Pomarańczowe kombinezony noszą ci najgroźniejsi. Także ten chudy Afgańczyk z długą czarną brodą, który leży z nogami i rękami przywiązanymi do szpitalnego łóżka. Mówi, że jest tylko biednym rolnikiem, nie zrobił nic złego, a oni trzymają go tu już cztery lata.
Lekarz w białym kitlu wprowadza szarpiącemu się pacjentowi plastikową rurkę. Przez nos, przełyk, do żołądka. Nie podaje środków przeciwbólowych, choć rurka rani przewód pokarmowy. Trzy razy dziennie do żołądka płynie pożywna papka. A właściwie trzy razy w ciągu nocy. Bo w Camp Delta też obchodzony jest ramadan. A wtedy muzułmanie na całym świecie mogą jeść dopiero po zachodzie słońca.
Milky Way jest halalStrajk głodowy w Guantanamo trwa od sierpnia. Teraz strajkuje około
20 więźniów. Władze obozu nie pozwalają, by ich życie lub zdrowie było zagrożone. Karmią strajkujących siłą.
Pozostali więźniowie (95 proc. z 520 "pensjonariuszy" Guantanamo obchodzi ramadan) mogą co wieczór i przed świtem wybierać z kilkudziesięciu propozycji. Codziennie dostają też "special". W niedzielę są to lody marki Ben & Jerry, bodaj najlepsze w całej Ameryce. Nikt tu się nie przejmuje tym, że ich producentami są miliarderzy wspierający ruch antywojenny, kampanie przeciw Bushowi i wszelkie lewicowe inicjatywy.
W poniedziałek jest pizza. I od niedawna pepsi.
- Uwielbiają ją! - mówi Samantha, szefowa kuchni w Guantanamo. Tak samo jak batony Milky Way i truskawki z Kalifornii.
Samantha oprowadza mnie po wielkich magazynach i chłodniach z jedzeniem dla więźniów. Do frytek dostają keczup Heinza, parmezan do spaghetti, piją herbatę Lipton (innej nie chcą).
Wszystko jest halal - spełnia religijne muzułmańskie standardy.
- Często ściągamy z internetu przepisy potraw z ich regionów - chwali się Samantha. - Gdy nie mamy jakiejś rzadkiej przyprawy, możemy ją sprowadzić.
Gułag czy ratunek?Czym jest Guantanamo? - zastanawiałem się jeszcze w samolocie lecącym w stronę Kuby. - Symbolem amerykańskiego bezprawia? Nadużywania siły wobec osób, które formalnie o nic nie są oskarżone?
"Gułagiem naszych czasów" - jak nazwała to Amnesty International?
Katownią w tropikach umieszczoną na skrawku pozostającej pod amerykańską kontrolą ziemi na Kubie, żeby więźniowie pozostali poza jurysdykcją amerykańskich sądów?
A może - jak to przedstawia amerykańska administracja - to kluczowy bastion walki z terroryzmem?
Obóz powstał po zamachach 11 września i wybuchu wojny w Afganistanie.
Siedzą tu setki śmiertelnie groźnych, bezwzględnych terrorystów z al Kaidy, fanatyków afgańskiego Talibanu, zaprzysiężonych dżihadystów z całego świata. To dzięki informacjom zdobytym podczas przesłuchań w Guantanamo udało się uniknąć kolejnych ataków al Kaidy, uratować życie setek amerykańskich żołnierzy w Afganistanie czy Iraku. Nawet po ponad trzech latach udaje się uzyskać od tych ludzi bardzo przydatne informacje - twierdzą oficerowie amerykańskiego wywiadu.
Cool więzienieKiedy więźniowie grają w piłkę, tuż za linią boiska stoją duże plastikowe pojemniki z lodem. A w nich gatorade, ulubiony napój amerykańskich sportowców.
ŹRÓDŁO: |  |
Nic mnie tak chyba nie zaskoczyło w Guantanamo jak te pomarańczowe coolery.
Obóz wygląda dziś jak wzorowe więzienie, gdzie z więźniami obchodzi się jak z jajkiem, szanując ich tradycje, wiarę, kulturową różnorodność. I przestrzega ramadanu, nawet gdy prowadzą głodówkę i trzeba ich siłą dokarmiać.
Od kilkunastu tygodni Pentagon umożliwia dziennikarzom zwiedzanie bazy i obozu-więzienia Delta.
Żeby tu jednak przyjechać, musiałem zobowiązać się do niepublikowania rozmów z więźniami, niezdradzania ich tożsamości oraz szczegółów dotyczących rozplanowania bazy i systemów ochrony.
Dowódcy bazy są dumni z tej otwartości: dziennikarze mogą wejść niemal wszędzie i porozmawiać, oprócz więźniów, z kim chcą. Ale prawnicy z organizacji praw obywatelskich broniący więźniów przetrzymywanych w
Guantanamo nazywają wizyty dziennikarzy propagandowymi wycieczkami.
- Uwiarygadniacie obraz, który chce wykreować Pentagon - mówił mi przy wieczornym piwie w hotelu-koszarach w Guantanamo jeden z prawników. To on opowiedział mi o swoim przykutym do łóżka za ręce i nogi kliencie, którego karmią siłą grubą rurą wyciągniętą przed chwilą z przełyku innego pacjenta.
Obozowy lekarz, z którym rozmawiam dzień później, twierdził, że pacjenci nie są przykuwani. Że w Guantanamo stosuje się takie same pasy jak w szpitalach w całej Ameryce, w sytuacjach gdy pacjent mógłby sobie zrobić krzywdę.
Również rurka jest standardowa, jednorazowa. A każdemu więźniowi przed jej założeniem oferowane są środki przeciwbólowe.
Tyle że wszyscy odmawiają.
- W ich głodówce chodzi o demonstrację, gest polityczny, a nie rzeczywistą próbę zagłodzenia się - twierdzi lekarz. - To dlatego gdy zostawiamy ich z założonymi rurkami, prawie nigdy ich sobie nie wyrywają. Idą do swoich cel, grają w piłkę. Gdy przychodzi pora posiłku, zwykle bez protestu dają się podłączyć do pompki podającej pokarm. W oczach innych więźniów zachowują autorytet, bo przecież protestują. Ale i nam starają się nie sprawiać problemów.
Słowa "propaganda" używają też wojskowi z Delta One. Ale oni mówią o "antyamerykańskiej propagandzie" w ogłaszanych przez prawników oświadczeniach więźniów z Guantanamo.
- Czy zna pan "dokument manchesterski"? Dlaczego nikt go nie publikuje? Dlaczego świat nie widzi, że gdy ci ludzie grzmią o torturach w Guantanamo, działają zgodnie z zaleceniami
al Kaidy? - pyta mnie gen. Jay Hood, dowódca obozu. Na "Manchester" powołują się też prawie wszyscy wojskowi, z którymi rozmawiam w Guantanamo o traktowaniu więźniów.
"Dokument manchesterski" to znaleziona przez brytyjską policję w domu zamieszanego w zamachy bombowe członka al Kaidy pod Manchesterem "encyklopedia dżihadu". Jest w nim także instrukcja, jak się zachowywać po schwytaniu przez wroga:
*Nie podawać nazwiska ani narodowości lub podawać fałszywe.
*Przy spotkaniu z prawnikiem lub sądem przy każdej okazji głosić, że się jest torturowanym, nieludzko traktowanym.
*Zawsze domagać się uniewinnienia.
Koszmar nie wróciPorośnięte zielskiem po pas klatki. Na ziemi pordzewiałe, porozcinane łańcuchy i kłódki. Butwiejące wieżyczki strażnicze, barak, gdzie prowadzono przesłuchania. Wszystko ściśnięte na ciasnej przestrzeni kilometrami pozwijanego w kłęby drutu kolczastego.
ŹRÓDŁO: |  |
To Camp X-ray, czyli pierwotny obóz Guantanamo. Otwarty w styczniu 2002 roku został porzucony trzy miesiące później, gdy zbudowano pierwsze baraki w oddalonym o kilka mil, położonym nad samym oceanem Camp Delta.
Wojskowi w Guantanamo nie zaprzeczają, że w 2002 roku baza i żołnierze byli nieprzygotowani na przyjęcie setek ludzi schwytanych w Afganistanie. Nie było ich gdzie trzymać, w Camp X-ray używano więc tymczasowych klatek z prętów i grubej ogrodowej siatki.
To z tego miejsca pochodzą najbardziej znane, najbardziej poruszające zdjęcia z Guantanamo. Klęczący pod płotami z drutu kolczastego więźniowie w pomarańczowych kombinezonach pilnowani przez strażników z psami i ponure wieże strażnicze. Wszystko podobne do scen z hitlerowskich obozów zagłady.
- To był tylko tymczasowy obóz! Trzy miesiące w 2002 roku! A gazety na całym świecie do dziś, pisząc o Guantanamo, publikują zdjęcia z tamtego okresu - wścieka się major James Weir, szef wydziału prasowego Camp Delta. Oprowadza mnie po zarośniętych klatkach zbudowanych jeszcze w latach 90.
- W tym czasie Castro otworzył więzienia, a najgorszym przestępcom pozwolił emigrować z Kuby. Wielu przy-płynęło do naszej bazy. Trzeba było gdzieś trzymać tych najgroźniejszych - tłumaczy Weir. - Gdy zapadła decyzja, by więźniów z Afganistanu trzymać w Guantanamo, na początku to było jedyne miejsce, które się do tego nadawało. Ale każdy wiedział, że jest tylko tymczasowe.
Pierwsi więźniowie Guantanamo byli praktycznie poza prawem. Biały Dom zdecydował, że nie są jeńcami wojennymi. Przecież kiedy ich schwytano, nie byli umundurowanymi żołnierzami armii jakiegokolwiek kraju - brzmiała oficjalna wykładnia. Nazwano ich "enemy combatants" - "wrogimi bojownikami".
To nowe słowo. Nic nie ma o ochronie "wrogich bojowników" w zapisach konwencji genewskiej o ochronie jeńców.
Nikt dziś nie zaprzecza, że na początku w Guantanamo dochodziło do "nieprawidłowości".
Nie było instrukcji, jak przesłuchiwać więźniów.
Do czego można się posunąć, by wydobyć z nich informacje.
Ale przecież to wszystko działo się zaledwie cztery miesiące po zamachach 11 września, gdy swąd spalonych ciał w sercu Manhattanu ledwie wywietrzał - usprawiedliwiają się wojskowi. Gdy wszyscy drżeli przed kolejnymi atakami. A więźniowie Guantanamo wydawali się kluczowym źródłem informacji o krokach al Kaidy.
Więźniów szczuto psami, kazano im godzinami pozostawać w półprzysiadzie, nie pozwalano spać przez wiele dni, męczono głośną muzyką, upokarzano, rozbierając do naga na oczach innych, kazano zakładać damską bieliznę.
Te metody świat poznał, gdy zostały przeniesione wraz z żołnierzami służącymi w Guantanamo do Afganistanu i Iraku. Ich stosowanie potwierdziło co najmniej kilkanaście dochodzeń i raportów przygotowanych przez Kongres USA, inspektorów z Pentagonu i Departamentu Sprawiedliwości.
Niektórzy więźniowie zwalniani z Guantanamo twierdzą, że ich brutalnie bito. Jednak poza pojedynczymi incydentami dowodów nie znaleziono. Za stosowanie przemocy ukarano (dyscyplinarnie, a nie karnie) kilkunastu strażników oraz oficerów wywiadu prowadzących przesłuchania w Guantanamo.
Dziś, jak mówił mi gen. Jay Hood, nie ma w obozie już nikogo, kto pracowałby tam w 2002 roku. W amerykańskiej armii działa system corocznych rotacji. Dzisiejsi strażnicy, oficerowie, dowódcy są więc w Camp Delta co najwyżej od kilku miesięcy.
Jednak ci sami ludzie co na początku wojny z terroryzmem pozostają na najważniejszych stanowiskach w Pentagonie i Białym Domu.
Sprawa komendanta SzaranaW miarę upływu czasu i pod presją opinii publicznej Pentagon i Biały Dom stopniowo przyznawały więźniom
Guantanamo coraz więcej przywilejów. A amerykańskie sądy uznały w końcu, że baza marynarki USA na Kubie leży w zasięgu ich jurysdykcji. Nakazały, by status każdego więźnia rozstrzygnąć "drogą prawną". Pentagon stworzył więc specjalne, niby-sądowe procedury. O to, czy spełniają wymogi amerykańskiego prawa, wciąż trwają spory.
- Komendancie Szaran, czy zgadza się pan z zarzutami? - w głosie pułkownika armii USA prowadzącego rozprawę słychać coś jakby szacunek dla rangi siedzącego przed nim Afgańczyka. Respekt, z jakim pułkownik zwraca się do generała. Z odtajnionej części materiału dowodowego wynika, że Szaran [nazwisko zmienione - red.] był przez pewien czas generałem w wojskach talibów. Już po rozbiciu fundamentalistycznego reżimu w Afganistanie dowodził dużym oddziałem partyzanckim.
ŹRÓDŁO: |  |
Ale komendant Szaran nerwowo się śmieje, łapie za głowę: - Generałami to mogą zostać tacy ludzie jak wy, panowie. Wykształceni. A ja żadnej szkoły nigdy nie skończyłem. Gdzie mi tam do generałów? Byłem zwykłym żołnierzem.
42-letni Afgańczyk wierci się na białym, plastikowym krześle przykuty łańcuchem do podłogi. Na kolanach kurczowo ściska zawinięty w materiał Koran. To na niego na początku rozprawy złożył przysięgę.
W Guantanamo codziennie toczą się "rozprawy administracyjne". Ich cel: stwierdzić, czy więzień nadal stwarza zagrożenie dla USA lub jego koalicjantów.
Trzyosobowa komisja może zarekomendować szefom Pentagonu zwolnienie więźnia, przekazanie go w ręce obcego rządu lub dalsze zatrzymanie w Guantanamo. Więźniowie mają stawać przed komisjami co 12 miesięcy.
Zasiadający w komisji oficerowie (najczęściej prawnicy) badają wszystkie materiały zebrane o więźniu. Jednak podczas rozprawy przedstawiają tylko dokumenty nieobjęte klauzulą tajności. Zwykle jest to najwyżej 20 proc. danych. Więzień nie wie więc, co ma na niego komisja, nie może odpowiedzieć na zarzuty. Pentagon twierdzi też, że więzień nie potrzebuje adwokata, bo to nie proces, tylko "procedura administracyjna".
Afgańczyk, którego rozprawę obserwowałem w malutkiej salce w Camp Delta, przekonuje komisję, że ktoś na niego doniósł.
- W Afganistanie od lat trwają wojny. Walczą ze sobą różne klany, rodziny. Wszyscy się o coś oskarżają. Mnie też ktoś wrabia!
Słysząc kolejne zarzuty, Szaran upiera się, że jest tylko prostym rolnikiem próbującym "zarobić na szkołę dla dzieci".
- Nigdy nie nauczyłem się pisać ani czytać. Umiem strzelać, ale tam, gdzie się wychowałem, wszyscy to potrafią. Nie musiałem jeździć na żadne szkolenia do Pakistanu!
Amerykanie uważają jednak, że komendant Szaran nie tylko dowodził oddziałem talibów, ale próbował też podłożyć bombę na drodze z Kabulu do Islamabadu. I zarzut najcięższy: próbował dokonać zamachu bombowego (miejsce i czas utajnione) na prezydenta Afganistanu Hamida Karzaja i ambasadora USA w tym kraju.
Jeśli takie zarzuty są w odtajnionych 20 proc. materiału, to co jest w tajnej części?
Jak na prostego, niepiśmiennego rolnika komendant Szaran precyzyjnie odpowiada na kolejne zarzuty. Opisuje swoją pracę w partii jednego z afgańskich przywódców Gulbudina Hekmatiara, objaśnia jego relacje ze słynnym wodzem Szahem Massudem. Celnie wychwytuje też sprzeczności w prezentowanych mu datach: - Jeśli miałem być w tym czasie w Pakistanie, to nie mogłem być równocześnie na drodze z Kabulu do Islamabadu!
Członkowie komisji przeważnie potakują mu tylko głowami. W pewnym momencie jeden z oficerów pyta: - W jakim języku jest Koran, który pan trzyma?
- Po arabsku - odpowiada bez namysłu więzień.
- To umiecie czytać po arabsku? - pytanie brzmi jak oskarżenie. Afgańczycy uczyli się arabskiego przeważnie w obozach szkoleniowych al Kaidy.
Więzień, trochę skonfundowany, chwilę milczy.
- Nauczyłem się trochę dopiero tutaj, w obozie, od innych więźniów
Decyzję o ewentualnym zwolnieniu komisja podejmuje zwykle w ciągu kilkunastu dni. Komendant Szaran chyba jednak na zwolnienie nie ma co liczyć. Może co najwyżej zostanie przekazany afgańskim władzom.
- Jeśli chodzi o wagę zarzutów wobec niego, plasuje się gdzieś w środku obozowej stawki - mówi mi potem kpt. Pat Salsman z biura przygotowującego "rozprawy administracyjne".
Łagier Delta
ŹRÓDŁO: |  |
Na dużej tablicy ogłoszeń wisi m.in. regulamin "łagieria Delta". Wśród więźniów są bowiem również schwytani w Afganistanie bojownicy pochodzący z azjatyckich republik ZSRR.
W regulaminie można przeczytać m.in., że strażników nie można opluwać ani "niczym oblewać".
- Najgorsze są "koktajle" - mówią bez wahania strażnicy spytani, co może ich spotkać ze strony najbardziej niebezpiecznych więźniów.
"Koktajl" to torebka foliowa z mieszanką śliny, moczu, kału, spermy.
"Koktajlami" atakują czasem strażników więźniowie bloków 2. i 3.
- To tacy, którym wciąż się wydaje, że prowadzą dżihad - mówi jeden z oficerów.
Około 10 proc. więźniów Guantanamo (jakieś 50 osób) jest zakwalifikowanych jako "nieprzestrzegający zasad". Tylko oni chodzą dziś w pomarańczowych kombinezonach. Pozostałe 90 proc. ma kombinezony w kolorze oliwkowym lub białym (te są dla najgrzeczniejszych).
Biały kombinezon to przywileje: dostęp do szachów i innych gier planszowych, książek z obozowej biblioteki (jest nawet "Harry Potter" po rosyjsku), możliwość pisania i otrzymywania listów (oczywiście cenzurowanych). W grę wchodzi też oglądanie na wideo meczów piłkarskich reprezentacji Egiptu, Arabii Saudyjskiej czy Jemenu (przysyłane są przez Departament Stanu z ambasad USA).
- Nawet gdy dostaniesz "koktajlem", trzeba po prostu zacisnąć zęby i opisać to w raporcie. Ale nie prowadzać ich nagich na smyczy! - Nelly Cook, jedna z obozowych strażniczek, wyraźnie ożywia się, gdy pytam, co myśli o wydarzeniach w Abu Ghraib. Przyznaje jednak, że gdy kilka miesięcy temu dowiedziała się, że jej oddział będzie wysłany do Guantanamo, była przerażona. - Nie wiedziałam, co tu zastanę. Przecież wszyscy widzieliśmy te zdjęcia z Abu Ghraib Ale okazało się, że to po prostu praca jak każda inna. Więźniów trzeba traktować z respektem, zgodnie z regulaminem. Wyprowadzać, wprowadzać. Pilnować. Tak jak nas wyszkolono - mówi Nelly.
- A na zdjęcia mamy alergię - dodaje James Carroll, jej kolega z oddziału.
O więźniach opowiadają niemal z sympatią. Że niektórzy są dowcipni, zawsze witają strażników po angielsku, czasem wyraźnie chcą o czymś porozmawiać. Widać, że tęsknią za domem, rodzinami. - Nawet wczoraj jeden pokazywał mi ze łzami zdjęcie swojej małej siostry, które dostał pocztą - mówi Carroll.
Strażnicy twierdzą, że poza incydentami na blokach dla "pomarańczowych" życie w obozie toczy się spokojnie. - Oni znają swój regulamin czasem nawet lepiej od nas. Wściekają się, gdy na czas nie dostaną nowego T-shirta albo gdy więzień, na którego wypada kolej, ociąga się ze sprzątaniem.
Kiedy "Newsweek" napisał o tym, że w Guantanamo strażnicy wrzucili Koran do toalety, w Afganistanie i Pakistanie doszło do zamieszek. Zginęło 17 osób. I chociaż "Newsweek" nie napisał prawdy, w obozie wszczęto dochodzenie, które ujawniło pięć przypadków niewłaściwego potraktowania Koranu przez strażników. Teraz nikt nie chce już ryzykować. W każdej celi wisi torebka z Koranem, strażnicy nigdy jej nie dotykają, nawet podczas rewizji. W celach są też namalowane strzałki wskazujące kierunek na Mekkę.
Zwiedzająca obóz tydzień przede mną grupa dziennikarzy z krajów muzułmańskich była wyraźnie zaskoczona, że gdy rozległ się sygnał oznaczający czas na wieczorną modlitwę, wielu więźniów wcale nie przestało grać w piłkę.
Z Guantanamo do Klewek- My jednak wciąż pamiętamy, że nawet więźniowie w białych kombinezonach to nadal groźni terroryści - zapewnia oprowadzający mnie po obozie major Tim O'Reily.
Dziennikarze mogą tu obejrzeć znalezione przy więźniach - tych niby najgrzeczniejszych - wykonane więziennym sposobem szpikulce z grubego, ostrego drutu, splecione z torebek foliowych pętle do duszenia.
Wszyscy w obozie też pamiętają, że przynajmniej 13 z ponad 200 zwolnionych dotąd z Guantanamo więźniów zostało potem ponownie schwytanych w Afganistanie podczas walk z Amerykanami. To koronny argument przeciw zwalnianiu tych ludzi "za wcześnie", bo przecież ci wypuszczeni zostali uznani za niewinnych i niegroźnych. I popełniono błąd.
Ale kilkudziesięciu najważniejszych schwytanych liderów al Kaidy w ogóle do Guantanamo nie przywieziono. Są trzymani gdzieś w tajnych bazach CIA na Bliskim Wschodzie, w Azji Południowej. Nikt nie wie, co się z nimi dzieje. Można się tylko domyślać, że tam nie ma truskawek, piłki nożnej i dziennikarskich wycieczek
Ostatnio "Washington Post" napisał, że takie obozy znajdują się również w Europie Środkowej. Czesi przyznali, że dostali propozycję założenia takiego obozu. Odmówili. Zbigniew Siemiątkowski, były szef Agencji Wywiadu współpracującej z CIA, śmieje się, że talibowie w Polsce lądowali tylko w Klewkach.
Rana w rozbudowie
W Ameryce jeszcze niedawno pisano dużo, że trzeba zamknąć obóz w
Guantanamo. To rana na image'u Ameryki, której inaczej zaleczyć się nie da - apelowali m.in. byli prezydenci Bill Clinton i Jimmy Carter.
Ale w Guantanamo nie ma śladów przygotowań do zamykania obozu. Wręcz przeciwnie. Od kilku miesięcy działa nowy dwupiętrowy supernowoczesny blok dla stu najważniejszych więźniów. Choć na razie jest zapełniony w połowie, obok wrze praca przy budowie kolejnego.
Pod koniec listopada w Guantanamo rozpoczną się procesy więźniów oskarżonych o zbrodnie wojenne.
Gdzie będą odsiadywać wyroki, jeśli zostaną skazani?
- Jak to gdzie? A kto ich będzie chciał? Na pewno zostaną w Guantanamo - mówi oficer w biurze przygotowującym procesy.
Jeśli będzie co odsiadywać. Na razie szykowanych jest dziewięć procesów. Będzie pewnie wiele kolejnych. Maksymalna kara - egzekucja.
ŹRÓDŁO: |  |
Źródło: Duży Format