To wciąż jedno z najdziwniejszych miejsc na ziemi. W 1902 roku rząd USA podpisał z władzami Kuby bezterminowy układ o wynajęciu bazy morskiej w zatoce Guantanamo, na południowo-wschodnim krańcu wyspy. Od 1935 roku płacił Kubańczykom 4 tys. dol. rocznie.
Po rewolucji, gdy władzę przejęli komuniści, baza dalej działała, a amerykańscy żołnierze korzystali z uciech pobliskiego miasteczka. Waszyngton płacił za wynajem bazy i Fidel Castro podobno zrealizował dwa pierwsze czeki. Dopiero potem uznał, że to jednak niezgodne z ideami rewolucji (czeki Waszyngton nadal podobno wysyła).
Gdy napięcie między USA i Kubą wzrosło, bazę otoczyło kilka rzędów zasieków z drutu kolczastego, pola minowe, wieże strażnicze.
Dziś, choć zasieki pozostały, nie czuje się dawnego napięcia.
- Gdy czegoś potrzebuję, dzwonię specjalną linią do kubańskiego komendanta po drugiej stronie, gen. Solara. Mamy też comiesięczne "spotkania przy bramie" - opowiadał mi kpt. Mark Leary, dowódca bazy amerykańskiej marynarki.
- Gdy budowaliśmy wiatraki, by wykorzystywać energię wiatrową, dokładnie opisaliśmy Kubańczykom, co robimy, by się nie dziwili niezwykłym konstrukcjom powstającym na wzgórzach - opowiada kapitan Leary.
Dobrosąsiedzkie stosunki pielęgnowane są kosztem uciekinierów z wyspy - Amerykanie przekazują Kubańczyków schwytanych na morzu przez patrole swojej straży przybrzeżnej. Kubańczycy z kolei zobowiązali się, że gdyby jakiś więzień uciekł z Guantanamo, zwrócą go Amerykanom.
O sobie kpt. Leary mówi, że jest jakby burmistrzem małego miasteczka.
8 tys. mieszkańców (51 proc. to żołnierze, reszta to rodziny oraz pracownicy prywatnych firm, np. budowlanych i komunikacyjnych). Z kubańskiej strony baza nie otrzymuje nic. Wszystko - słodką wodę, energię elektryczną, świeże owoce, mięso, mleko, materiały budowlane itd. - trzeba sprowadzić z USA.
Tylko więźniów Camp Delta sprowadza się z innych krajów.
ŹRÓDŁO: |  |