http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Duży Format >  Artykuły

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj Duży Format

Ojciec z SS

Z Martinem Pollackiem, austriackim reporterem i pisarzem, rozmawia Włodzimierz Kalicki
2005-05-09, ostatnia aktualizacja 2005-05-06 00:00

W moich papierach jako mój ojciec wpisany jest Hans Pollack, szkolny kolega Hitlera. Ale moim biologicznym ojcem był Gerhard Bast, oficer SS

Gerhard Bast, oficer SS
Fot. Archiwum Martina Pollacka
Gerhard Bast, oficer SS
Trzyletni Gerhard Bast
Fot. Archiwum Martina Pollacka
Trzyletni Gerhard Bast


Widział Pan kiedyś doktora Basta, swojego ojca?

Nie zachowałem w pamięci żadnego wspomnienia. Od matki wiem, że widziałem go zaledwie parę razy i tylko przelotnie.

Ale są sceny z jego życia, które udało mi się zrekonstruować.

Na spotkaniu autorskim w Grazu spotkałem panią, która była zakochana w moim ojcu. Dziś ma 80 lat. Wtedy, w 1940 roku, miała 16, jeździła tramwajem na lekcje gry na skrzypcach. Do tego samego tramwaju, w eleganckim mundurze oficera gestapo, codziennie wsiadał mój ojciec i jechał do pracy.

A w pracy nadzorował wywózkę Żydów na wschód. Albo egzekucje przymusowych robotników z Polski.

Tego wszystkiego dowiedziałem się wiele lat później.

Ojciec zniknął z naszego życia, gdy miałem niespełna trzy lata.



Jak?

Uciekał. Po wojnie, poszukiwany przez Amerykanów, ukrywał się w miejscowości Olang we włoskim południowym Tyrolu. Przed paroma tygodniami dowiedziałem się od włoskiego historyka, że ojciec dostał wtedy wszystkie papiery potrzebne do wyjazdu do Argentyny, naturalnie pod fałszywym nazwiskiem.

Na początku marca 1947 roku ojciec w okolicach przełęczy Brenner próbował przekroczyć zieloną granicę, przedostać się z Włoch do Austrii. Chciał spotkać się jeszcze raz z moją mamą, najpewniej, by omówić szczegóły dalszej ucieczki.

Kilkanaście dni później włoski kolejarz wybrał się z rodziną na niedzielny spacer górską drogą. Jego syn wypatrzył w lesie poniżej coś dziwnego. Przez głęboki śnieg zszedł z matką w dół zbocza. Znaleźli otwarte wejście do bunkra. Leżały przed nim rozrzucone dokumenty. Włoszka zajrzała do środka. Zobaczyła zwłoki mężczyzny. Karabinierzy stwierdzili potem, że został zamordowany trzema strzałami z pistoletu. Wśród rzeczy przed bunkrem znaleźli legitymację folksdojcza na nazwisko Franz Geyer. Wedle papierów miał być robotnikiem ze słoweńskiego miasteczka Krsko. Od razu jednak podejrzewali, że legitymacja została sfałszowana. To nie mógł być robotnik. Zabity miał na wewnętrznej stronie lewego ramienia niewielki tatuaż, a na twarzy i głowie blizny charakterystyczne dla byłych członków korporacji studenckich, którzy pojedynkowali się na broń białą.

Zabitym był mój ojciec, SS-Sturmbannführer Gerhard Bast.



Kto go zabił?

Ojciec wynajął przewodnika, 25-letniego robotnika z pobliskiej miejscowości Brennerbad. Podobno miejscowi ostrzegali ojca, że to podejrzany osobnik. Zlekceważył przestrogi. Wyszli wieczorem w niedzielę 9 marca. Na drodze, jeszcze po włoskiej stronie, przewodnik odwrócił się i strzelił ojcu w pierś. Zawlókł go do bunkra i tam dobił dwoma strzałami w głowę.

Spodziewał się dużego łupu, ale się rozczarował. Zabrał trochę gotówki, zegarek, złoty pierścionek. Aresztowano go miesiąc po morderstwie. Przyznał się. Dostał 30 lat. Nie wiem, ile lat siedział, chyba 15 albo 20. Wiem tylko, że później mieszkał w Merano, ożenił się, miał dzieci. 10 lat temu umarł.



ŹRÓDŁO:


Matka opowiedziała Panu o śmierci ojca?

Raz, może dwa razy o niej napomknęła. Zawsze w cztery oczy, nigdy w obecności reszty domowników.

W moim domu rodzinnym ojciec był nieobecny. Światem, w którym zawsze było go pełno, był dom dziadków. I tylko ja z całej rodziny miałem do niego dostęp.

Na wakacje zawsze jechałem do Amstetten, do rodziców mojego ojca. Mama odprowadzała mnie na dworzec w Linzu. Tam czekał znajomy dziadków, kolejarz, i zabierał mnie w podróż. Dziś pociągiem do Amstetten jedzie się raptem godzinę, ale wtedy to była wielka wyprawa, bo po drodze, na rzece Enns, była granica okupacyjnej strefy rosyjskiej.

W Amstetten od razu otwierał się przede mną inny świat. Wysiadałem z pociągu i jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej stawałem się oczkiem w głowie dziadka i babci, najukochańszym wnukiem, synkiem doktora Gerharda Basta. Spacerowali ze mną po mieście, wpadali do znajomych, z dumą pokazywali mnie i przedstawiali: to jest syn naszego Gerda, naszego wielkiego, podstępnie zamordowanego esesmana.



Co kilkuletni chłopiec rozumiał z tej sytuacji?

Nikt nigdy mi nawet słowem nie wy-tłumaczył, dlaczego ja ciągle jestem wysyłany do babci, a mój brat nigdy tam nie pojechał. Ale jako siedmiolatek uznawałem, że to widocznie normalne. Że tak po prostu powinno być.



Pański ojciec to doktor praw SS-Sturmbannführer Gerhard Bast. Dlaczego więc nosi Pan nazwisko Pollack?

Matka poznała ojca w 1941 roku, gdy służył w gestapo w Linzu. Jego placówka znajdowała się blisko naszej willi. Oboje młodzi, zakochali się w sobie. Mieli tylko jeden kłopot - gdy urodziłem się w 1944 roku, mama od 13 lat była żoną Hansa Pollacka. Miała z nim dwoje dzieci. Pollack, wysoki urzędnik bankowy i zarazem ceniony malarz, miał już wtedy 53 lata. Powodziło mu się świetnie, można nawet powiedzieć, że należał do wielkiej burżuazji. Od lat 30. był zdeklarowanym nazistą, ale w

II wojnie światowej nie walczył. Hitler chciał po wojnie zbudować w Linzu największe na świecie muzeum sztuki. Hans Pollack zatrudniony był przy tym projekcie na eksponowanym stanowisku pełnomocnika do spraw malarstwa dla Górnej Austrii. Nic dziwnego, skoro był szkolnym kolegą Hitlera.

W moich papierach jako ojciec wpisany jest Hans Pollack. Ale moim biologicznym ojcem był dr Gerhard Bast. Nigdy nie dowiedziałem się, czy Hans Pollack, w chwili gdy się urodziłem, wiedział, że nie jestem jego dzieckiem.



Kiedy się dowiedział?

Gdy miałem parę miesięcy, nasz dom w Linzu został zbombardowany. Matka wzięła dzieci, całą naszą trójkę, i wyjechała do Amstetten, do rodziców mojego ojca, doktora Basta. Czyli do rodziny swojego kochanka. W 1945 roku, gdy stało się jasne, że Dolną Austrię zajmą Rosjanie, rodzina Bastów i mama z nami uciekli do Górnej Austrii. 17 kwietnia 1945 roku mój ojciec ożenił się w Linzu z moją mamą. Przypuszczam, że przyjechał na ślub ze Słowacji, na przepustkę. Jakiś czas później zostaliśmy z matką, bratem i siostrą ewakuowani do Styrii.



A rozwód z pierwszym mężem?

Matka przeprowadziła go na miesiąc przed ślubem z doktorem Bastem, 14 marca 1945 roku. Oboje z Bastem byli bardzo w sobie zakochani, to widać na zdjęciach z tego czasu. Podpis na odwrocie jednego z nich - poznaję pismo matki - jest bardzo dziwny: "Wir zwei und du noch dazu, das ist das ganze Glück", my dwoje i jeszcze ty, to jest całe szczęście. Pewnie chciała uciec z moim ojcem i ze mną, a tamtych dwoje dzieci zostawić. A przecież mój brat miał wtedy zaledwie dwa lata!



ŹRÓDŁO:


Zapytał Pan kiedyś matkę o tę fotografię?

Zobaczyłem ją dopiero po jej śmierci. Tę fotografię pokazał mi brat. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że dostał ją od matki z innymi dawnymi fotografiami.



Dlaczego Pański brat, a nie Pan?

Nie wiem, nie rozumiem tego.



A brat zrozumiał, co oznaczał podpis?

O, mój brat jest świetnym prawnikiem, z niejasnych tekstów potrafi zrozumieć wszystko. I to oczywiście też doskonale rozumiał.



Rozmawiał Pan z nim o tej fotografii?

Nie, nigdy. Brat zresztą nie rozmawiał też o tym z mamą. W naszej rodzinie milczeliśmy na temat wielu spraw.



W 1947 roku Gerd Bast ruszył do Włoch sam, bez Pańskiej matki, bez Pana.

Po upadku III Rzeszy ukrywał się. Z fałszywymi papierami pracował przy wyrębie drzew, potem zaszył się we włoskim Tyrolu. Z moją matką kontaktował się sporadycznie.

Chciał uciec z Europy do Argentyny, tam jakoś się urządzić, a potem ściągnąć matkę. I mnie.

Ale zginął. Mama została z trójką dzieci, bez środków do życia. Wróciła do Linzu, do Hansa Pollacka. Po raz drugi wyszła za niego za mąż. Do dziś jednak nie wiem, ani kiedy, ani gdzie odbył się ten drugi ich ślub. Znów mieszkaliśmy razem.

Ojczym był bardzo dobrym, ciepłym człowiekiem. Wie pan, nigdy, nawet, kiedy solidnie zalazłem mu za skórę, nie dał mi odczuć, że nie jestem jego dzieckiem. Dla mnie był ojcem i ja go tak dziś nazywam. To tylko w naszej rozmowie robię rozróżnienie na ojca, Gerharda Basta, i ojczyma, Hansa Po-llacka.



Czy w Pańskiej rodzinie rozmawiano o wojnie, o III Rzeszy?

Gdy chodziłem do szkoły, był to temat tabu. Ale w domu, w Linzu, czułem, że i ojczym, i matka mieli słabość do nazizmu. Tym bardziej w Amstetten, gdzie dziadek i babcia nigdy nie skrywali sympatii do czasów Hitlera. Zwłaszcza babcia.



ŹRÓDŁO:


Wychwalała Hitlera?

Nie, wprost o tym nie mówiła. Ale to się czuło. Właściwie wszyscy przyjaciele dziadków w Amstetten to byli starzy naziści. I wszystkie rozmowy z nimi kończyły się wspominkami o moim nieżyjącym ojcu, który zrobił tak błyskotliwą karierę w SS.

Babcia była obsesyjnie zakochana w Niemczech. Gdy jako nastolatek wybierałem się na wakacje do Grecji, zamęczała mnie, żebym dał sobie spokój i jechał do Niemiec. Próbowała mnie przekupić: jeśli pojadę do Niemiec, sfinansuje mi podróż. Do dziś w Niemczech omijam Heidelberg, mimo że jest to na pewno bardzo piękne miasto, bo ciągle mam w pamięci jej głos: "Przede wszystkim powinieneś pojechać do Heidelbergu".

A już czymś najgorszym w jej oczach były jakiekolwiek kontakty ze Słowianami. Uważała ich za narody gorsze, na dużo niższym poziomie kulturalnym.

Krótko przed maturą postanowiłem pojechać do czeskiej Pragi. Czytywałem wtedy Kafkę i chciałem zobaczyć jego miasto. Gdy babcia się o tym dowiedziała, załamała ręce. "Do Pragi? Dlaczego do Pragi? Czy ty wiesz, Martin, co ci okropni Czesi wyprawiali tam z naszymi biednymi esesmanami?".

A w Pradze tak mi się spodobało, że postanowiłem studiować slawistykę.



Co na to babcia?

Wpadła w rozpacz. "Po co ta slawistyka, po co zadajesz się z tymi Słowianami! Proszę, jedź do Niemiec, studiuj germanistykę!".

Po trzecim roku studiów postanowiłem pojechać na studia do Polski. Była taka wymiana studentów polsko-austriacka, dość jednak asymetryczna. Polacy wykorzystywali wszystkie miejsca, a od nas do Polski nikt nie chciał jechać. U nas w ministerstwie bali się, że ta wymiana zostanie zlikwidowana przez polskie władze. Więc pewnego dnia zadzwoniono do mnie z propozycją wyjazdu do Warszawy.

Rzecz jasna babcia znów załamała ręce. "Ach, po co ci ta Polska. Polska to żadna kultura. Co to w ogóle za język!". Ale mimo to płaciła za moje studia.

Potem napisała mi jednak, żebym nie wrócił z Polski z jakąś polską żoną, a już najgorsze - z Żydówką.

Wtedy poczułem, że mam dość. Napisałem, z wielkim patosem, bardzo ostry list. Zerwałem z nią wszelkie stosunki, zerwałem z całą rodziną ojca, z całym tym światem. Jednak prawdę mówiąc jednak, zerwanie to nie doskwierało mi zbyt mocno. Babcia przestała płacić za studia, ale wcześniej zacząłem pracować, więc jakoś wiązałem koniec z końcem.



Napisał Pan w tym liście o swoim ojcu, doktorze Baście?

Nie, to była sprawa tylko między mną a babcią. Kwestia ojca chyba nie stanowiła wtedy dla mnie wielkiego problemu. Ostatecznie mogłem rozmawiać o nim z matką. Czułem jednak wyraźnie, że ona nie chce, więc nie pytałem. O III Rzeszy rozmawialiśmy jednak dużo i głośno. Koniec lat 60. to był czas młodzieżowego buntu, czas domagania się rachunku sumienia od pokolenia ojców. Gdy tylko przyjeżdżaliśmy z bratem do domu, zaraz zaczynaliśmy atakować ojczyma: co wyście robili w tamtych czasach, coście zrobili z Żydami?



A on?

Bronił się, ale słabo. Był już za stary, zbyt zmęczony, żeby agresywnie odpierać nasze zarzuty. Ale do końca był przekonanym nazistą. Gdy przycisnęliśmy go zdrowo do ściany, wychodził z pokoju, a my triumfowaliśmy: daliśmy mu popalić! Za każdym razem było tak samo, z czasem to już się zrobił rytuał.

W tych dyskusjach nazwisko Gerharda Basta nigdy nie padło. To było tabu.

ŹRÓDŁO:




Matka w spory z ojczymem nie interweniowała?

Mówiła, że polityka to brudna rzecz, że mamy piękny dzień, a my, młodzi, psujemy uroczy, rodzinny nastrój.



A jej nie pytaliście z bratem o czas wojny?

Owszem. Odpowiadała, że w czasie wojny nie interesowała się polityką, nic nie wiedziała.



Mówiła prawdę?

Kłamała. Oczywiście, że wiedziała, musiała wiedzieć, że jej ukochany Gerhard Bast robił straszne rzeczy. Choć pewnie nie znała szczegółów. Przecież ojciec nie pisał jej w listach, że właśnie wysłał kolejny transport Żydów na wschód. Wiedziała jednak, w jakiej formacji SS służył, wiedziała, że to nie jest normalna, frontowa służba. Tyle że tę wiedzę od siebie odpychała. Była piękną kobietą, która chciała widzieć tylko to, co piękne, rzeczy niepięknych i niewygodnych dostrzegać nie chciała.



Kiedy zaczął Pan szukać informacji o ojcu?

Pytania o niego dogoniły mnie w połowie lat 70., podczas drugiego pobytu w Warszawie.

W latach 70., kiedy skończyłem polonistykę w Wiedniu, bez wielkich problemów dostałem stypendium podyplomowe i znów pojechałem do Warszawy. W Instytucie Badań Literackich pisałem doktorat o twórczości Elizy Orzeszkowej.

Pisywałem też, pod pseudonimem, do lewicowego miesięcznika kulturalno-politycznego "Wiener Tagebuch" listy z Warszawy. Pisałem sporo o sprawach dla władz niewygodnych, na przykład o wydarzeniach radomskich. Zbierałem informacje od Jerzego Ficowskiego, Anieli Steinsbergowej, Jana Józefa Lipskiego.

Wynajmowałem wtedy pokój w willi na Saskiej Kępie od bardzo dziwnej, tragicznej osoby. Julian Leszczyński był polskim Żydem, który przeżył Holocaust. Miał tak zwany dobry wygląd. Zaraz po wojnie zaczął pracę w jakiejś żydowskiej komisji historycznej zajmującej się Zagładą. Znalazł wtedy raport gestapowca, szefa SD w Poznaniu, Rolfa-Heinza Höppnera na temat traktowania Żydów. Höppner pisał, że trzeba ich koncentrować i "zabijać jakimś szybko działającym środkiem". Była to konstatacja mało w tamtych czasach oryginalna, po prostu ludobójstwa nie można było zorganizować w inny sposób. W dodatku to nie był pomysł w tamtym czasie wśród Niemców odosobniony. Leszczyński uznał jednak, że odkrył pomysłodawcę Holocaustu. I zaczął zbierać materiały, chciał dopaść tego Höppnera.

Ale Höppner po wojnie został osądzony w Polsce za inne przestępstwa. Przesiedział jakieś dziesięć lat, bodaj we Wrocławiu, a potem wyjechał do Niemiec Zachodnich. Leszczyńskiego opanowała obsesja. Nie robił nic poza zbieraniem materiałów, pisaniem listów, memoriałów. W końcu więcej wiedział o Höppnerze niż Höppner sam o sobie. To już było nie do zniesienia. Siadałem z panem Julianem przy kawie, dwie minuty gadaliśmy o pogodzie i już składał mi relację z pościgu za Höppnerem.

Leszczyński był pełen pretensji do świata, bo nikt nie chciał go słuchać, ani w Polsce, ani na Zachodzie. Każdy przytomny jego rozmówca mówił to samo - skoro Höppnera skazano, skoro odbył karę, to drugi raz skazać się go nie da.

Zabrałem się do pisania reportażu o Leszczyńskim. Pojechałem do Wiednia, do Szymona Wiesenthala. Pytam go, czy pamięta Leszczyńskiego, a Wiesenthal w krzyk: "Daj mi pan spokój, to jakiś wariat!". Pojechałem też do Bonn, do Höppnera. Siedzieliśmy w dobrym hotelu, piliśmy reńskie wino. Zapytałem go, czy wie, że w Warszawie żyje człowiek, który poświęcił wszystko, żeby go ukarać. Höppner nawet się nie przejął, machnął ręką tak, jak się opędza od muchy: "A co mnie to obchodzi".

W końcu Leszczyński całkiem się załamał, popadł w obłęd i umarł. To była symboliczna historia: oto w Bonn siedzi w spokoju i dobrobycie były esesman, a biedny Żyd, który domaga się sprawiedliwości, kończy w obłąkaniu.

W moim reportażu o Leszczyńskim, na jego obrzeżach, pojawił się mój ojciec. Gdy rozmawiałem w Bonn z Höppnerem, zapytałem go, czy znał doktora Basta. Nie znał, odpowiedział, że takich jak Gerhard Bast było wielu.

ŹRÓDŁO:




Dlaczego pytał go Pan o ojca?

Gdy wyjeżdżałem do Bonn na spotkanie z Höppnerem, odprowadzała mnie na dworzec moja narzeczona. Całkiem serio przestrzegała mnie: uważaj, żeby nie wydał ci się sympatyczny. On w SS miał taką samą rangę jak doktor Bast. Pilnuj się, żebyś nie widział w nim drugiego ojca.

Nie miała racji, nie o to mi szło. Po tych rozmowach z Leszczyńskim, po tym, czego w Polsce dowiedziałem się o Holocauście, poczułem, że po prostu powinienem wiedzieć o ojcu więcej. Napisałem do austriackiego Instytutu Historycznego o dostarczenie mi akt SS dotyczących ojca. Dostałem rozmaite papiery z Berlina.

Dowiedziałem się z nich, że Gerhard Bast wstąpił do NSDAP już w 1931 roku, jako student. Miał wtedy 20 lat, a partia narodowosocjalistyczna była wtedy w Austrii jeszcze legalna. Do SS wstąpił rok później.

Znalazłem też nazwy jednostek, w których służył w czasie wojny. Jakaś Einsatzgruppe H w Słowacji w 1944 roku. Dostał medal od kolaboracyjnego słowackiego rządu księdza Tiso.

Niewiele z tego zrozumiałem ponad to, że nie wolno mi tego tak zostawić. Więc szukałem dalej.

Po wojnie w Austrii sądzono rozmaitych zbrodniarzy wojennych. W aktach tych spraw znalazłem dokumenty dotyczące również mojego ojca. Znalazłem dokumentację wywiezienia wszystkich niemieckich Żydów z Münster do getta w Rydze. Ojciec brał udział w tej akcji. Osobiście spisał instrukcję, co wolno, a czego nie wolno deportowanym zabrać ze sobą. Znalazłem dokumenty potwierdzające, że był obecny przy gromadzeniu tych Żydów, że był najwyższym rangą oficerem gestapo na dworcu, gdy pakowano ich do pociągu. Znalazłem też materiały o powieszeniu w Münster pięciu robotników przymusowych z Polski. Mój ojciec był przy tej egzekucji obecny.



Rozkazy dokonania tych zbrodni wydał Pański ojciec?

Nie znalazłem takich dokumentów. Ale jakie to ma znaczenie? Gdy czytałem, że jako najstarszy rangą oficer asystował przy wieszaniu robotników z Polski, wiedziałem na pewno, kim on był.



Czy doszukał się Pan takiej zbrodni, za którą wyłącznie, bez cienia wątpliwości, odpowiada Pański ojciec?

Pierwszy raz wtedy, gdy odszukałem dokumenty dotyczące Sonderkommando 7a. Ojciec nim dowodził. Latem 1944 roku jego oddział nosił oficjalną nazwę Sonderkommando Bast. Uciekając przed Armią Czerwoną w przeddzień Powstania Warszawskiego, trafili w okolice Warszawy. Stacjonowali w Radziejowicach. Przywlekli tam 20 polskich zakładników. Kiedy dostali rozkaz wyjazdu do Słowacji, rozstrzelali tych Bogu ducha winnych ludzi.



Na rozkaz Pana ojca?

Pisemnego rozkazu nie znalazłem. Ale Sonderkommando Bast liczyło wówczas 80 ludzi. Tam panował niemiecki porządek. Nic nie mogło wydarzyć się wbrew woli dowódcy, tylko on mógł wydać rozkaz egzekucji. Wiemy przecież, jak to się odbywało. Nie było pisemnych rozkazów, dowódca, mój ojciec, mówił: "Zróbcie z tym porządek" czy coś w tym stylu i wszystko było jasne.

Na Słowacji jego oddział brał udział w akcjach pacyfikacyjnych. Przez prawie pół roku. W muzeum powstania słowackiego w Bańskiej Bystrzycy widziałem na własne oczy fotografie ofiar Sonderkommanda Bast. Złapanych Żydów rozstrzeliwali, czasem palili żywcem. Nie wiem, przy której egzekucji mój ojciec był obecny, przy której nie. Ale jakie to ma znaczenie? On tam był, dowodził, wydawał rozkazy, patrzył na cierpienie i śmierć ofiar.



ŹRÓDŁO:


Odtworzył Pan wszystkie etapy służby ojca w SS i gestapo?

Tylko jeden z nich jest dla mnie ciągle bardzo tajemniczy. Odkryłem, że w 1942 roku ojciec był na Kaukazie, a dokładniej, że wydany został rozkaz, by objął dowództwo Sonderkommanda 11a, które należało do Einsatzgruppe D. Działała ona na Ukrainie, potem przeszła na Kaukaz. Tam działy się rzeczy straszne: masowe mordy Żydów, pacyfikacje wsi. Śledziłem działalność Sonderkommanda 11a, jednak nie znalazłem żadnej wzmianki o moim ojcu w tym czasie.

Ostatnio została opublikowana bardzo obszerna monografia Einsatzgruppe D i nie znalazłem w niej nazwiska ojca. Podejrzewam, że mógł nie dojechać na Kaukaz. Bo przecież wysyłanie kogoś na dwa miesiące służby tak daleko od Rzeszy, gdy sam transport musiałby trwać dobry tydzień, nie miałoby sensu.

Wiele dokumentów zaginęło. O wielu rzeczach, które zrobił mój ojciec, nigdy się nie dowiem, zdaję sobie z tego sprawę. Może on był na Kaukazie, może go nie było. Ale nie muszę wiedzieć, czy tam był, żeby mieć pewność, czy robił rzeczy potworne. Robił.



Czy kiedykolwiek chciał Pan przerwać te poszukiwania?

Nie. Miałem ciężki okres, ale jestem dość twardy. Tak sądzę.



Ale książkę o swoim ojcu napisał Pan dopiero ćwierć wieku po tym, jak dostał pierwsze materiały na jego temat.

Pracowałem w "Spieglu", nie miałem czasu na pisanie takiej książki. Ale może też się bałem.



Czego?

Zbierając materiały o ojcu, a potem pisząc "Zabitego w bunkrze", musiałem zniszczyć własne dzieciństwo. Miałem babcię, która mnie kochała, spełniała każde życzenie. I miałem kochającego dziadka, który zabierał mnie na górskie wędrówki i opowiadał o fascynującym, wtedy już trochę nierealnym świecie: o niedźwiedziach, wilkach, polowaniach. Pracując nad książką, musiałem odkrywać krok po kroku, jak bardzo zepsuta była ta idylla.

Dziadek wstąpił do NSDAP jako jeden z pierwszych, już w 1931 roku. Przed Anschlussem kilkakrotnie siedział w więzieniu za działalność nazistowską. Po Anschlussie prowadził między innymi sprawy żydowskie w Amstetten.

Ale był i inny powód zwlekania. Bałem się odrzucenia przez matkę. Nie mógłbym pisać o ojcu, póki żyła. Zmarła w 1979 roku i właściwie dopiero wtedy zacząłem serio myśleć o książce. Poczułem, że muszę to zrobić, bo należę do ostatniego pokolenia, które coś osobiście łączy z tamtym czasem.



Czy na decyzję o napisaniu "Zabitego w bunkrze" miały wpływ książki dzieci hitlerowskich dygnitarzy wydane w Niemczech?

Nie czytałem ich. Miałem w ręku tylko książkę Niklasa Franka. Literacko to kompletna katastrofa. Zupełnie bez dystansu.



Dlaczego w ogóle napisał Pan o ojcu?

Ta książka tak naprawdę nie jest o moim ojcu. Ona jest o jego, o mojej rodzinie, o jego środowisku - o tym, jak ludzie z małego, prowincjonalnego miasteczka dali się wciągnąć w totalitaryzm. "Zabity w bunkrze" zaczyna się właściwie w XIX wieku. Bo to nie jest tak, że był kryzys ekonomiczny lat 20., przyszedł zręczny demagog Hitler i zdesperowani ludzie dali się uwieść. Nie, już grubo pół wieku przed Anschlussem byli w Austrii ludzie, którzy marzyli o zniszczeniu Austro-Węgier i zbudowaniu wielkiego państwa niemieckiego.

ŹRÓDŁO:


Wśród nich także rodzina mojego ojca. Już w XIX wieku, pod rządami cesarza Franciszka Józefa, Bastowie czuli się źle. Mieszkali w Tüffer, mieście, które po I wojnie światowej jako Laszko znalazło się w granicach Słowenii. Za Habsburgów Tüffer zamieszkany był przez Słoweńców i niemieckojęzycznych Austriaków. Każdy z Bastów tam, w Tüffer, uparcie powtarzał: nie jesteśmy Austriakami, jesteśmy Niemcami. Monarchia habsburska nie jest naszym państwem, naszym państwem są, nieistniejące jeszcze Wielkie Niemcy. Habsburgowie nie są naszymi monarchami, nasz jest cesarz Niemiec Wilhelm II. W domu Bastów przed I wojną zamiast portretu Franciszka Józefa wisiał portret Bismarcka.

Gdy pojedzie pan w tamte rejony w dzisiejszej Słowenii, zapewne jeszcze zobaczy pan we wsiach, w których przed I wojną mieszkali Niemcy, stare dęby. To były tak zwane Bismarckeichen, dęby Bismarcka, sadzone na znak, że tu trwają, walczą o niemieckość prawdziwi Niemcy.

Rodzina Bastów w XIX wieku zmieniła wyznanie z katolickiego na luterańskie. Bo katolikami byli Słoweńcy, a dla Bastów prawdziwie niemiecką wiarą był luteranizm. To był czysto polityczny wybór. Nienawidzili Słoweńców.

Po nabożeństwach młodzi wielkoniemcy wszczynali bijatyki ze Słoweńcami. Bo oni wszystko widzieli w kategoriach zagrożenia i walki. Uważali, że muszą bronić swojego języka, swojej pozycji.



Słoweńcy zagrażali ich pozycji?

To mały naród, dla Niemców nie był żadnym zagrożeniem. Domagał się tylko równouprawnienia językowego i prawnego. Ale dla wielkoniemców oznaczało to koniec świata.



W Żydach też widzieli wrogów?

Wtedy w prowincjonalnej Styrii antysemityzm nie miał tej siły co antyslawizm. Żydzi identyfikowali się jako Niemcy, swoje dzieci posyłali zawsze do szkół niemieckich, a nie słoweńskich. Antysemityzm na prowincji istniał, ale był raczej symboliczny, bo Żydów nie było wielu. W Tüffer mieszkał tylko jeden.

Co innego w Wiedniu, tam było wielu Żydów ze wschodu i antysemityzm rozkwitał.



W 1918 roku monarchia habsburska rozpadła się, spełniło się marzenie Pańskich dziadków.

A skądże. Republiki austriackiej też nie uznawali za swoją. Zresztą zaraz po 1918 roku Austria była państwem, którego nikt nie chciał. Wszyscy, od nacjonalistów po socjaldemokratów, uważali, że jest zbyt słaba, że tylko wraz z Niemcami mamy szansę na przetrwanie.



Większość niemieckojęzycznych Austriaków jednak szybko doceniła swoje państwo.

Rozsądni ludzie już w latach 20. dostrzegli, że jest nam w naszej małej Austrii całkiem nieźle. Ta sympatia dla własnego państwa brała się również z powszechnego resentymentu wobec Niemców, którzy patrzyli na nas z góry, jak na rodaków drugiej kategorii. Z drugiej strony wielu Austriaków miało kompleks wyższości. Uważali, że co prawda Niemcy mają wspaniały porządek, ale już prawdziwej kultury próżno u nich szukać, prawdziwa kultura jest u nas.

Jednak rodzina mojego ojca Austrii nienawidziła. Wszyscy mężczyźni z rodziny ojca - dziadek, brat dziadka, mój ojciec, brat ojca - studiowali prawo w Grazu. I wszyscy, jak jeden mąż, wstąpili do Burschenschaftu, korporacji studenckiej.



ŹRÓDŁO:


Nic w tym dziwnego, wtedy wielu studentów wstępowało do korporacji.

Tylko że oni wstąpili do Burschenschaftu Germania, stowarzyszenia wielkoniemieckiego, skrajnie prawicowego, nacjonalistycznego, które jawnie głosiło, że ideałem państwowości jest wielka niemiecka Rzesza. To w burszowskich pojedynkach w Germanii ojciec nabawił się blizn na twarzy i na głowie.



Gdy student prawa Gerd Bast wstępował do NSDAP Adolfa Hitlera, miał zaledwie 20 lat. Pański ojciec trafił do nazistów wyjątkowo wcześnie.

Przypadek mojego ojca był typowy, a nie wyjątkowy. W Niemczech Zachodnich zrobiono w swoim czasie badania nad przebiegiem karier w Sicherheitsdienst, Służbie Bezpieczeństwa Rzeszy, elicie SS. Okazało się, że jego rocznik - 1911 - i roczniki sąsiednie to pokolenie średniego szczebla oficerów SD i gestapo, które zrobiło najszybszą i największą karierę. Oni pochodzili zwykle z rodzin wielkoniemieckich nacjonalistów. Ich ojcowie byli na froncie w I wojnie światowej, w cywilu byli prawnikami, należeli do Kościoła luterańskiego. A gdy tylko na scenie politycznej pojawili się naziści, natychmiast Kościół opuszczali.



Przecież protestantyzm był w cesarsko-królewskiej monarchii manifestacją niemieckości.

Ale naziści Kościoły zwalczali. Po wystąpieniu z Kościoła w oficjalnych dokumentach w rubryce "wyznanie" deklarowano: gottglaubig, wierzący w Boga. Mój dziadek, gdy tylko na scenie pojawili się naziści, natychmiast porzucił Kościół protestancki, choć był kuratorem gminy. Gottglaubig byli moja babcia, ojciec, jego brat. Moja matka też.

Był jeszcze jeden czynnik, który przyspieszył karierę ojca w SS i gestapo, a którego niemieccy badacze nie uwzględniali. Alpinizm.

Wielkoniemcy przywiązywali wielką wagę do sprawności fizycznej. Prawdziwy Niemiec miał nie tylko uczyć się, ale i uprawiać gimnastykę, bo Niemcy powinni być narodem wykształconym i zdrowym.

Siłę i zdrowie prawdziwi Niemcy czerpać mieli też z wędrówek po Alpach. Do wędrówek alpejskich dobudowano całą ideologię. Otóż lasy i góry są wyłącznie nasze, bo niemiecka dusza pląsa swobodnie tylko w lasach i górach, terenach odwiecznie niemieckich, czystych.

Czyli - wolnych od Żydów. I Słowian.

Środowisko alpinistów w Austrii już w XIX wieku było bardzo antysemickie. Nie chcieli przyjmować Żydów do swojej organizacji nazywającej się, co charakterystyczne, Deutsch-Österreichischer Alpenverein, Niemiecko-Austriackie Towarzystwo Alpejskie. Naturalnie Żydzi wstępowali do towarzystw socjaldemokratycznych, mieli też własne.

W naszym wydaniu alpinizm ma swoją ciemną stronę. I ci, którzy do tego doprowadzili, to byli intelektualiści, doktorzy praw, profesorowie uniwersytetów. Oni jako pierwsi zażądali wyrzucenia Żydów z organizacji alpinistycznych, oni zawieszali nad drzwiami schronisk swastyki i przybijali tabliczki "Juden nicht erwünscht", Żydzi niepożądani. Oni nadali ton. W latach 20. całe miejscowości wypoczynkowe dawały anonse do gazet, że mają ładną rzekę, piękne góry, dobre pensjonaty i są Judenfrei, wolne od Żydów.

W okresie międzywojennym środowiska alpinistów były silnym oparciem dla nielegalnych organizacji nazistowskich. Pod przykrywką sportów górskich spotykano się w ustronnych alpejskich chatach, szkolono się, spiskowano.



Młodzieńcze wspinaczki w Alpach okazywały się przepustką do kariery w III Rzeszy?

Zapalonym alpinistą był mój ojciec. Każdą wolną chwilę spędzał na wędrówkach po Alpach, na nartach. Nie jest przypadkiem, że ojciec zapisał w swoim dzienniku w marcu 1937 roku, że spotkał na wędrówce w górach doktora Kaltenbrunnera. On znał przyszłego szefa służby bezpieczeństwa Rzeszy z wypraw alpejskich.

Pewnie oglądał pan przed paru laty głośny film "Siedem lat w Tybecie". Brad Pitt grał w nim postać niemieckiego himalaisty Heinricha Harrera, który w chwili, gdy zaczęła się wojna, prowadził ekspedycję w Himalajach. Złapali go Anglicy, ale

on ze swoim towarzyszem wspinaczki uciekł do Tybetu, wtedy świata zupełnie zamkniętego. Trafił do Dalajlamy i pozostał u niego przez siedem lat. Otóż przy okazji tego filmu przeprowadzono badania archiwalne i okazało się, że Harrer należał do SS. Był troszkę młodszy od mojego ojca, ale obaj należeli w Grazu do tego samego środowiska zapalonych alpinistów i sympatyków nazizmu zarazem.

To była miejscowa elita intelektualna i towarzyska. Harrer ożenił się z młodszą córką profesora uniwersytetu w Grazu Alfreda Wegenera, twórcy słynnej teorii przesuwania się kontynentów. A jego starsza córka Käthe była młodzieńczą sympatią mojego ojca.

ŹRÓDŁO:


Potem Käthe wyszła za mąż za Siegfrieda Uiberreithera, który został gauleiterem Styrii, nazistowską prawdziwą grubą rybą. W Austrii do dziś mawia się, że powyżej tysiąca metrów zaczyna się Trzecia Rzesza. Dziś to niesprawiedliwe określenie, w górach zmieniło się bardzo dużo, ale oddaje klimat alpinizmu z lat międzywojennych.



W książce "Ojcobójca" opisał Pan pewną kryminalną aferę z roku 1928. W Tyrolu na górską wycieczkę wybrało się dwóch Żydów z Rygi, ojciec i syn. W tajemniczych okolicznościach, mogących wskazywać na winę syna, ginie ojciec. Afera kryminalna szybko przeradza się w aferę antysemicką. Syn zabitego Filip Halsmann zostaje uznany za winnego przede wszystkim dlatego, że jest Żydem.

Filip Halsmann został dwukrotnie skazany w Innsbrucku, raz za morderstwo, drugi raz za zabójstwo, siedział w więzieniu dwa lata, potem został zwolniony i wyjechał z Austrii. Na Zachodzie został później sławnym artystą fotografikiem. Tłem tej afery, którą przez wiele miesięcy emocjonowała się cała Austria i Niemcy, był antysemityzm, wzrastająca w siłę nad Dunajem partia nazistowska.

Dla mnie jednak najważniejszy w tej historii był konflikt między metropolią i prowincją. Intelektualny, europejski, socjaldemokratyczny Wiedeń bronił młodego Halsmanna, prowincja wydała na niego wyrok grubo przed końcem procesu.



Dlaczego narodowy socjalizm znalazł w Austrii tak podatny grunt?

Nacjonalizm, a potem nazizm w wydaniu austriackim to triumf pogranicza i prowincji. Syndrom rzekomego zagrożenia, obsesyjnego pielęgnowania czystości krwi, języka, celebrowania swojej wyimaginowanej wyższości duchowej - to wszystko typowe reakcje na prowincjonalne kompleksy.



W Wiedniu też narodowych socjalistów nie brakowało.

Ależ Wiedeń to nie tylko wielka burżuazja, europejscy artyści, wielkomiejska inteligencja. Wiedeń, jak każde wielkie miasto, miał mnóstwo mieszkańców z awansu, lumpenproletariatu. To była kwintesencja mentalnej prowincji.



A gdzie w Wiedniu pogranicze?

Było, i to niejedno. Do Wiednia ściągnęła wielotysięczna rzesza Żydów galicyjskich, biednych, zacofanych cywilizacyjnie, mówiących kiepskim niemieckim. To oni przede wszystkim stali się obiektem kampanii wielkoniemieckich antysemitów.

Ale w Wiedniu była też ponad 200-

-tysięczna mniejszość czeska, silnie zmuszana do asymilacji i równie silnie, i skutecznie jej się opierająca. Wielkoniemieccy nacjonaliści byli w ostrym konflikcie z Czechami.



Styk wielu kultur, swoista prowincjonalność to cechy charakterystyczne całej Europy Środkowej rozumianej jako pewna wspólnota historyczna i kulturowa.

Mitteleuropa, Europa Środkowa, przedstawiana dość sentymentalnie jako cudowne przemieszanie kultur, tradycji, języków, stała się w ostatnich kilkunastu latach bardzo modna. Ale dla mnie zawsze było jasne, że takie cudowne, pogodne przemieszane jest mitem.



ŹRÓDŁO:


Pan też w książce "Po Galicji" opisywał dawną Galicję w dość sentymentalnym tonie.

Zgoda, sam dołożyłem cegiełkę do mitu pięknych kresów, gdzie żyło się niebogato, ale zgodnie i szczęśliwie. Ale musiałem też w końcu otwarcie powiedzieć, jaka była prawda o tym pograniczu, pokazać drugą, ciemną stronę Mitteleuropy. Prowincjonalne pogranicze zrodziło nie tylko Kafkę, Schulza, Freuda, malarzy secesji, ale i tych, którzy chcieli zniszczyć ten świat. Tam właśnie wykluwała się nazistowska mentalność.



Hitler zaczął jednak od Niemiec.

A gdzie Hitler przesiąknął antysemityzmem? W Wiedniu. A wie pan, skąd pochodził doktor Ernst Kaltenbrunner, szef RSHA, Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy? Z Linzu. Znał się dobrze z moim dziadkiem i ojcem.

Ja teraz mieszkam w niewielkiej wiosce Bocksdorf. Po sąsiedzku jest Stegersbach. W Sonderkommando 7a mojego ojca służył jeden z mieszkańców tej wioski. 15 kilometrów od mojego domu leży Rohrbrunn. Też mała wioska, nieco ponad 100 mieszkańców. A kto z niej pochodzi? Alois Brunner, drugi po Eichmannie w akcji eksterminacji Żydów. A sam Eichmann? Też był Austriakiem. Tak jak Franz Stangl, komendant Treblinki. Dawno już zauważono, że co drugi komendant obozu koncentracyjnego pochodził z Austrii. Co drugi dowódca wojskowy wyższego szczebla w Galicji był Austriakiem.

A z jakim entuzjazmem powitano Anschluss? Oczywiście, był ruch oporu, były ofiary nazistów, ale większość radośnie zaakceptowała Wielką Rzeszę Adolfa Hitlera.

To nie są przypadki. To jest ciemne dziedzictwo pogranicza.



Jak Pańscy rodacy rozliczyli się z tym dziedzictwem?

W Austrii ani nie rozliczono się z tradycją, w której tkwiły korzenie austriackiego nazizmu, ani nie rozliczono się z nazizmem jako takim.

Wielka w tym wina zachodnich aliantów. Dali Austrii po wojnie niepodległość, ale stwierdzili przy tym, że jest pierwszą ofiarą Hitlera. Nie trzeba było nam dwa razy tego powtarzać. Tym bardziej że Austriacy mieli poczucie, że zwycięzcy wyrządzili im wielką niesprawiedliwość, powierzając jedną z austriackich stref okupacyjnych Rosjanom. Oczywiście Rosjanie zachowywali się strasznie, gwałcili i rabowali. To pomogło Austriakom od początku występować w roli ofiar.

W Niemczech Zachodnich przeprowadzono denazyfikację, ze wszystkimi jej niekonsekwencjami i ułomnościami, ale przeprowadzono. U nas - nie. Mój ojciec zaraz po wojnie był ścigany jako zbrodniarz wojenny. Ale już dziadek, stary, niepoprawny nazista, który do SS wstąpił ochotniczo w 1944 roku, w wieku 64 lat, tak stary, że nie chcieli mu dać munduru - nie poniósł żadnych konsekwencji. Przestał być gottglaubig, jak gdyby nigdy nic wrócił do Kościoła protestanckiego i nawet znowu został kuratorem. Bo Kościół protestancki w Austrii po wojnie przodował w zamazywaniu prawdy o nazistowskich czasach.

Na prowincji starsi ludzie do dziś uważają, że Hitler nie był taki zły, że jednak zaprowadził porządek, zbudował autostrady, zlikwidował bezrobocie.

A z drugiej strony w latach 60. i 70. zdarzało się, że w rządzie niejeden minister miał za sobą nazistowską przeszłość. Przez rządy do dziś przewijają się panowie z charakterystycznymi bliznami po burszowskich pojedynkach.

Po zerwaniu z babcią nigdy się do niej nie odezwałem. Po latach dostałem od wujka z Amstetten telegram, że babcia umiera i chce mnie ostatni raz zobaczyć. Wsiadłem do pociągu, ale się spóźniłem. Pierwsze słowa wujka, gdy pojawiłem się w drzwiach, brzmiały: umarła jak niemiecka kobieta. Cóż to w ogóle miało znaczyć? Cóż niemieckiego było w śmierci tej biednej, starej kobiety? Wielkoniemiecki duch nie ulotnił się ani z tego domu, ani z wielu innych.



Nikt nie chciał pamiętać? Thomas Bernhardt, Elfriede Jelinek wręcz brutalnie przypominali w swych książkach o chorobie niepamięci.

Nie można oczywiście powiedzieć, że w Austrii nikt nie chciał mówić o wojnie. Przede wszystkim rzeczywiście jest wielka literatura austriacka, od samego początku bardzo krytyczna, ale dociera ona do zamkniętego kręgu czytelników, w znacznym stopniu do liberalnej inteligencji. Na prowincję literackie rozliczenia praktycznie nie docierały.

Gdy zbierałem materiały do książki "Ojcobójca", odkryłem, że w obronie Filipa Halsmanna występowały publicznie najsłynniejsze nazwiska epoki: Zygmunt Freud, Albert Einstein, Erich Fromm. Fromm napisał i opublikował w Austrii słynny i bardzo głośny wtedy esej "Dreyfuss w Innsbrucku".

ŹRÓDŁO:


W miejskim archiwum w Innsbrucku pytałem o sprawę Halsmanna. Nikt o niej nie słyszał. Pytałem o esej Fromma. Fromm nigdy nie napisał słowa o Innsbrucku, dziwiono się.

Austriacy są mistrzami w wyrzucaniu z pamięci rzeczy niewygodnych, w wypychaniu tego, co nieprzyjemne, poza świadomość. W końcu to nie przypadek, że Freud był Austriakiem (śmiech).



Afera z ujawnieniem przed 20 laty przez wiedeński tygodnik "Profil" wojennej przeszłości Kurta Waldheima przywróciła jednak nad Dunajem zbiorową pamięć o czasie wojny. Waldheim, przez 10 lat sekretarz generalny ONZ, a potem prezydent Austrii, zataił fakt, że przed wojną był członkiem nazistowskiego związku studentów i SA, w czasie wojny zaś służył na Bałkanach w oddziałach, które prowadziły akcje przeciw partyzantom jugosłowiańskim i masowe deportacje ludności żydowskiej.

Waldheim najpierw kłamał, że w tym czasie studiował w Wiedniu prawo, potem wykręcał się, że był tylko tłumaczem w jednostkach, które prowadziły deportację Żydów, że o samych deportacjach nic nie wiedział. Amerykański Departament Stanu, który przeprowadził śledztwo w jego sprawie, wydał w końcu Waldheimowi zakaz wjazdu do USA.

Tak, wtedy pękł mit, że Austria jest pierwszą ofiarą Hitlera, że wszyscy jesteśmy ofiarami.

Ale to nie oznaczało rzetelnego rozliczenia z nazizmem. Byłem ostatnio w Amstetten i z młodym historykiem, który pomagał mi zbierać materiały do książki, poszedłem na cmentarz, na którym leży mój ojciec. I na cmentarzu ten historyk zaciągnął mnie do grobu rodziny masarzy, znajomych babci, u których kupowała zawsze kiełbasę i szynkę. Tam leżał jeden z synów tej rodziny. Był w SS, zginął w czasie wojny. Niedawno rodzina odnowiła płytę nagrobną. Wyzłocili napisy, wyzłocili też runy SS pod jego nazwiskiem. 60 lat po wojnie! I to jest tam, w Amstetten, normalne, nikt się nie dziwi, nikt nie protestuje. W Niemczech jest już jednak trochę inaczej.

Inny przykład. Chciałem sprawdzić, czy ojciec należał do korporacji studenckiej Germania w Grazu. Poprosiłem żonę, bo ona ma inne nazwisko, by napisała do nich z zapytaniem o doktora Basta. I przyszła odpowiedź potwierdzająca. Dołączono do niej uprzejmie skserowane dwa zdjęcia: mojego dziadka i ojca. Ojciec jest w mundurze SS. Na fotografii podpis: szef gestapo w Linzu. Na brzegach kopii widać ślady ramek. To znaczy, że dziś w korporacji studenckiej na ścianie wisi zdjęcie szefa gestapo w mundurze SS jako szanowanego członka założyciela.

W moim domu na wsi mam ogród, z którego jestem bardzo dumny. Sam go uprawiam. Parę lat temu pracowałem na grządce, na której mam fantastyczną sałatę, i zobaczyłem, że coś wystaje z ziemi. Wyciągam, a to widelce. Są z pierwszorzędnej stali, nie ma na nich ani śladu rdzy. Czyszczę je i ukazuje się ozdobny stempel "Waffen SS". Nazistowska przeszłość ciągle wyłazi, wyłazi w najmniej spodziewanych, idyllicznych sytuacjach.



Jak odbierany jest w Austrii "Zabity w bunkrze"?

W 1988 roku telewizja pokazała film dokumentalny zrealizowany przez mojego przyjaciela, w którym mówiłem o ojcu, o rodzinie, o Amstetten, o ciemnej stronie naszej przeszłości. Ta stacja ma milionową widownię, ale nie było żadnej reakcji widzów.

Teraz jest inaczej. Na spotkania autorskie przychodzi wielu ludzi, dyskutują, dostaję dużo listów. Po lekturze mojej książki czytelnicy zaczynają myśleć o swojej rodzinie w czasie wojny.

Po tym jak czytałem "Zabitego w bunkrze" w Wiedniu, podszedł do mnie starszy facet i przedstawił się: Wächter. Jestem synem Otto Wächtera, szefa okupacyjnego dystryktu Kraków, chciałbym panu opowiedzieć historię swojej rodziny.

Pokolenie dzieci austriackich esesmanów ma teraz poczucie, że wreszcie może porozmawiać o swoich ojcach. Późno to przychodzi, ale cieszę się, że mam w tym jakiś udział.

Austriacki nazizm to jest nasz problem i nikt, także Niemcy, za nas tego nie załatwi. Jestem Austriakiem, moja rodzina to typowa austriacka rodzina, to nie jest półniemiecka rodzina Eichmanna czy rodzina Hitlera, którego możemy podarować Niemcom. Jestem Austriakiem i jestem dumny z faktu, że nim jestem. I właśnie dlatego nie mogę milczeć.n




Martin Pollack (ur. 1944) - dziennikarz, tłumacz literatury polskiej, pisarz. Przez lata 80. władze PRL uznawały go za osobę niepożądaną i nie wpuszczały do Polski. Przełożył na niemiecki m.in. książki Ryszarda Kapuścińskiego, Wilhelma Dichtera, Andrzeja Bobkowskiego.

Trzy jego książki: "Po Galicji" (wyd. pol. Borussia, 2000), "Ojcobójca. Sprawa Filipa Halsmanna" (wyd. Czarne, 2005) i opowieść o ojcu esesmanie "Zabity w bunkrze" (po polsku ukazać się ma w przyszłym roku), stały się w Austrii bestsellerami.

Martin Pollack właśnie przyjechał do Polski. 9 maja spotka się z czytelnikami w Warszawie (Polski Pen Club), 10 maja w Toruniu (Dwór Artusa), 11 maja w Łodzi (Klub Nauczyciela) i 14 maja - w Krakowie (muzeum Galicja).

ŹRÓDŁO:


Źródło: Duży Format

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

5

2 głosy

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne