dam sobie rady z dwoma chłopakami. Poszczuł mnie psem.
Maciek o ojcu: - Niech zdycha w pokoju. Habemus mu papa.
Pani Halina nie może zrozumieć, dlaczego teraz wszyscy czepiają się młodzieży: - Zapomniał wół, że cielęciem był! My też nie tańczyliśmy tanga jak rodzice. Jak poszłam na koncert Niebiesko-Czarnych i dostałam po głowie gumiakiem, ojciec mówił: "Bawić się nie umicie!". Maciek, kiedy goli głowę na łyso, prosi mnie: "Matka, weź za uszami, bo nie dostaję". I ja golę, bo wiem, że te dresy, te łańcuchy na ręku to przebranie. Ja udawałam Bardotkę, on tych swoich Murzynów z telewizji.
- Ale nie uczy się! Nie uczy się, nie zdaje, ma 2 lata do tyłu.
- Najważniejsze, że daje sobie radę. Jak mu czegoś trzeba, na budowie pracuje. W ubiegłe lato ocieplał domy. Kupił magnetofon. W lombardzie, ale jak nowy. W ciągu roku jak mu się jakieś mieszkanie trafi do remontu, też bierze. Dlatego ja mu wszystkie nieobecności w szkole usprawiedliwiam. Ostatnio dzwonili ze szkoły, pytali, co się z nim dzieje, bo od miesiąca nie chodził. A on się Kamilem zajmował, bo w szpitalu byłam. Przylał mu nawet, gdy mały przyniósł tróję z dyktanda. Dobrze, bo chłopak musi znać męską rękę. Nie ma ojca, ma brata. On tu teraz rządzi.
Maciek: - Matka choruje na nadczynność tarczycy. Nie ma na leki. Czasem łapią ją ataki duszności. Ostatnio w długi weekend. Zawiozłem ją tramwajem na pogotowie. Położyli ją na łóżku w korytarzu obok izby przyjęć. Całą noc nikt do niej nie podszedł. Pukam raz, drugi do gabinetu, a tam ciągle to samo: "Proszę wyjść, mam pacjenta, nie widzi pan?". Jakaś babka mi doradziła: "Trzeba dać 20 zł pielęgniarce - to się zajmą. Mąż leżał sparaliżowany po wylewie. Salowe stawiały talerz na szafce i mówiły, że nie ma apetytu. Żadna go nie nakarmiła. Dałam kasę, od razu apetyt się znalazł i masażysta, i rehabilitant".
Maciąg nie miał wtedy nawet na butelkę wody mineralnej.
- Co zrobiłeś?
- Skopałem dystrybutor Coca-Coli, który stał przy portierni. Wezwali policję. Skończyłem na komisariacie, ale matkę przyjęli.
Zróbże coś pani z nimSzkoła zaproponowała matce Maciąga zajęcia w kursie dla rodziców: "Jak radzić sobie z agresją, jak rozpoznać, czy bierze narkotyki". - Rodzice zrzucają odpowiedzialność za dzieci, jak tylko nadarza się okazja - mówi Edyta Mierucka, psycholog. - Matka, której syn nie chodził do szkoły pół roku, mówiła mi ostatnio: "Zróbże coś pani z nim". Nie wie, że to ona więcej może niż ja. Chcieliśmy, by rodzice to wiedzieli. Stąd pomysł grupy wsparcia dla rodziców.
Halina E. była na dwóch spotkaniach, razem z dziesięcioma innymi matkami.
- Złapali nas po wywiadówce - opowiada - to poszłam. Chciałam się dowiedzieć, jaką przyszłość synowi doradzić. Kim się teraz opła-
ca być? Inne matki płakały, że syn czy córka się stacza. Narkotyki. Alkohol. Jedna opowiadała, że mąż alkoholik podpalił podczas libacji dom. Jemu się nic nie stało, a najmłodszego syna nie docucili. Po tym wypadku inne dzieci nie mogą do siebie dojść. Druga mówiła, że mąż powiesił się w pokoju, w którym mieszkają z całą rodziną. Pomyślałam: "To ja mam życie jak w Madrycie". I kiedy Maciek obiecał, że się za siebie weźmie i skończy gimnazjum, więcej nie poszłam. Ponoć w tym semestrze już tylko trzy matki chodzą.
- A potem zrobię liceum, które w rok przygotowuje do matury - obiecał Maciek. - Nawet dwa licea, by mieć dwa dyplomy w dwa lata. Nadrobię stracony czas.
ŹRÓDŁO: |  |
KontraktPrzed pokojem psychologa na ulicy Ułanów kolejka. Trwają przyjęcia kandydatów na nowy rok szkolny. Zniecierpliwione matki ściskają reklamówki z zakupami, obciągają przykrótkie spódnice, pocą się, ponaglają: "Wyprostujże się!", "Bój się Boga, włożyłeś bluzę i buciory? To po co ja koszulę ojca prasowałam?", "Artur też tutaj zdaje? Znów będzie cię na wagary ciągał!".
Nie widać ani jednego ojca. Synowie i córki patrzą w okno, czytają instrukcje obsługi obrabiarki, schemat silnika, dyplomy sportowe, nazwiska pod zdjęciami absolwentów.
- Nie przyjmiemy nikogo, zanim nie pogadamy z jego rodzicami - mówi Piotr Krzywda, szkolny pedagog. Zawieramy kontrakt. Zajmiemy się dzieckiem, ale mamy warunki. Szkoła bez zasad nie istnieje. My je powoli wypracowujemy.
Uczeń na Ułanów musi:
1. Chodzić do szkoły.
- Jest w szkole - mówią nauczyciele - nie ma go na osiedlu. Słyszy: rachunek prawdopodobieństwa, bitwa pod Grunwaldem, kwas solny. Może zapamięta chociaż nazwę. Za nieopuszczanie w semestrze ani jednej godziny uczniowie dostają nagrody: organizery, zegarki, albumy fotograficzne o Polsce. - Muszę ich jakoś motywować - mówi dyrektor. - Frekwencja z roku na rok maleje. Kiedyś takich nagród kupowałem 40-50. W tym roku tylko 18.
2. Umieć to, co na lekcji.
- Kiedy robię klasówkę - mówi zastępca dyrektora ds. technikum Elżbieta Piechocińska - nie oczekuję, że się przygotowali w domu. Mówię: weźcie książki, przypomnijcie sobie, co było. Dopiero potem piszemy. Jedno gramatyczne ćwiczenie z francuskiego potrafię przerabiać nawet tydzień. Tłumaczę do skutku, aż zrozumieją. Chwalę za każde osiągnięcie. Większość z nich nigdy nie była chwalona, ma zaniżoną samoocenę. Na testach, gdy trafi im się pytanie otwarte, wymagające ich samodzielnego myślenia, nie odpowiadają. Nie wierzą, że mogą myśleć, że ich zdanie może się liczyć. Dla nas sukcesem jest to, że stu uczniów przystąpi do egzaminu gimnazjalnego. Niech mają najniższą punktację w kraju, ważne, że w ogóle przystąpili.
3. Nosić identyfikator z nazwiskiem.
Bez identyfikatora strażnik cię nie wpuści. Anonimowość sprzyja patologiom. - Dlatego systematycznie montujemy na terenie szkoły kamery - mówi dyrektor. - Mamy ich już 20. Kiedyś uczeń kopnął nauczycielkę na korytarzu. "To przypadek, chciałem kolegę!" - tłumaczył się. Gdyby nie nagranie z kamery, nie mielibyśmy dowodów, że było inaczej. Czułby się bezkarny. A to niebezpieczne. Dla nas. Dla niego.
Od sześciu lat nie odnotowano w szkole przypadku fali, nie było też napaści na uczniów pod szkołą.
Taki systemPsycholog Edyta Mierucka jest już dziś bardzo zmęczona. Ma w szkole pół etatu, pracuje na półtora. Taki system. Kuratorium mówi: Trzymać poziom, wychowywać. Samorząd odpowiada: Nie damy pieniędzy! Trzeba łączyć klasy! I mamy kolosy po 40-45 uczniów. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby wszyscy oni zaczęli chodzić do szkoły! Żeby wychowywać, nie trzeba Instytutu Wychowania. Wystarczy zmniejszyć klasy, żebyśmy byli w stanie je ogarnąć.
- Pani Edyto! Mam sprawę - woła IIe. - Pani pomoże, chcą rozwiązać naszą klasę, rozdzielić nas do innych. To nie nasza wina, że kilku nie zda!
- Edyta! - przekomarzają się chłopcy, którzy chodzili na warsztaty z zastępowania agresji (nie wyszły, bo były obowiązkowe - do trwałych zmian potrzebna jest wolna wola). - Jak leci? Dziecko zdrowe?! - pamiętają, że niedawno była w ciąży.
- Proszę pani, wysłał mnie wychowawca - szepcze nieśmiało dryblas z krostami na twarzy, obwieszona biżuterią blondynka zwęglona na solarium, osiłek w dresach.
Ona rozmawia:
- Aśka, bój się Boga, znowu pobiłaś Benitę? Powiedziała, że zarabiasz na ulicy? A zarabiasz? Bywa? Boisz się ciąży? Musisz się zabezpieczyć.
- Maciek, dlaczego napyskowałeś matematyczce? Bo wyśmiała świeczki dla papieża? Przecież widziałam cię na Franciszkańskiej. Modliłeś się, płakałeś. Wstyd ci teraz?
ŹRÓDŁO: |  |
- Łukasz, znowu zasnąłeś? Rozkładasz nocą towar w markecie? Przecież ty niepełnoletni jesteś! Za kolegę?
- Bartek, wiem, polonistka nie postępuje słusznie, ale ja nie mam prawa zwrócić uwagi nauczycielowi.
Właśnie o nich ostatnio rozmawiali. Trudno im się zmienić. W Gliwicach nauczyciele domagali się od ministra edukacji zatwierdzeniakar w szkole, m.in.: zatrzymywania po lekcjach w świetlicy, sprzątania sal, boiska szkolnego. W Bielsku-Białej chcą przywrócenia kar fizycznych.
- Prawa mają tylko uczniowie, a obowiązki nauczyciele! - złościł się jeden z wychowawców, któremu na zajęciach zasnął pijany chłopak. - Żeby go usunąć z klasy, muszę udowodnić, że jest pijany. Nie mogę tego zrobić na węch! Nie może być świadkiem inny nauczyciel! Muszę mieć wynik z zarejestrowanego alkomatu, a takie ma tylko policja! Wzywam. Mierzą. Ma dwa i pół promila. "A dokumenty masz?" - pytają ucznia. Okazuje się, że jest pełnoletni. Wtedy policjanci do mnie: "I po coś pan nas wzywał! Jeżeli jest spokojny, nic nie możemy zrobić!".
Zawala się całe przedstawienie Ulica Półkole. Chłopcy schodzą się po burzy. Do ławki przy śmietniku dostawili drugą, przytachaną spod kościoła św. Stanisława. Oj, proboszcz znów będzie się pieklił, upominał w ogłoszeniach parafialnych, że zamiast odrabiać lekcje, to oni na tej ławce się marnują. Żyją jak poganie: niczego nie szanują, niczego nie przestrzegają.
- Weźże, Wampir, te szlugi! - krzyczy Xerox. - Kto ci kazał kupować od Ruskich na Kleparzu? Tfu, jakbym kocią kuwetę wylizywał!
Zrzuta na piwo. Trzy królewskie na siedmiu. Resztę trzeba będzie wziąć na kreskę u Jolandy. Niedaleko stąd, na Zwycięzców, ma sklepik.
- Nie patrzy w papiery, nie wnika w oddech - mówi Xerox. - Twardo stoi na ziemi - sama wychowuje trzech synów - musi zarobić na życie. Nie mamy kasy - rozładowujemy jej starego poloneza trucka i kilka piw wpada za darmo. Czasem bryka jej nawala - kładziemy koc na asfalcie i grzebiemy: wymieniamy świece, sprzęgło.
Xerox od dziecka uwielbia samochody. Na ścianie pokoju ma kolekcję kołpaków z firmowymi znakami samochodów. Nawet pontiaca i maserati. Wypatrzył kiedyś te cacka na parkingu na placu Szczepańskim, gdzie parkują "wypasione chuje" z całego świata. I nie mógł się oprzeć. Zagadał z parkingowym. Za stówkę udawał, że nie widzi. Po gimnazjum chce zostać w zawodówce na Ułanów i uczyć się na mechanika.
- Złota rączka - mówi o Xeroksie pani Jolanda, która właśnie zamyka sklep (wydatny biust, przepalony głos). - Uratował mojego poldka, gdy pękł wał korbowy. W autoryzowanych warsztatach naprawa kosztowałaby tyle co cały samochód. Xerox wszystko mi znalazł na szrocie i sam wmontował. Szkoda takiego zdolnego chłopaka! Bo jak pójdzie do warsztatu, to się tylko zmarnuje. Mechanicy przeliczają roboczogodziny i na niczym już nie muszą się znać. Nawali migacz, wymienią ci pół samochodu, wystawią rachunek, na który trzeba będzie wziąć kredyt.
- W bebechach nikomu nie chce się już grzebać - mówi Xerox. - Jeszcze tylko blacharkę opłaca się robić - za dzień pracy przy zagiętych drzwiach weźmie się z 300-400 zł. Ale gdzie ja się tego nauczę? W szkole na takie prace brakuje pieniędzy. Na warsztatach robimy metalowe klucze albo podkowy, bo tylko takie maszyny się nam udostępnia.
- Dzisiaj chcesz mieć zawód - mówi pani Jolanda. - Musisz odziedziczyć zakład albo warsztat. Dziewczyna to jeszcze jak cię mogę - strzyc, czesać, malować oczy - sama się nauczy, jak jest zdolna. Ale chłopcy? Mechanik musi próbować na samochodach, elektryk na obwodach. Mój najstarszy syn skończył w tym roku technikum elektryczne. Wie pani, jak wyglądał jego egzamin zawodowy? Miał zaprojektować urządzenie do podnoszenia rolet w auli. Zaprojektował. Ale nie miał z czego zrobić (na materiały szkoła nie miała funduszy), a przed komisją egzaminacyjną odczytał tylko wstęp opisu, w którym krok po kroku opisywał jego działanie (ministerstwo nie zagwarantowało stołów z generatorami, oscyloskopami, układami scalonymi). - Taki stół kosztuje 200-250 tys. zł! - tłumaczył mi dyrektor. A ja mam dziesięciu zdających jednocześnie. Skąd na to wziąć?
- Kiedyś w narodzie było miejsce dla majstra - mówi pani Jolanda. - Mój ojciec w hucie Lenina pracował całe lata, mieszkaliśmy w domkach na Osiedlu Willowym zbudowanym dla najlepszych pracowników. Rodzice nie mieli matury, ale przez całe życie czuli się szczęśliwi. Docenieni, dowartościowani. A teraz nikt by się z nimi nie liczył.
- Młodzież jest agresywna, bo czuje się niepotrzebna, zepchnięta na margines, gorsza. Najmłodszy syn chodzi do zerówki. Na Dzień Matki dzieci przygotowywały występy. Miałam go ubrać elegancko. Poszedł w białej koszuli i zwyczajnych spodniach. Garniturek dla dziecka to wariactwo, przecież zaraz wyrośnie. Kiedy go odbierałam, przedszkolanki powiedziały: "Kupiłaby pani mu garniturek, bo zawala się całe przedstawienie".
Przy dzieciach to mówiły, a one powtarzały swoim rodzicom: "Fajne było przedstawienie, tylko Kuba nie pasował". Kiedy przyszliśmy do domu, mały rozwalił wszystkie zabawki, krzyczał, klął, pluł jedzeniem. Wzięłam pieniądze z utargu i kupiłam ten garniturek.
ŹRÓDŁO: |  |
Źródło: Duży Format